Krzysztof Posłajko

Pałą w obronie wolności, pałą przeciw tęczy

AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Naszych konserwatywnych rycerzy wolności zdaje się uwierać świadomość, że świat społecznego przyzwolenia na poniżanie innych zdaje się odchodzić w przeszłość

Nie trzeba być wielkim fanem akcji bezpośrednich i odwoływania się do kryterium ulicznego, w jakich zdaje się gustować kolektyw Stop Bzdurom, by zauważyć rażącą dysproporcjonalność działań aparatu represji wobec zatrzymanej i uczestników demonstracji w jej obronie. Wydaje się dość oczywiste, że nie chodzi tu o pokazanie karzącej ręki sprawiedliwości w odniesieniu do jednego aktu „wandalizmu”, ale o brutalne spacyfikowanie szeroko rozumianego tęczowego aktywizmu. Działacze środowisk LGBT+ mają się w sposób jak najbardziej dobitny dowiedzieć, że ich ostatnich działań władza tolerować nie zamierza i że jak przyjdzie co do czego, to aparat represji jest gotowy pokazać pazury. Można się, niestety, spodziewać, że to dopiero początek sadystycznego spektaklu i że wielu młodych ludzi w nadchodzących dniach i tygodniach pozna na własnej skórze, jak smakuje gniew spuszczonego z łańcucha Hobbesowskiego potwora.

Ten pokaz przemocy należy widzieć w szerszym kontekście, jakim jest gwałtowna reakcja środowisk umownie nazywanych prawicowymi na to, co nazywają one „ofensywą ideologii LGBT”. Zgrany psychologiczny komunał mówi, że agresja jest często wynikiem strachu i w tym kluczu chyba trzeba interpretować ten festiwal przemocy – najpierw słownej, teraz przechodzącej w całkiem realną. Rzecz jasna nie można mówić tu o żadnej symetrii: użycie od czasu do czasu wulgarnych wyrazów czy „znieważenie pomnika” tęczową flagą nie może być uznane za działanie w jakimkolwiek stopniu proporcjonalne do agresywnej dehumanizacji i realnej przemocy, jakiej w Polsce poddawane są osoby nieheteronormatywne. Pozostaje jednak faktem, że wielu działaczom konserwatywnym/zachowawczym rozwijający się tęczowy aktywizm jawi się jako zagrożenie – i to zagrożenie na tyle wielkie, że ci mniemani antykomuniści nie boją się jawnie nawoływać do działań represyjnych, których nie powstydziłby się tow. Wiesław.

Jeśli bowiem popatrzymy na szerszy kontekst społeczny – sprawę dr hab. Ewy Budzyńskiej, pracownika Ikei dyscyplinowanego za homofobiczne wpisy, niesławnego opowiadania Jacka Komudy w „Nowej Fantastyce” – to widzimy, że Polsce zaczynają dziać się rzeczy, które mogą budzić w naszych reakcjonistach strach; strach, że i u nas „będzie jak na Zachodzie”. Polska była i jest krajem głęboko patriarchalnym i homofobicznym. I ta patriarchalna homofobia była i jest podtrzymywana przez ciągłą, choć dla wielu przezroczystą dehumanizację i upokarzanie osób wyłamujących się z patriarchalnej heteronormy. Nieustanne drwiny z innych orientacji, zrównywanie ich z przemocowymi zachowaniami seksualnymi, wreszcie przemoc fizyczna – to dla osób LGBT+ codzienność (i być może mniej to ma wspólnego z polską tradycją, a więcej z importem agresywnego konserwatyzmu z zagranicy). Jednak w ostatnim czasie homofobiczne narracje zaczęły się spotykać z oporem: autorzy takich wypowiedzi muszą się liczyć z tym, że spotka ich nie powszechny poklask, ale konsekwencje społeczne w sferze zawodowej czy prestiżowej. I to jest, jak mi się wydaje, prawdziwy powód tej agresji. Naszych konserwatywnych rycerzy wolności zdaje się uwierać świadomość, że świat społecznego przyzwolenia na poniżanie innych zdaje się odchodzić w przeszłość. I dopóki mają jeszcze przełożenie polityczne – będą walczyć o to, by ludzi walczących o własne prawa zepchnąć do podziemi, poza granice akceptowanego dyskursu.

Byłem i jestem przeciwnikiem łatwego wyjaśniania problemów społecznych za pomocą prostej dychotomii oświeconych i postępowych elit oraz agresywnego i zachowawczego ludu. Ta opozycja nie działa także tutaj: prawdziwymi autorami obecnej sytuacji nie są biedni ludzie głosujący na PiS, ale osoby z tytułami naukowymi i dostępem do władzy, które postanowiły użyć państwowego aparatu przemocy. To ich odejścia powinniśmy sobie życzyć.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *