Michał Zabdyr-Jamróz

Kiedy przyszli po Jolantę Brzeską, nie protestowaliście

AUTOR

Michał Zabdyr-Jamróz

Doktoryzujący się politolog. Asystent w Instytucie Zdrowia Publicznego CM UJ. Dżokej PowerPointa; niekonsekwentny anarchodandys. Udzielał się społecznie w Stowarzyszeniu DoxoTronica i Klubie Jagiellońskim. Bardziej publicystycznie pisał m.in. do Pressji i Rzepy. Naukowo pochłania go demokracja deliberatywna a także polityka zdrowotna, socjobiologia i habeas corpus.

Wielu obrońców konstytucji dziwi się, że tak słaby jest opór społeczny wobec naruszania praworządności w Polsce. Dlaczego szersze masy nie protestują? Skąd ta apatia? Albo: skąd tolerowanie czy nawet popieranie nadużyć władzy? Problem w tym, że oburzenie łamaniem praworządności akurat przez aktualny rząd dotyczy raczej tylko tych, którzy nie dostrzegali tego, jak prawo naginane i instrumentalizowane było już od dawna. I skutkiem tych wcześniejszych naruszeń nie było burzenie abstrakcyjnego, proceduralnego porządku, ale zniszczone życia ludzkie.

Patryk Wawrzyński trafnie pisze dla Konstytucyjny.pl: Dla prawników konstytucja jest przede wszystkim źródłem prawa, lecz dla mnie jako badacza komunikacji ma znaczenie jako mit założycielski wspólnoty politycznej, a także jako nasza własna opowieść o nas samych i państwie, które tworzymy. Z tej perspektywy widać lepiej, w jak trudnej sytuacji się znaleźliśmy jako naród. Konstytucja stała się bowiem jedynie pustym sloganem, za którym nie kryją się wspólne wartości – jedni cieszą się z legalizacji bezprawia, drudzy czują bezsilność, bo ich argumenty okazały się być bezzębne. Jeśli ktoś uważa, że silna władza jest lepsza od władzy praworządnej, to raczej nie wzruszą go argumenty o braku szacunku do konstytucji.

W ramach komentarza chciałem tu tylko dodać małe uzupełnienie. Czymś, co łączy mnie z Patrykiem od lat (szczególnie w mojej pracy badawczej), jest docenienie znaczenia emocjonalnie podbudowanych narracji czy nawet mitów w polityce, nawet w tak racjonalnych obszarach jak prawo, ekonomia, medycyna czy zdrowie publiczne. W swoim tekście trafnie wskazuje on, że trwający od wielu lat kryzys konstytucyjny – rozlewający się aktualnie na same zasady demokracji – nie jest li tylko kwestią przestrzegania racjonalistycznych reguł, łamania zasad, sprzeniewierzania się obiektywnym wartościom i *faktom*. To wszystko jest w istocie kryzysem poczucia sensu: obaleniem narracji, zbrukaniem mitu. W odczuciu wielu osób – w szczególności w intuicyjnej ocenie wielu przedstawicieli klasy średniej i wyższej – to, co się wyprawia teraz i od paru lat, oznacza zburzenie psychologicznego poczucia ładu i sensu. To wywołuje zaś emocję niepokoju i egzystencjalny strach o przyszłość. I niewykluczone, że jest to obawa prorocza.

Dla dostrzeżenia pełni obrazu trzeba jednak zrozumieć, że dla wielu przedstawicieli klas niższych i niższych średnich będzie to nie powód do troski, ale źródło satysfakcji, albo potwierdzenie czegoś, co wiedzieli od lat. Mówię tu o ludziach, dla których ten mityczny porządek już dawno został obalony w ich realnym życiu. Dla nich momentem, w którym legalistyczna fasada legła w gruzach, były doświadczenia niesprawiedliwych wyroków sądowych, utraty oszczędności, traumatyzujących interwencji komorniczych czy niewyjaśnionych do dziś morderstw, jakoś tak tylko przypadkiem poprzedzonych nękaniem przez „czyścicieli kamienic”.

Dla tej ogromnej rzeszy ludzi już dawno król okazał się nagi. Dużo wcześniej stracili poczucie sensu i porządku – wpadli w traumę niepokoju o przyszłość. Tak – tu chodzi o emocje, i tak – to jest resentyment. Wszystkim, którzy z pozycji moralnej wyższości Nietzscheańskiego nadczłowieka będą takim resentymentem pogardzać, przypomnę tylko słowa Adama Smitha z „Teorii uczuć moralnych” (tłum. D. Petsch, PWN 1989, s. 163): […] zuchwalstwo i brutalność gniewu, gdy ulegamy pasji bez umiaru i bez hamulców, jest ze wszechmiar najbardziej nieznośne. Podziwiamy natomiast szlachetny wielkoduszny resentyment, który w następstwie największych krzywd nie wzbudzi w sercu osoby cierpiącej gniewu, lecz wywołuje zrozumiałe oburzenie bezstronnego obserwatora. Tego rodzaju resentyment – nawet gdy przeradza się w gniew – jest czymś w pełni naturalnym, i jest on uzasadniony, bo stanowi wołanie o sprawiedliwość. Po tym, gdy w obliczu oczywistej i w znacznej mierze systemowej niesprawiedliwości elity – prawnicze i te z „klasy paplającej” – milczały, trudno oczekiwać od jej ofiar, że emocjonalnie przejmą się łamaniem konstytucji i krzykami w obronie tych abstrakcji.

Bardzo pomocny w wyjaśnieniu tego mechanizmu jest chwyt retoryczny z często przywoływanego wiersza Martina Niemöllera: Kiedy przyszli po X [prawników/dziennikarzy itp.], nie protestowałem, nie byłem przecież X. […] Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować. Ale proces ten nie zaczął się z władzą PiS i podsycanymi przez nią konfliktami społecznymi. Od dawna można było już mówić: Kiedy przyszli po Jolantę Brzeską, nie protestowałem, nie byłem przecież eksmitowanym lokatorem. Jak to się stało – pytam szczerze i uczciwie – że obrońcy praworządności i konstytucji, elity Polski pozwoliły na to, że śledztwo w jej sprawie wznowił dopiero ktoś tak nieudolny i instrumentalizujący prawo jak Zbigniew Ziobro?

Nie zrozumcie mnie źle, też uważam, że praworządność jest podstawą sprawiedliwości społecznej. Ale tu chodzi o społeczną percepcję. O zaufanie do elit, że nie bronią tylko swoich interesów. Proszę, niech ktoś mi udowodni, że opowiadam głupstwa, i że od lat czołowi polscy profesorowie prawa grzmieli w mediach (albo chociaż w branżowych pismach) o tej sprawie.

W przeciwnym razie nie ma co się dziwić, że – znów cytując Wawrzyńskiego – ktoś uważa, że silna władza [cóż, że nieudolna] jest lepsza od władzy praworządnej, [i] nie wzruszą go argumenty o braku szacunku do konstytucji. Tej samej konstytucji, której naczelny zapis, mówiący o tym, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej, dla wielu już dawno temu stał się nie słusznym mitem założycielskim, a raczej pustym sloganem, za którym nie kryją się wspólne wartości.

Fot. Mateusz Opasiński

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *