AUTOR

Marcin Gokieli

Zajmuje się związkami pomiędzy reprezentacją a rzeczywistością. Wykłada filozofię/literaturę (ostatnio Artes Liberales UW), występuje/nagrywa jako wokalista i autor tekstów (ostatnio w takich zespołach, jak Śmierć i Łzy oraz Warsaw Improvisers Orchestra), programuje aplikacje webowe. Ma nadzieję w najbliższym czasie wyjaśnić kilka ważnych spraw.

Sen powiedział:
– Chętnie ci powiem, o czym jestem, ale musisz coś dla mnie zrobić.
– Nie zrobię nic a nic, a nic.
– Chętnie ci to wszystko wyjaśnię, ale musisz zrozumieć, że słowa nie przyjdą do ciebie same, żeby sobie w twojej głowie posiedzieć.
– Nie przyjdą; jak przyjdą, nie wpuszczę.
– Za późno.
Byłem sam, była noc, było miło. „Już ja cię znam, już ja wiem, że kiedyś się skończysz!” – ględziłem bez przekonania; rytm samego zapętlenia całkiem mnie ujął.
– Nie zadasz już ani jednego pytania, za to zjesz wszystko, co ci dam! – krzyknął sen. A potem mnie nie było.

*

W każdym mieście zapada noc. Dzieje się to całkiem zwyczajnie: robi się coraz ciemniej, ludzie zaczynają mieć dość kłótni – albo wręcz odwrotnie – aż w końcu zdecydowana większość leży prawie bez ruchu.
Gdy śpią już naprawdę mocno, gdy znika ostatni dzienny dźwięk, pojawiają się sny. Powoli opadają na poszczególne domy. Jęczą, płaczą, żebrzą: planują najlepiej, jak potrafią, ale wychodzi z tego tylko jeden sen, jeden sen dla każdej osoby.

*

– Gdyby sen nie chciał mnie puścić – przekonywałem – dałbym sobie radę.
Nie pierwszy raz i nie ostatni kłamałem, stojąc nad studnią, patrząc w studnię, słuchając studni. Byłem, oczywiście, całkiem sam!
– Gdyby powiedział „a teraz nie kocham cię już wcale”, obróciłbym to w żart, żart bym połknął i zjadł, żart sam by na siebie spadł.
…spadł…spadł…spadł…spadł…
Studnia odpowiadała posłusznie, miarowo. Za to ją właśnie lubiłem, dlatego właśnie dla niej kłamałem.

*

Sny mają to do siebie, że nie interesują się sobą nawzajem. „To nie mój sen, po pierwsze”, myślą, gdy dostrzegą pobratymcę. „Po drugie i najważniejsze, nie może być mój, bo to ja jestem snem, to ja jestem czyimś czymś”.
„Więc nawet jeśli jesteś, nie lubię cię wcale a wcale”.
„Więc nawet jeśli ty też będziesz się do kogoś tulił, nie będę to ja”.
„Więc nawet jeśli zobaczę cię jeszcze raz, i tak nic ci nie powiem”.
Doprowadzony do ostateczności sen jest groźny, ale właściwie tylko dla samego siebie:
Już dość, no weź, natychmiast stąd idź
Nie mogę wydusić, jak bardzo mnie mdli
Już nie chcę cię widzieć,
już znikaj co sił:
ty

*

Umierający sen otacza swoją uwagą każdego, kto do niego przyjdzie. Jest miły i uprzejmy: wie, że nie ma już czasu, by dzielić włos na czworo.
Sen czeka, aż ktoś wreszcie do niego przyjdzie, powie: o mój ty, mój mój mój mój…
Nie przychodzi nikt.
Od pewnego momentu rozumie, że to nie jest czekanie. Że już tylko słabnie, że nawet gdyby miał siłę, to jakikolwiek trud zabrałby jej więcej, niż sen byłby w stanie znieść.
Śmierć nie przestaje się zastanawiać, czy zabiera swój sen, czy tylko bezsilne memłanie.

*

„Będę silniejsza niż sen”.
Stałam, mruczałam, myślałam – jasno i wyraźnie. „Nie oddam mu nic a nic”.
Gdy przyszedł, byłam tak nieruchoma, że klarowne myśli mogły hasać we mnie do woli. To zresztą robiły, nieustannie: każda po kolei brała następną myśl, niewolniczą myśl, ciemniejszą myśl, każda zmieniała ją w pożywną i bezwolną maź, każda jadła i jadła, i jadła – aż trząsł się jej brzuch, aż posypały się za nami poprawne okruszki:
„Znowu przegrałam”.

*

Ten sen opierał się na prostej zasadzie: każdy, kto wchodzi, musi wygrać w taki sposób, by żadne oko już nigdy nie mogło płakać.
Wygrać jako drugi było łatwo. Pierwszy zwycięzca nie miał jednak żadnej nadziei: „Niech ktoś mnie uprzedzi, niech ktoś będzie jeszcze lepszy”. Każdy jednak rozumie, że on nie ma już żadnych szans. Nikt się nim nie interesuje. Już zresztą słychać, że szlocha.

*

Gdyby sny miały nadzieję, nie oddawałyby się tak bez reszty. Nie widziały jej nigdy, nie słyszały o niej nawet. Nie interesowały się tym, co inni mają do powiedzenia, nie słuchały już nawet własnego głosu. Robił się więc on z upływem lat coraz słabszy, aż w końcu zasnął na śmierć.

*

Było kiedyś miasto, z którego wygnano wszystkie sny. Ludzie cieszyli się, że wykończyli ten mały kawałek zła. Ich życie uległo znacznej poprawie; co więcej, szczęście narastało długo i skutecznie.
Nigdzie indziej jednak nie sięgnięto po to rozwiązanie.

*

Gdy spotkałem swój pierwszy sen, był bardzo niezadowolony. „Idź sobie”, „Nowicjusz”, „Bezkarne straszydło!”. Nie wiedziałem, że i tak musimy spędzić ten czas razem; on pewnie i owszem.
Zasłonił się cały swoim z dawna nieważkim ciałem. Zaczął wykładać racje i warczeć jak ostrze, którego nikt nigdy nie widział, ostrze tak nowe i nowoczesne, że zabłysnęło przed skretyniałym chórem.
Chór śpiewałby po dziś dzień jak otępiały, ale stwierdziłem, że koniec końców to ja jestem z całej tej historii najbardziej niezadowolony.

 

 

Ilustracja: 

Maja Karina Rozbicka 

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *