AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Pandemia koronawirusa ujawniła wiele, do tej pory nie całkiem jasnych, podziałów ideologicznych, w tym wśród szeroko rozumianej lewicy. Szokującym dla mnie odkryciem okazało się choćby to, jak bardzo wielu ludzi związanych z lewicą – czy to polską, czy to międzynarodową – ma w niskim poważaniu gospodarkę. Powszechne śmieszkowanie z martwienia się o gospodarcze skutki kryzysu ekonomicznego świadczy – jak się wydaje – nie tylko o słusznym przedkładaniu ludzkiego zdrowia i życia nad pieniądze, ale również z niepokojącej dezynwoltury wobec rozwoju gospodarczego.

Część środowisk lewicowych zachowuje się, jakby bezkrytycznie kupiła neoliberalny dogmat, że gospodarkę i jej rozwój należy utożsamić z kapitalistyczną, spekulacyjną nadbudową; że troska o gospodarkę jest troską o wykres giełdowej kreski i cyferki w raporcie z Q2. Tymczasem jest to zasadnicze, a fundamentalne nieporozumienie – gospodarka to nie to samo co ta pasożytnicza finansowa struktura. Gospodarka – w całej niemalże myśli okołomarksistowskiej – oznacza całość sił wytwórczych, czyli tych wysiłków społecznych, które odpowiadają za możliwość zaspokojenia potrzeb ludzkich. I nie należy utożsamiać tych sił wytwórczych z produkcją dóbr materialnych wąsko rozumianych – gabinety fizjoterapii czy ośrodki kulturalne są taką samą częścią gospodarki jak fabryki śrubek. W tej perspektywie upadek gospodarczy nie oznacza jedynie tego, że giełdowi spekulanci stracą swoje stonks: oznacza to, że znacząco zmniejszy się nasza – ludzkości – zdolność do zaspokajania własnych fundamentalnych potrzeb.

Pojawia się czasem – mniej lub bardziej głośno wyrażana – idea, że to może i dobrze. W myśl tego swoiście pojmowanego konceptu degrowthu ludzie obecnie mają za dobrze: światowa gospodarka tworzy za wiele dóbr, co nie dość że niszczy planetę, to jeszcze prowadzi do duchowej degeneracji. W myśl tego kuriozalnego instynktownego anarchoprymitywizmu należy z nadzieja wyglądać czasów, gdy większość ludzi przestanie bezsensownie konsumować, a wróci do rolnictwa nietowarowego; ludzie będą istotnie szczęśliwsi, gdy po całym dniu uprawy ziemniaka zasiądą do lektury Dostojewskiego przy ogarku zamiast włóczyć się po galeriach handlowych.

W moim odczuciu taka postawa jest kompletnym nieporozumieniem. Krytyka współczesnego konsumpcjonizmu oraz rabunkowej eksploatacji środowiska naturalnego nie może zamieniać się w mniej lub bardziej jawny antyhumanizm; szeroko rozumiany marksizm zawsze stał po stronie rozwoju sił wytwórczych i zwiększania możliwości ludzkiego samorozwoju. Krytyka ekscesów hiperkonsumpcjonizmu nie powinna nas prowadzić do zaprzeczenia temu, że lepiej jest, gdy ludzie mogą zaspokajać więcej potrzeb niż wtedy, gdy mogą zaspokoić ich mniej. Powinniśmy dążyć do tego, by ta zdolność zaspokajania potrzeb była rozwijana w sposób odpowiedzialny ekologicznie i egalitarny, a nie marzyć o czasach, gdy co prawda będziemy mieli tylko jedną zgniłą bułkę, ale za to podzielimy ją na równe części.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *