Drobiazgi

LISTY OD SĄSIADÓW X. Ondřej Hanus – WIERSZE

AUTOR

Zofia Bałdyga

Urodzona w 1987 roku w Warszawie. Absolwentka Instytutu Slawistyki Zachodniej i Południowej UW. Autorka tomików poezji „Passe-partout” (Warszawa 2006), „Współgłoski” (Nowa Ruda 2010) oraz „Kto kupi tak małe kraje” (Warszawa 2017). Współtworzyła poetycko-muzyczny projekt Elektroliryka. Tłumaczka młodej poezji czeskiej i słowackiej. Prowadzi fotobloga The Picktures (www.thepicktures.net).

W swoich wczesnych wierszach Ondřej Hanus zgłębiał tajniki formy, porządkując słowo przy pomocy precyzyjnych reguł. W tym okresie szczególnie upodobał sobie sonety. Jego najnowsza książka, za którą otrzymał nominację do prestiżowej nagrody Magnesia Litera, bada porządek z zupełnie innej strony. Można wręcz powiedzieć, że udaje się w podróż ku jego marginesom. Rezygnuje z narzuconych ram gatunkowych, ciesząc się wolnością wersu. Mówi nam o tym już sam tytuł, czyli „Wersy wolne” (Volné verše). Przewartościowaniu formy towarzyszy też wewnętrzna walka podmiotu lirycznego, oscylującego między religijnością a nihilistycznym dekadentyzmem. Te teksty są czymś więcej niż tylko zapiskami mieszkańca praskiej dzielnicy Braník. Wiele jest w tych wierszach negatywizmu i powątpiewania, ale na końcu pojawia się jakieś światło. Nie chcę zdradzać puent, więc przekonajcie się sami.

Ahoj,

Zofia.

 

BRANICKA

 

I
NA BENDOWYM POLU

 

z okien patrzymy w okna, naprzeciwko
starsza pani ciągnie męża
do wanny, ma czarną plamę po okiem
pewnie też złamany krąg i
głos

Braník jest pełen pijaków, wariatów i
lilaków, kiedy zamierzasz to dokończyć?
krzyczy na faceta, facet
nie słyszy, zupełnie jakby gryzł glistę, karmi się
grubym papierosem

Jest tutaj zapomniany antykwariat, pani
która ma wszystkie rzeczy świata, zupełnie
wszystko, poważnie, zupełnie, zupełnie wszystko
normalnego człowieka ze świecą
szukać, nagle ze wszystkimi jesteś na ty

napis wyszczerbił czas, ale zwyciężyła potrzeba
mieć wszystko odpowiednio nazwane, napis
powrócił, NA BENDOWYM POLU, widnieje tam
dumnie, jakieś pięć metrów nad
zgaszoną latarnią reliefowego górnika

nieustannie ryczą tu syreny i alarmy, ale
żadne pójdźki, bo też i po co?
na Braníku się zasadniczo nie umiera, tylko kradnie
a dwa kocury łypią z okna i mają
najwięcej rozsądku z nas wszystkich

 

II

STARA DROGA

 

donikąd cię nie zaprowadzi, a już na pewno nie
do samego siebie, to tylko takie
głupie zdanie, które wymyślili sobie poeci, żeby
mieć powód do upijania się i zdrad oraz pozornego
zamartwiania się, że niby zdradzą tę tajemnicę, ubiorą w wersy, wydadzą

to nie jest do czytania, to nie jest
do zapisania, nie jest do upiększenia ani
do przekreślenia, to życie, proste
jak czasownik łączący, niczym
niechełpliwe porównanie

w górze jeszcze światło, na dole mrok, ogrodzenie
nas nie utrzyma, niesiemy zbyt ciężkie
brzemiona przeszłości, jednak
łatwa pomoc przy bolącej pamięci:
nie trzeba ogrodzeń a ziemia nas uniesie

kiedy twój brat opowiedział mi o jerzykach, wydawało
mi się że to piękna metafora, niestety nie wiem już
czego, ale nie ulega wątpliwości, że czegoś niepokojąco
znajomego, to uczucie, jak wtedy, kiedy widzisz
grzbiet, który już od dzieciństwa znasz z domowej biblioteki

 

III

MIĘDZYGÓRZE

 

żadnych gór tam nie ma, lecz są
dwie, a między nimi jest pustka, lecz
doskonale wyrażona, tylko że
cóż z wyrazem, który
jest zrozumiały? znika między zębami

a gdzieś tam powinna być winnica, bo
dwie ulice mają ją w nazwie Pod nią
i Nad nią, ale na Braníku i tak
pije się tylko pamięć, masę
pamięci, bozia by się w niej utopiła

tyle tylko że trzeba przestać chlać, przestać
gasić sobie papierosy na czole, przestać
skakać z jadących samochodów, przestać
spijać sobie strach z głowy, przestać
przestawać i w końcu przestać

 

 

IV

SKAŁY BRANICKIE

 

Idź Starą Drogą od burdelu
ku górze, wejdź Skałom Branickim
na plecy, potem przez las, najlepiej po
ciemku, bo pod drzewami rośnie tam
strach i stań czołem do Wełtawy

kiedyś skoczę z tych skał, ale może i nie, to
zależy, czy będzie mi się chciało umrzeć, choć
ostatnimi czasy nawet mi się
nie chce, może pójdziemy tam tylko
się dotykać i gapić na tramwaje

 

V

BRANICKA

 

długa jak tydzień, powiedziałabyś i miałabyś
rację, jak tydzień, kiedy
człowiek pożegna się z samowspółczuciem
spojrzy na siebie z kartki i bardzo ostrożnie się
uśmiechnie

 

 

Autorem wierszy jest Ondřej Hanus. Wiersze pochodzą z tomuVolné verše (Host 2017). Z czeskiego przetłumaczyła je Zofia Bałdyga. 

Ondřej Hanus— (ur. 1987), poeta, tłumacz, publicysta. Po ukończeniu liceum w Písku studiował bohemistykę i translatorykę na Uniwersytecie Karola. Pełnił funkcję redaktora naczelnego pisma literackiego Psí víno. Pracował w Instytucie Literatury Czeskiej Czeskiej Akademii Nauk, obecnie jest redaktorem wydawniczym. Wydał trzy tomy poezji — Stínohrad (Brno: Weles, 2008), Výjevy (Brno: Host, 2013) oraz Volné verše. Jego wiersze były tłumaczone na angielski, niemiecki, rumuński i polski. W Polsce ukazały się w „Fabulariach”. Pochodzi z południowych Czech, mieszka w Pradze.

 

Ilustracja: Emilia Ptak-Gwiazda.

Emilia Ptak-Gwiazda, przerwała studia, aby podróżować. Nie przyniosło jej to pieniędzy. Rysuje od lat. Ostatnio widziała wronę siwą, która w dziobie trzymała opakowanie po margarynie Delma.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *