AUTOR

Maciej Topolski

Urodzony w roku 1989; tłumacz, eseista, poeta. Doktorant na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Członek Kolektywu Kuratorskiego. Były redaktor niedoczytania.pl (2009-2011). Przygotował wybór wierszy Adama Wiedemanna „Domy schadzek” (Poznań 2012). Opublikował tom wierszy „na koniec idą” (Łódź 2017) nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia 2018. Mieszka w Krakowie.

Dążcie do tego, co na niżu, nie w górze.

 

Pusta restauracja jest jak scenografia, w której każdy przedmiot – od żyrandoli przez stół po podłogę – czeka na ciebie. To wszystko naprawdę dla ciebie zostało stworzone i czeka, od zawsze, jak pies, na twoje nadejście. Przystajesz w drzwiach, rozglądasz się, pusta restauracja budzi twoje podejrzenia. Ale jesteś głodny, więc? Na co czekasz? No to wchodzisz. Przyszedłeś tu, bo czujesz głód. Twój głód ich głód, co za różnica. Ale różnica jest oczywista, nie wszyscy mają tyle, nie mają tyle, żeby tu przyjść. Już za moment zrobi się czarno od ciał. I czarne będzie gardło, ta dziura bez dna, którą otworzysz. Po to tu jest, żeby sięgnąć tego dna, dotknąć go. To jest dla ciebie, zapraszam uniżenie, jestem do usług.

 

Dzień dobry. I on czekał na ciebie. On kelner, czyli waiter. Cały był czekaniem, a teraz jest już przy tobie. Wita cię, znajduje dla ciebie miejsce. Proszę tutaj, tak. I kłania się, uśmiecha. Klient w restauracji, Bóg w restauracji. Z początku krępuje cię jego uniżoność, która przypomina ci uniżoność przedmiotów. Taki, dla przykładu, sztuciec. Zawsze na wyciągnięcie ręki, czekający na ciebie. Brany do ręki, kiedy jest potrzebny. Odkładany, gdy zbędny. Przedmiot służy. I tak samo kelner. Pojawia się w razie potrzeby, a potem znika. Teraz, za sprawą tego porównania, łatwiej ci traktować kelnera jak przedmiot. Nie czujesz już skrępowania, możesz spokojnie używać kelnera. Użyj go, żeby coś zamówić. Nie krępuj się, przecież używasz ludzi codziennie. Nie zwlekaj, przecież nie raz już sobie na kimś używałeś. Kelner jest gotowy ci służyć, jest pomocny. A ty potrzebujesz pomocy.

 

Bo może to. Bo może jednak tamto? Masz kłopot, masz klops. W boczku, w sosie. Z jajkiem, z jabłkiem. Nie tylko na niedzielę, ale i na piątek. Nie wiesz, co wybrać. Spokojnie, kelner służy pomocą w sytuacji głodowej. Wskazuje ci pozycję na długiej liście. Na to właśnie, właśnie na to masz dzisiaj ochotę. Zgadzasz się, bo zjesz wszystko, dosłownie wszystko, co przed tobą postawi. A postawi przed tobą to, co akurat ma za zadanie sprzedać. I tak oto kelner wcisnął ci przedwczorajsze polędwiczki. Z Boga zmieniasz się w kosz na śmieci. Nie przejmuje cię to zbytnio, czemu miałoby. Na tym świecie jedna rzecz przemienia się w drugą, to oczywiste. Bóg w kosz na śmieci. Człowiek w przedmiot. Zwierzę w jedzenie. I tak dalej.

 

I już kelner układa przed tobą sztućce. Równo, równiusieńko. Do tego kieliszek, szklanka. Ten odgórnie narzucony porządek, w niezręcznej ciszy i bliskości ciał. Nie patrzysz na niego, patrzysz na jego dłonie. Odczuwasz narastające napięcie. Patrzysz, jak jego dłonie pracują przed tobą. Ile dni pracy potrzeba, żeby służyły tak właśnie? Żeby tak równo, równiusieńko układały sztućce? Żeby dłonie wiedziały, jak dotykać? Dłonie precyzyjne, dłonie chwytające, dłonie układające. Ale co to?! W tym porządku nagle – brudne, nierówno wycięte półkola paznokci. Czego dotykały wcześniej te dłonie tak brudno zakończone, wygryzione jakoś tak zygzakowato? Czego dotykały, zanim ułożyły dla ciebie sztućce na białym obrusie? Skąd przyszły i co ze sobą przyniosły? Boże, co on tam miał, myślisz sobie, co za czarny brud. Czarny brud na białym tle obrusu. Kiedy kelner odchodzi, wyjmujesz chusteczkę z kieszeni i dokładnie wycierasz sztućce. Żeby nie było więcej śladu, wątpliwości, zygzaków i czego tam, mój Boże, jeszcze. Nastaje czystość, napięcie obniża się.

 

Tłumno się zrobiło, czarno od ciał. Muzyka, którą jeszcze przed chwilą słyszałeś, zmieszała się z odgłosami rozmów, zamówień, poruszeń. Dziwny, czarny szum, który napędza głód, towarzyszy twojemu oczekiwaniu. Tak, teraz ty czekasz. Ktoś czeka na kogoś, coś czeka na coś, zawsze. Rozglądasz się nieśmiało i stwierdzasz ze smutkiem, że uśmiech, jakim przywitał cię kelner, nie był przeznaczony tylko dla ciebie. Uśmiech przykleja się do twarzy. Jak gazeta targana przez wiatr. Gazeta przywarła do szyby i łopocze. Tak, do gości należy zwracać się serdecznie. Ukryć za uśmiechem złość, irytację, podenerwowanie. Może to właśnie cię skrępowało przy przywitaniu, ta dziwna, nadmiarowa, wygięta w uśmiechu serdeczność? Serdeczność jest niezbędna. Zwłaszcza gdy gość jest wykłócającym się o kilka groszy skurwielem. Ale czy ty nie jesteś takim skurwielem?

 

Rozglądasz się nieśmiało. Ale chciałbyś zajrzeć do talerzy innym. Albo popatrzeć, jak ktoś kroi mięso, wsuwa ten kąsek do ust i żuje. Albo jak się oblizuje. Nasycanie, wchłanianie, rytm. Nie powinieneś tego robić, nie powinieneś wgapiać się komuś w jedzenie. Sam nie chciałbyś, żeby ten tamten przy stoliku obok patrzył na ciebie, gdy sos płynie ci po brodzie lub grudka ryżu spada na podłogę. Chcesz być sam, kiedy jesz. Tylko ty i to twoje tu. Ty i twój głód. Głód rozkoszny. Nasycany, pochłaniający, rytmiczny. Ale kto by chciał dzielić się swoją rozkoszą? Rozkosz jest najlepsza wtedy, gdy nie jest dzielona. Patrzeć na jedzącego to chcieć tego, co on. Być na jego miejscu. Posiadać jego pieniądze. To onieśmielające, spuszczasz wzrok. Patrzysz już tylko na podłogę.

 

A na podłodze znajdujesz psa. Pies leży przed srebrną miską z wodą. Metr nad nim jego pan je na przystawkę – wiesz, bo podsłuchiwałeś – tatar z królika. W pewnym momencie nad psem pojawia się ręka jego pana. W ręce pana resztka tatara. A więc tak to działa. Pies podnosi się, delikatnie wyjmuje z palców tę resztkę, potem wylizuje dłoń pana. Kładzie się z powrotem. I wtedy upada komuś sztuciec z brzękiem na podłogę, strącony łokciem. Już ten ktoś chce po niego sięgać. Nie, nie, nie. Proszę zostawić, już go wymienię, woła w biegu kelner. Jakby ten sztuciec oblazło robactwo, jakby jakieś zło w niego, wraz z upadkiem, wlazło. Nie można używać sztućca, który upadł na podłogę, gdzie buty, okruchy, jakiś liść, serwetka, plama, nogi stołów, pies i jeszcze jakiś dzieciak. Niż. No, gryź, mówi matka, wciskając dzieciakowi resztkę mięsa do ust.

 

A na górze wszędzie usta. Otwierające się, zamykające, wygięte, śmiejące, z zębami, z językami. Wszystko tu coś je, żuje, pije, wchłania. Też już byś chciał. Wystarczająco długo czekasz na swoje polędwiczki. Gdzie są moje polędwiczki? Nie bądź niespokojny. I próbujesz, naprawdę, się nie niepokoić. Ale bez skutku. Głód to brat niepokoju, poznajcie się. Świetnie wyglądasz taki głodny, serio. Wasz kelner wie doskonale, że potrzebujecie zaspokoić głód. No właśnie, popatrz na takiego kelnera. Nieustannie przebywa w pobliżu jedzenia, a jednak ciągle chodzi głodny. Niby to coś powinno zmieniać, no i zmienia. Po pierwsze głodny to ktoś, kogo da się wyzyskać. Po drugie pokarm to dla takiego kelnera niejadalny przedmiot, który należy dostarczyć. Więc kelner nie jest głową, on nie myśli. Kiedy jesteś głodny, nie myślisz, tylko idziesz. Dlatego kelner jest nogami, które idą. Ten chód kelnerski głód niesie. Tam jego dłoń nakłada z żeliwnego kociołka pachnące warzywa z kaszą. I dopiero wtedy – wtedy dopiero – jego żołądek, gdzieś u szczytu, zaczyna skrzypieć. Tak głód staje się słyszalny. Kiedy odzywa się w ciele, masz wrażenie – słyszy go cała restauracja. Tylko czekasz, aż ktoś nagle wskaże cię palcem, zawoła: Głód pański jest zbyt donośny. Proszę jeść! Jeść, kiedy wszystko woła.

 

Wreszcie udaje ci się zwrócić uwagę kelnera. Podchodzi. Nic nie musisz mówić, on od razu odpowiada: za momencik, będzie. Uśmiech przeszedł mu zmęczeniem. Jego uśmiech angażuje, masz wrażenie, wszystkie mięśnie twarzy. Żeby tylko uchronić ją przed rozpadem, żeby tylko nie odkleiła się od głowy, żeby… Uśmiech wspornik, uśmiech przeprosin. O tak, tobie jedzenie się należy, masz do niego podstawowe prawo. Niemal takie samo jak do wkurwienia, bo czekanie na jedzenie ci się przedłużyło, o kilka minut ci się wydłużyło. Więc to twoje wkurwienie, najbardziej podstawowe wkurwienie, uderza teraz w kelnera. Będzie, mówi tonem przepraszającym, będzie. I jeszcze bardziej jest w tym przepraszaniu uniżony, tak jakby zawinił nie jako pracownik, ale jako człowiek. I patrzysz w tę jego twarz i myślisz sobie – ile osób się w niej tak przeglądało? I kogo widziało? Siebie, jego, kogo? Twarze kelnerów są jak lustra, w końcu ślepną od odbijania.

 

A tak w ogóle to same młodziaki, same gnojki. Także ten, który był tu przed chwilą z tą swoją twarzą. Młodzi i niewyszkoleni chodzą. Chodzą pochyleni, zagubieni, w ogóle jacyś tacy nie na miejscu, nie dla ludzi. Żeby być kelnerem nie trzeba szczególnych umiejętności, wystarczy sprawne ciało. Przemieszczające się z jednego miejsca w drugie. Trzymające tacę. Umiejące pisać. Ciało niskobudżetowe. Może nadrabiać witalnością. Popierdalać z tymi talerzami w tę i w tamtą stronę. Przyjmować zamówienia i dostarczać. Aportować jak psy. I chyba przez to porównanie znów zwracasz wzrok na podłogę. Tym razem patrzysz na buty kelnerów. Patrzysz, jak poruszają się bez tułowia, bez głów, bez myśli. Buty, stopy, mięśnie, wiązadła, kości. Perfekcyjnie naoliwiona maszyneria, perfekcyjnie służąca kelnerowi. Ale wystarczy jedno potknięcie, żeby ten ruch zatrzymać. Żeby nic, żeby niż.

 

I widzisz, jak się przechyla, jeden kieliszek z tłustymi śladami palców spokojnie zsuwa się na brzeg tacy, za nim kolejne kieliszki, dwie puste butelki, kilka szklanek z niedopitymi napojami i dwa małe talerzyki, lekkie przechylenie, moment nieuwagi – należycie używane przedmioty nie stanowią zagrożenia, ich bezwładność, ta dziwna martwota, pozostając pod kontrolą, nie jest niebezpieczna – kelner wyciągnął nogę, jakby próbował z jej pomocą złapać to wszystko, co właśnie rozbija się o podłogę, pęka na kawałki, przestaje służyć – na odgłos tłuczonego szkła goście restauracyjni odwracają głowy, nagle dziesiątki oczu rozłożonych jak pawi ogon wpatruje się w kelnera – szkło jest teraz wszędzie, rozsypało się po podłodze, takie szklane confetti, jak tu je zebrać, zamieść, posprzątać, na czyją cześć to wszystko, sala jest duża, gości zbyt wielu, kelner próbuje uprzątnąć na tacę, co może, skulił się cały, już wie, że odliczą mu to od pensji, wszystko drogie w chuj, zwłaszcza kieliszki, kieliszki najdroższe i jeszcze mu teraz w ten palec weszło – na razie wyjmuje chusteczkę z kieszeni i obwija palec, idzie do łazienki, odkręca kurek. Świat jest doskonale uporządkowany. Palce są do krwawienia, woda do obmywania ran.

 

I po tym wszystkim dostajesz swoje danie. Masz ci, polędwiczki, warzywa i sos, świeżutkie pieczywo. Domawiasz napitek, bo wysiłek nie lada. Sztućce, bierzesz w dłonie. A czemu nie dłońmi? Jako dziecko jadłeś dłońmi. A teraz te sztućce. Jakbyś miał o kuli chodzić, choć wcale nie musisz. No ale wszyscy tu kąsek odkrojony – kąsek włożony na zębach widelca w zęby do ust – kąsek przeżuty. I tylko tamten podaje psu w dłoni. I jeszcze to dziecko jakimś kluskiem się bawi, mieli i wypluwa na dłoń matki. A reszta woli na tych metalowych szczudłach. Bo wzrok innych gości. Bo ślina na palcach. Bo czyste obrusy, na których znać każde zabrudzenie. Czyste, białe koszule. Czyste kwiaty w przezroczystym wazonie na stoliku. I te ułożone w zmyślne konstrukcje dania, zieloność komponująca się z czerwienią, białość płatków mięsa podlana rdzawym winem. Gdzie w tym wszystkim miejsce na palce? Na palce, twarde i surowe, podające jedzenie ustom. Nie ma miejsca. Są tylko sztućce, przedmiot i jego 20 centymetrów, które odróżniają cię od jedzenia. Ostra stal i gładka drewniana rękojeść wystarczy, żebyś poczuł się bezpiecznie, jak człowiek. Te sztućce przypominają ci, że jesteś człowiekiem i nie służysz do jedzenia. Więc nie rozdrażniaj innych gości i nie maczaj palców w sosie. Nie bierz ani nie kosztuj, ani nie dotykaj. Bo będziesz za blisko. Zejdziesz za nisko.

 

A teraz jeszcze ten pot, który wyczuwasz, kiedy kelner dostarcza ci napitek. Pot, który przesiąkł przez koszulę i jest tak wyraźny. Ten czysty skrawek materiału – mający chronić skórę przed światem i świat przed skórą – przestał właśnie spełniać swoją funkcję. I oto wchodzisz w intymność ciała tego gnojka o brudnych paznokciach. W jego zmęczenie i brud, w pracę. A przecież miało być tak czysto, a przecież tylko chciałeś zaspokoić głód, a przecież miałeś odpoczywać. Ty masz przerwę! Ale twoja przerwa, musisz to wiedzieć, męczy ludzi. Podobnie głód, on ich poci.

 

Ten talerz przed tobą. Aż się nie chce dotykać tego, co na nim tak rozłożone, podlane sosem, kolorystycznie komponujące się, mięso tu, warzywa tam, chrupiące na sam widok. Jak tylko tego dotkniesz, cały obraz legnie w gruzach. Wystarczy przesunąć sztućcem to warzywo, zamoczyć pieczywo w sosie, już nie mówiąc o krojeniu czegokolwiek – wszystko nagle zrobi się bez sensu. Cały sielankowy obraz wymalowany na talerzu z mięsa, warzyw, sosów i pieczywa zmieni się w pobojowisko. Lasy piękne i rzeczki, milutkie zagajniki obrócą się w ciemność, pomieszanie. Ile przemocy w tym krojeniu, rwaniu, wbijaniu, gryzieniu, nacinaniu, wyciskaniu, przeżuwaniu. Ile zniszczenia w jedzeniu. I ten smak, smak zwycięstwa, kiedy już zmieciesz wszystko z talerza. Tak, to jest przed tobą, dopiero nadejdzie – najprzyjemniejsze, niepowtarzalne, jedyne. Jeszcze nie raz to wspomnisz, nie raz.

 

 

Więc jesz. Wkładasz do ust mięso, żujesz, przełykasz. Gardłem, do żołądka. Ale jest coś dziwnego. Czujesz, że głód stopniał, że go uśmierzyłeś. Jest coś dziwnego. Nie wiesz, kiedy zjadłeś to zamówione danie. Jest coś dziwnego. Po prostu nie pamiętasz, kiedy to zjadłeś, jakbyś na chwilę oślepł. Tak jak ślepniesz, gdy rozmawiasz z kimś nowo poznanym. Nie patrzysz mu w twarz. Tylko od czasu do czasu rzucasz spojrzenia, upewniając się, że ten ktoś wciąż tam jest. Ale dania, które zamówiłeś i na pewno zjadłeś, już nie ma. Czujesz się wypełniony, ale zarazem oszukany. Gdzie jest to, co zjadłem? Patrzysz na pusty talerz, złożone sztućce, brudną serwetkę, którą obtarłeś usta. Kiedy ja to wszystko zrobiłem? Kelner zabiera talerz i układa na innych pustych i brudnych, które już niesie do umycia. Patrzysz, jak twoja serwetka miesza się z resztkami dań innych gości. Tak tworzy się coś, co nazywasz śmieciami, bliskimi już jakiegoś kubła, wymieszania i w ogóle smrodu. Coś, czego na pewno nie dotkniesz. Coś, co nie trafi już do twoich ust, o nie. Niech psy lub bezdomni, niech nawet ptaki jedzą to, co zostawiłeś. Ale ty, ty jesz tylko to, co dostajesz na talerzu, co zostaje ci dostarczone i co znajduje miejsce przed tobą. Będąc człowiekiem, zasługujesz na jedzenie. To inni dbają o to, żebyś ty mógł jeść.

 

Jest kilka rodzajów ludzi. Są ci, którzy zabijają. Ci, którzy transportują. Są i ci, którzy układają to, co zabite i przetransportowane na talerzu. I jeszcze ci, którzy talerz dostarczają. Czujesz się bezpiecznie, wiedząc, że są tam, że gdzieś na tym świecie są i zabijają, transportują, układają, dostarczają. A wszystko to dla ciebie. Choć nie znasz ich imion i nigdy nie poznasz. Bo nie jest ci to do niczego potrzebne. Wystarczy, że są. Dzięki Bogu, że są.

 

Nic więcej, nic. Żadnych deserów, dziękuję. Rachunek, tak. I przynosi końcowe danie – na talerzyku papierek w towarzystwie pomarańczowego cukiereczka. Cukiereczek ma osłodzić cenę. Cukiereczek zmienia smak ceny w ustach. A więc tyle to kosztuje. Ten stolik, który został ci wskazany, ten pot, który wyczułeś, ten głód. Kelner wraca, przystaje przy stoliku i czy już. To jego stanie, to twoje siedzenie. Jego patrzenie z góry, twoje wyciąganie portfela i szybkie, czy zostawić napiwek. A więc tyle to, a więc to tyle. Ruch ciał, ruch szczęk, ruch pieniędzy. I wstajesz, wychodzisz, ktoś inny – albo taki sam – zaraz zajmie to miejsce. I masz nieodparte wrażenie, że właśnie tutaj miałeś się znaleźć, w tym miejscu i stanie. Że ktoś to tak uporządkował. Zjadłeś, ale już czujesz, jak głód nadchodzi. Jak zaraz znów będziesz niecierpliwy, zaniepokojony, ogólnie rzecz biorąc – poszukasz pożywienia. Powiesz ciału, bierz. I ono weźmie. Zapytasz wtedy, mało? Odpowie ci, mało. Tak odnawia się głód, wprowadza to samo na to samo miejsce. Jak król, który wczoraj opuścił tron, żeby dzisiaj, jakby nigdy nic, rządzić od nowa. Niech tylko zmienią obrus, niech dosuną krzesło. I już. Ja, miejsce, będę gotowe.
Będę dla ciebie. Zaproszę uniżenie.

 

 

Ilustracja: Aga Gójska

Aga Gójska – ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *