AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Wymieniasz nazwisko, ale nie jest znane nikomu.

Albo dlatego, że ten człowiek umarł, albo że

Znakomitością był nad inną rzeką.

Chiaromonte Miomandre Petöfi Mickiewicz

Młode pokolenia nie interesują się tym co było gdzieś i kiedyś.

I cóż twoi nauczyciele, którzy powtarzali:

Ars longa, vita brevis?

Właśnie kończą się wasze laurowe oszustwa.

(Czesław Miłosz, Oskarżyciel)

Kilka tygodni temu zmarła Maria Janion. Nigdy nie przeczytałem żadnej z jej książek. Na pierwszy rzut oka jest to zdanie o mnie, o moim nieuctwie i ograniczonych horyzontach, pozerstwie humanisty pierwszego pokolenia, ulegającego urokowi wąskiej specjalizacji. Jednak nie mogłem się pozbyć natrętnej myśli, że wszystkie pożegnania Marii Janion, jakie wydało z siebie polskie pole humanistyczne, były również symbolicznym, finalnym pożegnaniem pewnej epoki: istnienia pewnej specyficznej formacji, jaką jest polska humanistyka. Humanistyka swoiście polska ma sens tylko wtedy, gdy jest opowieścią o swoiście polskiej kulturze, a to zjawisko dobiegło właśnie kresu. To wymieranie polskiej humanistyki i kultury polskiej jest oczywiście procesem rozciągniętym w czasie, ale może właśnie pośmiertne hołdy dla naszej bohaterki stanowiły nomen omen zwieńczenie tego procesu

Ta myśl o śmierci polskiej kultury okazała się nie być jedynie moim przeczuciem. W natłoku interpretacji masowego poruszenia, jakim były strajki kobiet w obronie prawa człowieka do samostanowienia i moralnej autonomii, jedną ze zgranych klisz interpretacyjnych było wyrzekanie na to, że ta dzisiejsza młodzież nie jest już zanurzona w kulturze polskiej, ale jest wychowywana do tych paskudnych liberalnych wartości przez złowrogiego Netflixa. Tę linię przyjęli nie tylko prawicowi „dziadersi”, ale też kilkoro dorodnych odyńców polskiej krytycznej humanistyki lewicowej pokroju Łukasza Molla czy Piotra Graczyka. W niezwulgaryzowanej wersji lament nad Netflixem sprowadza się do tego, że historia emancypacji nie zostaje opowiedziana w lokalnym języku, i że nie jest zapośredniczona przez lokalną kulturę.

Kwestię czy ten lament jest słuszny moralnie zostawmy do rozstrzygnięcia zawodowym moralistom, bo jeśli coś jest obecnie towarem deficytowym to opis, a nie moralne rozgrzania. A fakty zdają się być takie, że niezależnie od tego jak ten proces oceniamy, to wymieranie polskiej kultury wyraźnie przyspieszyło i proces ten można w zasadzie już uznać za nieodwołalny.

Chodzi mi tu o rzecz absolutnie trywialną, ale i kluczową – o wzorce konsumpcji dóbr kulturowych. Jeszcze dwie, trzy dekady temu mieszkając w Polsce siłą rzeczy konsumowało się dobra kulturowe rodzimej produkcji. Co więcej, jeśli się takie dobra wytwarzało, to umieszczało się je w sieci znaczeń generowanych lokalnie (jeszcze Marcin Świetlicki czuł się w obowiązku boksować się z duchem Wisławy Szymborskiej, dziś taka polemika #nikogo).

Współczesny wzorzec konsumpcji kultury jest taki zaś, że dobra kultury naszego pierwszego wyboru konsumpcyjnego zazwyczaj są produkcji globalnej (co najczęściej oznacza wyrób anglosaski).  Twórcy dostarczający dzieł na skalę lokalną budują swoją sieć znaczeń i nawiązań na bazie globalnego systemu semiotycznego, zaś lokalność, jaka się w tych dziełach przejawia, jest raczej kwestią pewnej dekoracji, kolorytu czy scenografii a nie istotnego zanurzenia w jakimś wewnętrznie zrośniętym systemie znaczeń i symboli.

Nie ma chyba bardziej dobitnego dowodu na tę śmierć polskiej kultury niż nieudolność próby odrodzenia polskiej narodowej kultury konserwatywnej pod auspicjami obecnej ekipy rządzącej. Podejmowane przez nią od pięciu lat próby stworzenia alternatywnego obiegu kulturalnego, opozycyjnego wobec złowrogiego i „zlewaczałego” salonu wyprodukowały z siebie dramatyczne, groteskowe nic. Nie została wygenerowana żadna istotna kulturotwórcza masa krytyczna, próby wykrzesania z cywilizacyjnej pustki konkurencyjnej hierarchii „anty-salonu” zakończyły się niesmaczną groteską. Nie jest to wszakże zasługą wyłącznie indolencji organizacyjnej pionu wychowawczo-kulturowego obozu Zjednoczonej Prawicy: z pustego w próżne i Salamon nie naleje, więc nie da się nic wykrzesać z absolutnej pustki twórczości prawicowo i narodowo zorientowanych wyrobników.

Kultura ściśle rzecz biorąc lokalna ma bowiem prawo istnieć wyłącznie w sytuacji względnej fizycznej izolacji. I właśnie w przełamaniu tej izolacji należy szukać materialnych determinant upadku kultury polskiej, zgodnie z niezmienną zasadą determinacji nadbudowy przez bazę. Polska była bowiem do lat 90. jeszcze względnie izolowanym krajem – mobilność międzynarodowa była ograniczona do wąskiej grupy względnie finansowo uprzywilejowanej, książki, filmy etc. były jeszcze dobrem rzadkim, znajomość języków stała na zastraszająco niskim poziomie etc. Te wszystkie determinanty uległy w ciągu dwudziestu kilku lat dramatycznej zmianie – dostęp do internetu i nieskończonej ilości produkcji kulturowych w nim zawartych stał się powszechny, Polacy stali się (w wymuszony co prawda sposób) jednym z najbardziej mobilnych narodów w Europie (i ta mobilność była niezwykle demokratyczna socjalnie), znajomość angielskiego na poziomie przynajmniej bazowym stała się normą. Dostępność kultury globalnej przestała być domeną wąskiej elity i stała się czymś powszechnym – i masowa publiczność zagłosowała na nią nogami.

Ten proces nie dotyczy, wbrew pozorom, jedynie lewicowo-progresywnie zorientowanej publiczności. Kultura prawicowa w Polsce stała się również (być może nawet bardziej niż lewicowa) kopiuj-wklejką kultury globalnej. Polscy prawicowi „myśliciele i twórcy” myślą za pomocą klisz, memów i heurystyk  generowanych przez prawicę światową (czytaj amerykańską). W polskiej prawicowej twórczości kulturowej i publicystyce łatwiej wyśledzić echa neokonserwatyzmu i alt-rightu niż jakieś ślady narodowej tradycji. I łatwo zrozumieć dlaczego – te treści są dużo łatwiej i szybciej dostępne.

W rezultacie zostajemy z kulturą globalną uprawianą po polsku w polskich dekoracjach. I może to powinno nam zasadniczo wystarczyć. Nie ma bowiem żadnych powodów by sądzić, że nasze dylematy etyczne, wybory polityczne, trajektorie życiowe są zasadniczo odmienne niż gdziekolwiek indziej: naszą ojczyzną jest globalny neoliberalny kapitalizm. Wszystko to są oczywiste banały, opisywane kilka dekad temu przez teoretyków makdonaldyzacji, globalizacji, amerykanizacji i precesji symulakrów. Tyle, że 30 lat temu były to dla nas opowieści o egzotycznej słonecznej Kalifornii, teraz to jest rzeczywistość rozgrywająca się w szkołach podstawowych w powiatach województwa łódzkiego.

Co to oznacza dla tzw. polskiej humanistyki? Myślę, że ma ona przed sobą zasadniczo dwie drogi. Może starać się zostać częścią konwersacji globalnej humanistyki, która jest próbą świadomego przeżycia kultury globalnej. Jeśli przyjmiemy tę ścieżkę, to ambicją polskich badaczek i badaczy powinno być stanie się częścią globalnej konwersacji humanistycznej, tak aby w międzynarodowym podziale pracy być również wytwórcami refleksji a nie tylko jej konsumentami. W tym modelu jest również miejsce na lokalność: tak jak biologia jest nauką globalną ale opisuje lokalne flory i fauny, tak w globalnej humanistyce jest miejsce na antropologię i historię lokalności, w tym również na lokalność polską. Ale musi ona być opowiedziana jako szczególny przypadek opowieści globalnej: jak każde globalne peryferie mamy coś w sobie powtarzalnie unikalnego, co można starać się zrozumieć i przedstawić. Alternatywnie polska humanistyka może żyć mitem polskiej kultury – ale w tym przypadku łatwo osunąć się do roli tworzonych na polityczne zamówienie posrebrzanych nakładek na rozpadające się pomniki. Jeśli kultura polska nie jest i nie będzie czymś żywym to humanistyka która będzie fiksowała się na tej martwej już kulturze będzie sprowadzona do roli wymuszonej celebracji martwego mitu; a los to nie jest godny pozazdroszczenia.

 

Ilustracja: Jacek Malczewski, Hamlet Polski – Portret Aleksandra Wielopolskiego, 1903, domena publiczna, źródło: Wikipedia.

drukuj

KOMENTARZE

  1. @”obecnie towarem deficytowym to opis” I feel you bro. I podoba mi się myśl przewodnia.
    Ale zanim przyjmę twój tekst jako opis, inwentarz współczesnej kultury/języka/sztuki, poproszę uprzejmie o jakiś przykład, kontrprzykład czy analizę – albo chociaż jakieś przypisy do takich (z humanistyki wypadłem ładnych kilka lat temu).
    Np. w sprawie „Polscy prawicowi „myśliciele i twórcy” myślą za pomocą klisz, memów i heurystyk generowanych przez prawicę światową (czytaj amerykańską)”. Patrzę na wsieci/wpolityce/wdorzeczy i widzę tyle polskiego wuja z wąsem, post-ułana, niepokornego, turbopatrioty że żadne chemtrailsy czy deep state’y tego nie zasłonią. No chyba, że kiedyś było prawdziwiej, a do Prawdziwego Praktykowanie Kultury Konserwatywnej mamy prawo tylko w czasach wojen i okupacji (nie wykluczam, nie wiem).

    Albo w kwestii „kulturotwórczej masa krytycznej” – na humanistycznego czuja to mam poważne wątpliwości, czy pięć lat wystarczy komukolwiek w czasach pokoju (dajmy im jeszcze ze dwie kadencje, to zobaczymy, hm hm) na jej zbudowanie. Np rowerowa masa krytyczna peakowała w 2005 (Wawa, 2,4k ludzi), a więc po ośmiu latach XD

    No i wreszcie: kto zabił mit? I czy tylko w miastach, czy pod lasem również?

    Serdecznie, ks

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *