AUTOR

Łukasz Bińkowski

urodzony w 1985 r., pochodzi z Raciąża (woj. mazowieckie). Współzałożyciel Nowych Peryferii, mieszka w Gdańsku.

Krótki komentarz wokół ostatnich wydarzeń, napisany na marginesie dwóch fragmentów eseju The Middle-Class Military Coup z 1967 r., w którym argentyński politolog José Nun opisuje przewroty polityczne i zamachy stanu w krajach Ameryki Południowej pod kątem ich społecznych i klasowych źródeł.

W realiach reżimu sanitarno-epidemiologicznego i wprowadzania „nowej normalności” w stosunkach gospodarczych lepiej stawiać pytania o klasowy charakter państwa i prawa, niż udzielać odpowiedzi w sprawie wyborczych strategii. Dlaczego zatem podwyższenie i rozszerzenie świadczeń dla bezrobotnych było, jest i będzie zwalczane z całą zajadłością, a wsparcie publiczne dla przedsiębiorców zostaje uznane za wypełnianie funkcji państwa? Lewicowiec tylko się uśmiechnie, natomiast liberał zdziwi się, że ktoś próbuje dyskutować o takiej oczywistości. Dla niego ten cytat: Dlatego też jest wiele logiki w twierdzeniach, że „państwo, które pomaga mojemu przemysłowi, nie ma nic wspólnego z bardziej abstrakcyjnie pojętym państwem, które – poprzez swą działalność ustawodawczą i konkretne poczynania – uczestniczy w życiu gospodarczym i staje się odwiecznym symbolem antyprzedsiębiorcy”. W ten sam sposób przemysłowiec może uchodzić za zwolennika protekcjonizmu w odniesieniu do swojego własnego produktu, a jednocześnie za zwolennika wolnego handlu w odniesieniu do surowców, z których produkt ten jest wytwarzany. Pytajmy dalej. Dlaczego dla demokracji w naszej jak zwykle umęczonej ojczyźnie większe znaczenie miałby dziki strajk pocztowców, który sparaliżowałby proces wyborczy z 10 maja 2020 r., niż jego bojkot „obywatelski” i rozdzieranie szat nad niedemokratycznością procedury głosowania? Oburzonym tym stwierdzeniem polecam kolejny fragment cytowanej pracy, w którym autor, korzystając z badań E. Hobsbawma i T.Tholfsena, stwierdza: (…) słusznym byłoby powiedzieć, że „sugeruje on, jakoby Anglia stała się demokracją głównie w wyniku ustawowych zmian w ordynacji wyborczej, podczas gdy w rzeczywistości ten historyczny proces był o wiele bardziej skomplikowany”. Jednym z najważniejszych elementów tego procesu była właśnie umiejętność, z jaką wiktoriańska burżuazja potrafiła wyrazić ludowy consensus. W tym celu wykorzystywała ona zręcznie zróżnicowanie w postawie klasy robotniczej; nieustannie propagowała wartości związane z jej kapitalistycznym, liberalnym i chrześcijańskim systemem etycznym; okazywała entuzjastyczne poparcie całemu kompleksowi instytucji „służących samodoskonaleniu się i samodzielności”, a przede wszystkim potrafiła – począwszy od połowy XIX w. – wyraźnie poprawić położenie ekonomiczne arystokracji robotniczej, która bardzo ochoczo zareagowała. Bez tego pośredniczącego procesu, który umożliwił odejście od początkowego utożsamiania „klas pracujących” z „klasami niebezpiecznymi”, reforma wyborcza z 1867 r. nie zostałaby zrozumiana; robotników zaczęto akceptować jako obywateli dopiero wtedy, kiedy ich konformizm doprowadził do stłumienia starych czartystowskich namiętności. Z tej właśnie przyczyny powszechne prawo wyborcze utraciło swój charakter i potrafiło wypełnić w sferze polityki tę legitymizacyjną funkcję, którą w sferze ekonomicznej spełniła instytucja umowy. Innymi słowy, słuszność klasycznej tezy Marksa, że demokracja przedstawicielska jest tą formą rządzenia, która najściślej odpowiada interesom burżuazji, zależy od uprzedniego skonsolidowania przez tę burżuazję swej hegemonicznej supremacji, od wypracowania przez nią metafizycznego uzasadnienia swej czołowej roli oraz wykazania się sprawnością w roli klasy rządzącej.

Wiemy doskonale, że w czasie kryzysu władza polityczna, pracodawcy, klasy posiadające oczekują od pracowników odpowiedzialności, powściągliwości, pokory, przyjmowania wyrzeczeń jako koniecznych i racjonalnych. W łagodniejszej wersji snują wizję wspólnoty narodowej, sojuszu międzyklasowego, wyższych celów, wyższego dobra, ogólnospołecznego obowiązku. Łzawe podziękowania dla pracowników dyskontów od ich szefów i codziennych zarządców, które słyszeliśmy w mediach w formie reklamy, były tyleż hipokryzją czy tanią propagandą, ile wyrazem posiadanej władzy. W bardziej bezpośrednich relacjach, tam gdzie już Kodeks pracy się zamyka, pojawia się zwykła przemoc ekonomiczna: masz odpracować mój zysk, bo jak nie, to kilku już czeka na twoje miejsce. Tutaj nie ma zaskoczenia. Problem pojawia się, gdy pracownicy zaczynają uznawać to za normalność i jedyną opcję w sytuacji zaburzeń gospodarczych. Bywa i tak, że chęć oporu wobec wyzysku nie może znaleźć skutecznych narzędzi, a to jest jeszcze gorsze. O przyczynach można by mówić długo. Na pewno jedną z nich jest postawa central związkowych, które zbyt często gotowe są do ustępstw i szukania niezbędnych kompromisów. Uderzająca, ale i typowa była rozmowa z szefem Śląsko-Dąbrowskiej „Solidarności” przy okazji Europejskiego Kongresu Gospodarczego, spisana w artykule Utrzymanie wysokości płac to nie jest to, przy czym należy się teraz upierać z 18 maja. Jak stwierdził związkowiec: Całkowitym kretyństwem ze strony związków zawodowych byłoby w tej chwili, gdybyśmy za wszelka cenę dążyli do tego, żeby utrzymywać poziom wynagrodzeń. Nie daj Boże, żeby komuś do głowy przyszedł w takiej sytuacji [postulat] zwiększania poziomu wynagrodzeń albo zwiększania uposażeń socjalnych (…) Bez względu na to, czy żyjemy w sytuacji kryzysowej, czy żyjemy w sytuacji normalnej, żadnemu przedsiębiorstwu z góry nic nie powinno się narzucać. Tako rzecze związkowa wierchuszka, a czasami lepiej po prostu stosować zasadę, że nie trzeba głośno mówić.

W konkretnym zakładzie niepatologiczny pracodawca i ofensywne związki zawodowe mogą oczywiście ustalić warunki zatrudnienia na czas recesji, które nie będą oznaczały automatycznego przerzucenia kosztów zastoju na stronę pracowniczą. Nie taka jest jednak reguła funkcjonowania zakładów pracy i tzw. pracodawców w Polsce. Do tego potrzeba samoorganizacji, silnych związków zawodowych, a nie oportunizmu i uległości. Powszechnie obowiązuje zasada „jebać biedaków i wyrobników, gdy tylko się da”. Przy słabości, bezradności reprezentacji pracowniczej oznacza to zdziczenie i popłoch, gdy tylko pojawiają się pierwsze oznaki spowolnienia. Specjalne regulacje na czas kryzysu zostają na dłużej (jak po 2009 r.), a czasowe pogorszenie warunków pracy za porozumieniem stron służy po prostu do „tańszego” pozbywania się pracowników. Wystarczył miesiąc zatorów płatniczych i zawieszenia dostaw w handlu międzynarodowym, by naszym oczom ukazało się rzadkie zjawisko społeczno-przyrodnicze. Mogliśmy mianowicie obserwować proces obumierania tzw. rynku pracownika, który nigdy nie istniał. Od jednej tarczy antykryzysowej do drugiej szybko eskalowały obciążenia dla pracowników i wsparcie dla tzw. pracokupców. Rządzący zwarli szeregi, a opozycyjni eksperci wyciągali truchła „koniecznych reform”, żeby dopingować i straszyć decydentów, gdyby ci się wahali. Wahania jednak nie było. „Doktryna szoku” stała się pierwszym zestawem podręcznym na czas kryzysu. Wydaje mi się, że rządzący, decydenci z różnych organizacji biznesowych, a przede wszystkim zatrudniający odetchnęli z ulgą. Nareszcie możemy docisnąć robolom, pomyśleli, wracając na dawne tory nieubłaganych praw rynku pracy, które oznaczają dłuższą pracę za mniejsze pieniądze.

W tym kontekście spory o to, czy po wyborach prezydenckich nastanie już w pełni ukształtowany autorytaryzm, czy jeszcze tylko morfujący do ostatecznej formy, jak również dyskusje o stopniu ich demokratyczności wydawały mi się jałowe. Nie na miejscu. Bo jaki realny wybór może mieć w tym momencie milcząca większość pracujących? Dwa miesiące bez pensji lub z perspektywą obniżenia wynagrodzenia z kredytem na barkach i już kończy się świadomy obywatel z czytanek liberalnych demokratów, który zaangażuje się po pracy w obronę państwa prawa. Problem jest jednak głębszy i systemowy. Komfort organizowania prawdziwie demokratycznych wyborów mają ci, którzy trzymają już władzę w garści, a demokracja działa tam, gdzie jest nieistotna, czyż nie? Stary Engels pisał w „Pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa”: I wreszcie klasa posiadająca panuje bezpośrednio przy pomocy powszechnego prawa głosowania. Dopóki klasa uciskana, a więc w naszym wypadku proletariat, jeszcze nie dojrzała do wyzwolenia się własnymi siłami, będzie ona w większości swej uznawała istniejący ustrój społeczny za jedynie możliwy i pod względem politycznym będzie się wlokła w ogonie klasy kapitalistów, będzie jej skrajnie lewym skrzydłem. Ale w miarę jak będzie dojrzewała do swego wyzwolenia, ukonstytuuje się ona jako własna partia, będzie wybierała własnych przedstawicieli, a nie przedstawicieli kapitalistów. Powszechne prawo głosowania jest więc miernikiem stopnia dojrzałości klasy robotniczej. W państwie dzisiejszym nigdy nie może być i nie będzie ono niczym więcej; ale i to wystarcza. W dniu, w którym termometr głosowania powszechnego wskaże punkt wrzenia u robotników, będą oni, tak samo jak i kapitaliści, wiedzieli, co to znaczy. Wydaje mi się, że klasy posiadające, macherzy, którzy obsługują interesy Kapitału, doskonale zdają sobie sprawę z istnienia tego punktu wrzenia. Trafny paradoks, że skuteczną walkę klas prowadzą współcześnie najbogatsi, znajduje najlepsze potwierdzenia w czasach kryzysu. Nie podejmuję tu wątków marksistowskiej analizy wyborów w demokracji liberalnej, roli organów przedstawicielskich, ale czasy kryzysu, destabilizacji (lub tylko groźba destabilizacji) to dobry moment, żeby rozważyć, czy demokracja polityczna możliwa jest bez demokracji pracowniczej. Dla własnej uciechy można sięgnąć po artykuły Róży Luksemburg z jesieni 1918 r., gdy zaczęła zwalczać Zgromadzenie Narodowe i postulować parlament robotniczy złożony z pracowników miast i wsi, a później jeszcze rady robotnicze. Pożyteczna lektura na czas zarazy. Nie postuluję takiego radykalizmu tu i teraz, ale na twierdzenia „obrońców demokracji”, w jaki to sposób będą przywracać rządy prawa i zasady demokratyczne, jedyną słuszną odpowiedzią wydaje się zawołanie: więcej demokracji w zakładzie pracy, a dalej pomyślimy.

Dyskusje wokół wyborów korespondencyjnych, pseudowyborów, niewyborów charakteryzowały się wysokim stężeniem nieistotności. Znaczące byłoby dopiero zatrzymanie procesu wyborczego z 10 maja przez strajk pracowników. O to trzeba było apelować i to wspierać. Z punktu widzenia związkowego, ale i ogólnospołecznego, cofnięcie się władzy w sprawie wyborów wskutek formalnego lub dzikiego strajku pracowników Poczty Polskiej byłoby wydarzeniem przełomowym, a może i założycielskim. Konsekwencje odczuliby zarówno liberałowie, którzy darzą zorganizowany ruch pracowniczy jawną niechęcią i ukrytą nienawiścią, jaki i rządząca prawica wprowadzająca paternalistyczną redystrybucję, ukrywająca pogardę dla zwykłego człowieka dopóki, dopóty ten dobrze głosuje. Podobne znaczenie ma teraz opór wobec antypracowniczych regulacji kryzysowych. Innym punktem tej walki są hale produkcyjne, punkty przeładunkowe, hektary magazynów, gdzie pracownicy trzymani są w reżimie kapitalistycznym i muszą stać przy taśmie nawet kosztem własnego zdrowia. W takich miejscach ujawnia się realność demokracji.

Na koniec pesymistycznie. Wszystko wskazuje na to, że już niedługo o znaczeniu tych walk dla świadomości i samoorganizacji świata pracy można będzie dyskutować tylko w trybie historycznych rozważań, jak o historii alternatywnej. „Nowa normalność” zakorzeni się, a efekt mrożący kryzysu i zasada surowości zwyciężą. Pozostaną nam typowe dla lewicy dywagacje. Jest to i tak ciekawsze niż rytualny ping-pong między „demokratami” a „autorytarystami”, z oficjalną lewicą i poważnymi publicystami, którzy biegają dookoła i sami nie wiedzą, czego chcą. Standardu europejskiego? Demokratycznej demokracji? Lepiej zatem w ramach trwającego jeszcze dystansowania zastanowić się nad klasowym charakterem państwa i demokracji przedstawicielskiej z jej pięcioprzymiotnikowymi zasadami i realną społeczną legitymizacją.

Dla oczyszczenia przedpola dla przyszłych ustaleń warto wyjść od prostej konstatacji, że podstawą prawną odwołania wyborów prezydenckich z 10 maja była decyzja polityczna, nic więcej.

Polskie tłumaczenie tekstu J. Nuna opublikowano w zbiorze „Wojsko i społeczeństwo w Trzecim Świecie”, Warszawa 1979.

Obraz: Hans Baluschek, „Arbeiterinnen (Proletarierinnen)”

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *