Krzysztof Posłajko

Tak, ludziom trzeba tłumaczyć, że muszą dbać o innych

AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Dla większości ludzi „obiektywne fakty moralne” nie stanowią busoli wyznaczającej kierunek życia. Nie wynika to z tego, że ludzie są źli, tylko z tego, że jesteśmy socjalizowani w kulturze, która wynagradza zupełnie inne rzeczy niż dobroć.

W podręcznikach do nauki teorii etycznych opisuje się standardowo pogląd zwany intuicjonizmem moralnym. W myśl tego stanowiska, prawdy dotyczące tego, co dobre i moralnie słuszne, ludzie poznają za pomocą specjalnego „wglądu”, którego naturę najlepiej porównać do zwykłego widzenia. Zatem jeśli patrzymy na jakiś czyn moralnie podły, to – o ile nasz „zmysł moralny” jest niezmącony – ową podłość widzimy jak na dłoni. Podobnie rzecz ma się z dobrem, dlatego błędy w ocenach moralnych wynikają wyłącznie z czynników wewnętrznych, zaburzających nasze zdolności w tej sferze.

Nie jestem pewny, czy którykolwiek z dawnych filozofów faktycznie uznawał tę koncepcję; być może jest to tylko klasyczny chochoł, postawiony przez zwolenników innych, bardziej subtelnych teorii. Pewnie i Ty, Czytelniczko/Czytelniku nie czujesz się przekonana do tej koncepcji, być może uderza Cię jej naiwność i sprzeczność z postoświeceniowym duchem naszej epoki.

Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że taki intuicjonizm moralny jest w ukryty sposób zakładany przez dużą część naszych środowisk postępowych. W jeremiadach o tym, jak bardzo nasze społeczeństwo nie podziela progresywnego systemu wartości, który obejmuje szacunek dla mniejszości, troskę o przyrodę, dążenie do równości i wyrównywania krzywd etc., wyczuć można zdziwienie, że „ale jak to”. Jak ktokolwiek może nie myśleć o tym, że OCZYWIŚCIE musimy robić wszystko, by minimalizować krzywdę grup społecznie marginalizowanych, że każdej mniejszości należy się szacunek itp. I może dlatego taką popularnością cieszył się w tych środowiskach mem I don’t know how to explain to you that you should care about other people.

Żeby nie pozostawać na poziomie memów, doskonałym przykładem takiego mindsetu może być choćby niedawny, kuriozalny tekst Jasia Kapeli. Tym, co w nim uderza, nie jest radykalizm czy pozorna nieżyciowość postulatów (bo to, że nasze wzorce konsumpcji muszą ulec radykalnej zmianie, aby powstrzymać katastrofalne zmiany klimatu, jest prawdą raczej już bezdyskusyjną), ale rozbrajająca psychologiczna naiwność. Tak jakby autorowi wydawało się, że ktokolwiek (poza grupką dusz z natury skłonnych do współczucia) będzie miał motywację, aby drastycznie ograniczyć ilość odczuwanych w życiu przyjemności, BO DOBRO PLANETY TEGO WYMAGA. Weganizm jest zapewne i etyczny, i środowiskowo racjonalny, ale nawet jeśli tak jest, to typową reakcją będzie „no i co z tego?” przerywane mlaskaniem znad hamburgera.

Wbrew progresywistycznemu intuicjonizmowi etycznemu sądzę, że większość ludzi nie jest ani szczególnie wyczulona na „obiektywne fakty moralne”, ani nie stanowią one dla nich jakiejś busoli wyznaczającej kierunek życia czy motoru do działania. Owszem, raz na rok każdy lubi powzruszać się swoją szlachetnością, ale na co dzień działa to nieco inaczej, i to niezależnie, czy wyznajemy wolnościowy socjalizm, czy jakąkolwiek inną ideę.

I nie wynika to z nihilistycznego przekonania, że ludzie są obowiązkowo źli, tylko z tego, że jesteśmy socjalizowani w kulturze, która – wbrew swojej własnej propagandzie – wynagradza zupełnie inne rzeczy niż dobroć. W kulturze, w której normą jest budowanie hierarchii opartych na wykluczeniu, poniżeniu i dehumanizacji wrogów. W której godność jest dobrem rzadkim i aby dać ją jednym, należy odebrać ją innym. W której szacunek zdobywa się dzięki gotowości do stosowania przemocy wobec słabszych. Ta kultura nie jest zbiorem abstrakcji – jest czymś, co jest głęboko wdrukowane w naszych językach i w naszych ciałach. To nie jest tak, że potrzebne są spiski wrażych sił i organizacji, żeby ludziom wbijać do głowy uprzedzenia: retoryka podziałów zawsze trafia na podatny grunt.

Wychodzenie z tej kultury jest procesem długim, żmudnym i bolesnym. Co więcej, na końcu tej drogi nie czeka na nas zbyt wiele nagród, zwłaszcza jeśli jesteśmy członkami grupy dominującej i do tej pory w życiu i tak nam się znośnie wiodło. Być może poczujemy przez chwilę haj, jaki daje poczucie moralnej wyższości, ale to twardy narkotyk i częste używanie kończy się bolesnym zwałem.

Zatem jeśli ktoś ma taką fantazję, że zależy mu na owych słynnych progresywnych wartościach, to musi się chyba nauczyć przekonywać ludzi, że powinni dbać o innych, że należy troszczyć się o mniejszości, środowisko i co tam jeszcze uznajemy za wartościowe. A jak? To już pytanie do mądrzejszych ode mnie.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *