Maurycy Gocławski

Skazani na regres, czyli dlaczego nie warto głosować

AUTOR

Maurycy Gocławski

Wyznawca dziejowego pesymizmu, okazjonalny bloger i publicysta. Pieniactwo toczy w nim nieustanną walkę ze skłonnością do wewnętrznej emigracji, a towarzyskość z mizantropią.

Zarówno zwycięstwo Trzaskowskiego, jak i wygrana Dudy oznaczać będzie wyraźne przesunięcie się polskiej sceny politycznej na prawo, a z wysokim prawdopodobieństwem także pogłębienie kryzysu państwa i wzmocnienie jego „bananowego” rysu.

Wyprawa Andrzeja Dudy w środku kampanii wyborczej do Białego Domu i odebranie tam przez niego w świetle kamer oficjalnego poparcia ze strony prezydenta USA to wydarzenie z rejestru kojarzącego się do tej pory raczej z republikami bananowymi. Pozycja urzędującego polskiego prezydenta jest przed niedzielnym głosowaniem na tyle niepewna, a stawka wyborów na tyle wysoka, że – po fiasku rozpętanej przez jego obóz nagonki na środowiska LGBT – nie zawahał się przed powiązaniem swojego losu z losem Donalda Trumpa, który sam może stracić stanowisko już za niespełna pół roku. Oznacza to położenie na szali nie tylko racji stanu, rozumianej – nieco anachronicznie – jako pewna ciągłość interesu państw,a niezależna od bieżącej układanki partyjnej, ale i relacji swojego własnego obozu politycznego z Waszyngtonem w razie zwycięstwa kandydata Partii Demokratycznej.

Rolę najpoważniejszego konkurenta Dudy w wyborach odgrywa polityk, który – za wyjątkiem nabytego przed laty obycia w strukturach UE – ostatnimi czasy może się pochwalić głównie jako taką intuicją medialną, dobrym flow z elektoratem liberalno-fajnopolackim oraz wysoko rozwiniętą zdolnością unikania odpowiedzialności; ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że trudno się dziwić, że znalazł wspólny język z Donaldem Tuskiem. Jako ambitny polityk, a zarazem człowiek niezakorzeniony w samorządowych układach, Rafał Trzaskowski mógł wykorzystać ponad półtoraroczny okres urzędowania, by zaprezentować się jako ktoś, kto szybko uczy się nowych tematów, poważnie traktuje obietnice składane w kampanii (uzupełniając choć trochę deficyt wiarygodności, który stanowi kluczowy problem dzisiejszej opozycji), człowiek z własną wizją miasta albo osoba niezależna od swojego zaplecza, zdolna do rozwiązania najbardziej problematycznych kwestii pozostawionych w spadku przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i jej poprzedników. Zamiast tego udowodnił, że rządząc miastem przez 1/3 kadencji można nie pozostawić po sobie niemal żadnego trwałego śladu, żadnego osiągnięcia, być włodarzem nawet bardziej bezwolnym wobec urzędników ratusza i grup interesu niż odchodząca w niesławie poprzedniczka. Z kolei w sprawie największej stołecznej afery Trzaskowskiemu udało się nie tylko uniknąć okazania stanowczości czy niezależności, ale dodatkowo – blokując odszkodowania dla pokrzywdzonych w niej lokatorów – wykazał się brakiem wrażliwości graniczącym z bezdusznością.

To tylko kilka, arbitralnie dobranych punktów z kontinuum, które w latach „monopolu duopolu” konsekwentnie prowadzi Polskę w kierunku instytucjonalnej degeneracji. Jest to, rzecz jasna, tylko jeden z wymiarów naszej najnowszej historii politycznej – oprócz niego mieliśmy też znaczne osłabienie liberalnego dogmatyzmu w myśleniu o roli państwa w gospodarce oraz największe od lat transfery społeczne. Nie płaczę więc po „starych, dobrych czasach”. Nie zmienia to faktu, że zbliżające się starcie pomazańców Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska niesie ze sobą zagrożenie raptownym przyspieszeniem PO-PiS-owego wyścigu na dno, kosztem wspólnoty i demokratycznych instytucji.

Spróbujmy wyobrazić sobie bowiem konsekwencje obu głównych scenariuszy.

W przypadku z trudem obronionej reelekcji Andrzeja Dudy po stronie władzy należy spodziewać się rozprężenia standardów i zaostrzenia wewnętrznej walki o sukcesję po wiekowym liderze. Jednocześnie – po tym, gdy naprawdę poczuł oddech konkurencji na plecach – obozowi PiS towarzyszyć będzie większa niż kiedykolwiek wcześniej pokusa, by sięgnąć po metody węgierskie i w ten sposób zabezpieczyć się przed ewentualnością utraty władzy w kolejnych wyborach. Polityczny regres nie ominie także drugiej strony. Do głosu dojdzie frustracja twardego elektoratu, którego mobilizacja, także w sensie emocjonalnym, po raz kolejny pójdzie na marne, a liderzy ugrupowań opozycyjnych będą starali się te emocje zagospodarować, tak jak czynił to w drugiej kadencji rządów PO-PSL Jarosław Kaczyński. Zakładając, że różnica w liczbie głosów między Dudą a Trzaskowskim będzie niewielka, a nowa i dość skomplikowana procedura głosowania korespondencyjnego przyniesie wysoki odsetek głosów nieważnych, istnieje poważne zagrożenie, że znacząca część elektoratu liberalnego i liberalno-lewicowego nie uzna wyniku wyborów. Już dziś zresztą w mediach społecznościowych pojawiają się wpisy osób przekonanych, że dojdzie do sfałszowania wyborów na korzyść urzędującego prezydenta (przykład tutaj).

Być może skończy się to powtórzeniem scenariusza z 2014 r. i stworzeniem jakiegoś KOD-erskiego odpowiednika ówczesnego Ruchu Kontroli Wyborów. Nie wykluczałbym jednak także otwartego zakwestionowania przez liderów największych ugrupowań opozycyjnych prawomocności wyboru prezydenta Dudy. Podobnie jak w przypadku PiS, radykalizacja nie przysłuży się raczej politycznej dojrzałości „ludu opozycyjnego”. A że opozycja cierpi w dodatku, w przeciwieństwie do ówczesnego PiS, na kryzys przywództwa, można obawiać się, że jej liderzy chętniej poświęcą się konkurencji o względy najtwardszej części anty-PiS-owskiego elektoratu niż tworzeniu programu atrakcyjnego także dla pragmatycznej części wyborców partii rządzącej.

Zwycięstwo wyborcze Rafała Trzaskowskiego to inny wariant powtórki historii jako farsy. Zdolność PiS i PO do funkcjonowania w kohabitacji znamy z lat 2007-2010. Abstrahując od oceny programu politycznego Trzaskowskiego i jego formacji, dla osób nieodnajdujących się w podziale PO-PiS pewną wartość stanowić może pojawienie się instytucjonalnego bufora chroniącego przed nadużyciami monowładzy jednego ugrupowania. Sęk w tym, że od 2010 r. wydarzyła się katastrofa smoleńska, polityczno-prawne konflikty o Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy, a także wiele najrozmaitszych aktów eskalacji „wojny polsko-polskiej”. Liderzy obu obozów uczyli się zaś, że taki kierunek ewolucji życia publicznego jest dla nich korzystny, gdyż wywiera presję lub usuwa stopniowo z pozycji wpływu ludzi, którzy w prowadzeniu walki politycznej wykazywali jakieś skrupuły. Fakt, że obie strony konfliktu dysponują dziś własnymi, wzajemnie sprzecznymi interpretacjami sytuacji prawno-ustrojowej w kraju, zapowiada w tym kontekście wojnę na noże – z wykorzystaniem przeciwko rywalowi służb specjalnych, prokuratury i sądów oraz rozdwojeniem się porządku prawnego (dwa Sądy Najwyższe) włącznie. Zwycięstwo Trzaskowskiego oznaczać też będzie kolejną klęskę zabiegów o złagodzenie dwubiegunowości polskiej polityki. Radykalny konflikt między Trzaskowskim a rządem PiS (zapewne po rekonstrukcji tego ostatniego w kierunku bardziej „jastrzębim”) sprzyjać będzie konsolidowaniu się poparcia opinii publicznej dla głównych rywalizujących stron. Jako że rządzenie w takich warunkach będzie niemożliwe, należy spodziewać się rozpisania przedterminowych wyborów, które na nowo usankcjonują ten duopol. Nowy układ będzie szczególnie bolesny dla Lewicy, która – po dotkliwej (i zasłużonej, niestety) porażce wyborczej Roberta Biedronia – tracić będzie wyborców na rzecz Koalicji Obywatelskiej, a w efekcie prawdopodobnie także pozycję „trzeciej siły”, którą zająć może ultraprawicowa Konfederacja, ewentualnie koalicja budowana wokół PSL albo nowe ugrupowanie Szymona Hołowni.

Każdy z tych scenariuszy oznaczać będzie wyraźne przesunięcie się polskiej sceny politycznej na prawo. Każdy z nich skończy się też z wysokim prawdopodobieństwem pogłębieniem kryzysu państwa i wzmocnieniem jego „bananowego” rysu. Z jednej strony: coraz bardziej operetkowa, skorumpowana i wsobna władza PiS w stanie wojny z opozycją, sądami i wspieranymi z zagranicy organizacjami pozarządowymi. W scenariuszu totalnej eskalacji nie da się wykluczyć nawet „umiędzynarodowienia” sporu o legalność wyboru Andrzeja Dudy, co oznaczałoby – na serio, a nie połowicznie, jak do tej pory – odebranie naszym rządzącym powagi i znaczenia w sferze stosunków zewnętrznych. Radykalnie wzrosłaby także podatność naszego kraju na zagrożenia hybrydowe, czemu i tak sprzyja wiele czynników, takich jak potwierdzona ostatnimi decyzjami prezydenta USA w sprawie obecności sił amerykańskich w Europie erozja NATO. Z drugiej: ta sama wojna polityczna, ze wszystkimi osłabiającymi Polskę na zewnątrz konsekwencjami, prowadzona jednak już nie tylko na ulicach, za granicą i w mediach, ale także przy użyciu kluczowych instytucji państwa (skutki tego faktu, takie jak prawdopodobna destabilizacja wymiaru sprawiedliwości, uderzyłyby także w zwykłego obywatela). Poważnym zagrożeniem w tym wariancie rozwoju wypadków jest też wzrost pozycji politycznej skrajnej prawicy, włącznie z możliwością jej wejścia do koalicji rządzącej. Sprawą niemal pewną jest zaś utrata szans – przynajmniej na kilka lat (zapewne do momentu odejścia z polityki szefa PiS) – na bardziej funkcjonalne i pluralistyczne życie polityczne w kraju. Wybór należy do nas.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *