AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Być może whigowska wersja historii kiedyś obsadzi JarKacza w roli postępowego przywódcy, który demokrację w Polsce odebrał elitom i oddał ludowi. Może tak, a może nie – dziś jednak pamiętajmy o dialektycznej naturze dziejów.

Jedną z moich najnowszych obsesji jest przywiązanie środowisk umownie zwanych lewicowo-progresywnymi do naiwnej, whigowskiej wizji historii. Zakłada ona, że ogólnie rzecz biorąc każda kolejna epoka jest bardziej postępowa. Jest to bzdura debunkowana niezliczoną ilość razy, ale nadal jakoś się trzyma.

Drugim aspektem wspomnianej wizji historii jest ciągłe szukanie odpowiedzi na pytanie „którzy to są nasi” – które figury i siły historyczne możemy obsadzić w roli chorążych rozwoju i oświecenia, a które należy uznać za obrońców ciemnoty. Idea, że pewne postaci i ruchy mogą być pod tym względem niejednoznaczne, jest tu największą myślozbrodnią: zawsze trzeba znaleźć dobrych i złych, inaczej się nie da.

No więc weźmy na warsztat angielską wojnę domową, tak ukochaną przez zwolenników whigowskiej wykładni historii. Według nich mamy tutaj jasność: dobro (w nawiasie parlamentaryzm) zwyciężyło w niej nad ciemnością absolutyzmu, a Cromwell jest our guy. Tymczasem jak się przeczyta na temat tamtego konfliktu cokolwiek dłuższego niż pół akapitu, powyższy obrazek zaczyna się komplikować. Tak, to prawda, że efektem rewolucji było osłabienie władzy monarszej, wzrost siły parlamentu i częściowe rozbicie wpływów arystokracji. Na tym jednak jednoznaczne plusy dodatnie jakby się kończą.

Po pierwsze primo, cromwellianizm nie był ruchem dołów społecznych przeciwko górze, raczej ruchem klas średnich, czyli drobnej szlachty i yeomanów; obecne w nim bardziej radykalne elementy zostały brutalnie stłumione. Po drugie, Roundheads byli też fanatycznie konserwatywni obyczajowo – o ile Anglia elżbietańska była jak na tamte czasy względnie swobodna, zwycięska rewolucja promowała ponury purytanizm. Zamykano teatry i narzucano surową etykę seksualną, co o ile się nie mylę przyczyniło się do pogorszenia pozycji kobiet.

Efektem cromwellianizmu było też pognębienie brytyjskich peryferii: Irlandia została spacyfikowana, zaś Szkocja pokonana (i weszła na trajektorie spadkowe). Nawet w kwestiach ustrojowych zaliczono równię pochyłą – od szczytnych idei parlamentaryzmu system przeszedł do jednoosobowej dyktatury coraz bardziej podejrzliwego lorda protektora. Tolerancja religijna stała się pieśnią przeszłości, gdyż katolicy i umiarkowani anglikanie byli spychani na margines. No niezbyt to wygląda na czysty postęp, prawda?

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, że opisany rozwój wypadków coraz bardziej kojarzy mi się z kaczyzmem. Co prawda Jaro nie zbudował new model army, ale wydaje mi się, że pewnych analogii można się doszukiwać. W obu przypadkach mamy ruch klas średnich przeciw kosmopolitycznej elicie, napędzany resentymentem i konserwatywną religijnością, deklaracje rozszerzenia demokracji kończące się paranoicznym jedynowładztwem starzejącego się przywódcy, nierozwiązaną kwestię sukcesji, coraz bardziej sfanatyzowane społeczeństwo, niszczenie radykalnej lewicy.

Być może whigowska wersja historii kiedyś obsadzi JarKacza w roli postępowego przywódcy, który demokrację w Polsce odebrał elitom i oddał ludowi. Może tak, a może nie – dziś jednak pamiętajmy o dialektycznej naturze dziejów.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *