Drobiazgi

bezradność – telefony do byłych

AUTOR

Dorota Kotas

Urodzona w 1994 roku, studiuje socjologię w ISNS na UW. Publikuje wpisy na fb. Nie odnosi zbyt wielu sukcesów. Mieszka w Warszawie z rudym psem. Zbiera rośliny doniczkowe i pieniądze na trampolinę.

5. telefony do byłych

 

Kilka dni temu znalazłam w pudełku na guziki wizytówkę z numerem telefonu do Henryka Mączki. Henryk Mączka mieszkał w naszym domu w mieszkaniu na pierwszym piętrze zanim zostało sprzedane, a potem weszło w obieg jako lokal podnajmowany przypadkowym lokatorom przez pośredniczkę z Niemiec. Matka Henryka miała na poddaszu pracownię krawiecką. To było dawno temu. W 1974 roku jej zakład, czyli „Bieliźniarstwo i gorseciarstwo Hela Mączka”, otrzymał tytuł „Rzemieślniczego Zakładu Dobrej Roboty” od Zarządu Izby Rzemieślniczej, Spółdzielni Zaopatrzenia i Zbytu. W dokumentach, które znalazłam, znajduje się też przyznany jej dyplom „za estetyczne wykonanie damskiej koszuli nocnej z batystu wystawionej na targach krajowych Jesień 1966 w Poznaniu” i pusta „Księga skarg” zakładu, z której zażalenia miały być rozpatrywane we wtorek każdego tygodnia. W szafie zostały z tych czasów pudełka pełne koronek, zapasy materiału zrolowanego na sztywnych tekturach, zeszyty ze szkoły zawodowej, odręcznie wyrysowane projekty oraz kartka z wymiarami spisanymi z czyjegoś ciała przypięta pinezką po wewnętrznej stronie drzwi – „od ramienia do talii: 46, długość: 54, przód: 75, plecy: 52, biodra: 127”.

Zadzwoniłam do Henryka i powiedziałam, że jestem z energetyki. Umówiłam się z nim na kontrolę liczników w czwartek rano. Powiedziałam, że to konieczne. Miał głos starego człowieka i właściwie nie można było o nim w tamtym momencie powiedzieć wiele więcej. Wydawał z siebie zachrypnięte słowa takim tonem, jakby jego głos, zanim znalazł się w słuchawce, musiał przepłynąć przez linię wysokiego napięcia z punktem startowym odległym o kilkadziesiąt kilometrów i lat, czyli z innego świata. Na szczęście cała ta operacja wyszła bardzo sprawnie. Nie musieliśmy nawet mówić sobie zbyt często „halo”, a stary mężczyzna z telefonu nie wydawał się w ogóle zdziwiony, kiedy kazałam mu przyjechać, żeby podpisał protokół z kontroli. Potem przez cztery dni nie mogłam spać, bo z wrażenia, że to zrobiłam, bolał mnie brzuch.

Na spotkanie z Henrykiem Mączką założyłam różową sukienkę w kwiaty, która miała 50 lat, ale wydawała mi się najbardziej odpowiednia na uniform, biorąc pod uwagę cały zbiór kreacji z szafy Heli Mączki. Szafa stała na poddaszu i były w niej wspaniałe rzeczy. Wahałam się długo nad oliwkową garsonką, bo wydawało mi się, że może budzić respekt, a później nad czarnym kompletem trumiennym, ponieważ wyglądał na najmniej znoszony. Ale w końcu zdecydowało to, że różowa sukienka była zabezpieczona pokrowcem z folii. Dzięki temu miała zapach stęchlizny, ale nie tak mocny, żebym nie mogła go znieść. Była też niezbyt zakurzona. Trochę przypominała kimono, bo sięgała mi prawie do kostek i czułam się w niej jak ubrana w śpiwór, czyli dosyć bezpiecznie. Sukience brakowało kilku guzików, dlatego trochę wysypywały mi się z niej piersi. Ale zaszyłam je w środku na okrętkę zieloną nitką, bo akurat taką miałam i tak było najszybciej. Koniec końców wyglądałam jak ubrana w obrus. Trochę się pociłam, ponieważ sztuczny materiał słabo przepuszczał powietrze. Czułam, że nawet Tomasz Jacyków nie ubrałby mnie lepiej, i że ta sukienka ma potencjał modotwórczy, a poza tym jest w niej wiele radosnej ekspresji, której ja nie mam w ogóle, czyli jest moją realizacją pierwotnej siły yin i yang, wspaniałej i modnej w każdym sezonie.

Tego ranka, czyli we czwartek, miałam się spotkać z kimś, kto miał swój pokój z biurkiem w moim pokoju z balkonem wychodzącym na bazar, na który mógł patrzeć, paląc papierosy, które teraz ja paliłam za niego w tym samym miejscu, stojąc boso na rdzawo-brudnawych kafelkach. Miałam spotkać się z osobą, z którą w pewnym sensie dzieliłam pokój i jednocześnie z kimś, kto był dla mnie wyłącznie imieniem i nazwiskiem, na przykład podpisem na pocztówce z okazji imienin Heli. To była bardzo pociągająca perspektywa. Czułam się tak, jakbym miała spotkać siebie, tylko że mężczyznę. To miałam być ja, tyle że 50 lat temu, i to było jak cofanie czasu oraz zamiana życia. Czyli: on to była możliwość mnie, z tym samym doświadczeniem mieszkania w surowej kamienicy i oddychania powietrzem o smaku pomidorów oraz – na pewno – doświadczeniem siedzenia na dachu z eternitu i wystawianiem w stronę słońca nagiej klatki piersiowej w pierwszy w roku dzień z temperaturą powyżej 20 stopni Celsjusza w roku. Mieliśmy też wspólne sztućce, które oblizywaliśmy, zostawiając na nich swój kod DNA. Oprócz tego jeździłam na jego rowerze z rozregulowanymi hamulcami oraz najbardziej niewygodnym siodełkiem, jakie wymyślili kiedykolwiek ludzie ludziom, czyli w kształcie wrzynającego się w tyłek trójkąta skąpo pokrytego gąbką bez sprężyn, i kąpałam się w jego wannie. Miałam też po Henryku seledynową meblościankę i skrzynki na kwiaty, a nawet hamak, który wisiał na drzewie z wiśniami. A teraz – wreszcie! – miałam go poznać. Dlatego byłam niezdrowo ciekawa. Chciałam go sobie obejrzeć, a później dowiedzieć się o nim wszystkiego (ponieważ lubię wiedzieć o ludziach wszystko, zwłaszcza jeśli dzielimy dom, nawet jeśli odbywa się to w odstępie dziesiątek lat).

W czwartek obudziłam się kilka godzin wcześniej niż byłoby to wskazane, żeby zdążyć uspokoić oddech. Potem stałam w kuchni przy oknie, ale dla niepoznaki trochę schowana za brudną firanką. Wyglądałam na ulicę. Na widok każdego starego mężczyzny dostawałam palpitacji. Opierałam czoło o szybę, żeby nie tracić przytomności – nauczyłam się tego, kiedy zaczęłam chodzić na jogę i wisieć głową w dół na linie. Tego ranka po Pradze Południe spacerowali sami starzy mężczyźni i nie było nikogo innego na całej planecie. W końcu pojawił się On. Chodził w kółko z założonymi rękami splecionymi na plecach. Był ubrany w beżową kamizelkę wędkarską. Miał pochyloną głowę, jakby szukał czegoś na chodniku albo jakby nie miał ochoty patrzeć na ludzi i udawał, że są mniej ważni od załamań płaszczyzny na kostce Bauma. Przyglądałam mu się przez dłuższą chwilę, w sumie prawie 30 minut. Później stwierdziłam, że nie wypada wstrzymywać się dłużej i kazać mu tyle czekać, więc zbiegłam na dół w kimonie z obrusa i adidasach potykając się o własne ubranie i prawie łamiąc sobie na schodach nogi oraz omijając po trzy stopnie, żeby nie spóźnić się z zachowaniem granicy przyzwoitości. Trochę się zdziwił, kiedy mnie zobaczył. Mimo to pocałował szarmancko w rękę. Później okazało się, że krok za nim stoi kontroler z energetyki, po którego Henryk zadzwonił sprzed bramy, krzycząc do słuchawki, że są umówieni i że nie ma czasu.

Nasze spotkanie było krótkie i niezbyt satysfakcjonujące. Henryk bardzo długo przepraszał, że nas nachodzi. Mówił, że niestety, ale takie są procedury i musimy to teraz załatwić. Powiedział, że pewnie się spieszę do pracy, więc nie będzie mnie długo trzymał i wyraził współczucie z powodu spóźnienia, które na pewno mnie czeka. Staliśmy na schodach, on o jeden stopień niżej niż ja. Chciałam do niego zejść i stanąć na tym samym poziomie, ale zagradzał mi drogę i nie wiedziałam, jak mogłabym zgrabnie go wyminąć. Byłam bezradna. Przepraszał mnie tyle razy, że prawie nic nie zdążyłam powiedzieć. Później chłopiec z energetyki ubrany w fachowe ogrodniczki powiedział, że jest po wszystkim i Henryk zarządził, że rozliczą się na ulicy, oczywiście po to, żeby nie nadużywać mojego cennego czasu w dzień roboczy o dziewiątej rano. Zaproponowałam, że odprowadzę ich do drzwi. Ale to nie przyniosło żadnej reakcji i cała moja gościnność została zlekceważona. Byłam jeszcze bardziej bezradna. Henryk pożegnał się, a potem prawie zatrzasnął przede mną drzwi mówiąc, że już nie zawraca głowy i że bardzo przeprasza za najście, ale sama rozumiem – nie idzie się umówić poza godzinami pracy z żadnym fachowcem. Kilkakrotnie wyraził współczucie, że musiałam odwlekać swoje wyjście tylko po to, żeby otworzyć im drzwi. A później zniknął, zanim moja prozopagnozja pozwoliła mi zapamiętać jego twarz i wiedziałam, że nigdy się już nie spotkamy.

Wtedy postanowiłam, że znajdę pracę jak prawdziwa i dorosła osoba, chociaż nie czułam się jedną ani drugą. To długa historia, więc opowiem ją teraz w skrócie: szybko znalazłam pracę, chociaż nie pamiętam już, jak to się stało (oto skrót). Zostałam zatrudniona na stanowisku Kreatywnej Bukiecistki w kwiaciarni w zrewitalizowanej części Pragi Północ. Zaczęłam tam jeździć tramwajem numer sześć co rano o 8:26. Kiedy do niego wsiadałam, czułam się, jakbym jechała za granicę. Było modnie, a razem ze mną pracowały dziewczyny, które nosiły sukienki w rośliny. Moim pierwszym klientem był stary mężczyzna, który powiedział, że chciałby kupić bukiecik do trumny. Bardzo się ucieszyłam. Wiedziałam, że to dobry znak. Wybieraliśmy razem kwiaty, które zmarły miał trzymać w splecionych dłoniach, a mężczyzna, który po nie przyszedł, pilnował mnie, żebym wybierała radosne. Mówił, że to bardzo ważne, bo zmarły musi wyglądać wesoło.

Następnego dnia po tym, jak zaczęłam pracę, zadzwonił do mnie Henryk Mączka, którego miałam już nigdy nie spotkać. Było bardzo wcześnie. Kiedy zadzwonił, byłam po zarwanej nocy i oglądałam akurat jego zdjęcia z wczasów pracowniczych nad morzem Bałtyckim oraz świadectwo maturalne, które znalazłam w brązowej kopercie na strychu z enigmatycznym podpisem: „samochód”. Nagle rozległ się sygnał i na wyświetlaczu pojawiło się jego nazwisko, a ja prawie umarłam ze wstydu. Przypomniałam sobie książkę, której bohaterka zapisywała na kartce imię mężczyzny, z którym miała romans, a później przedzierała zapisaną kartkę i wtedy telefon dzwonił. Odebrałam połączenie. Henryk powiedział: „dzień dobry, chciałbym zamówić taksóweczkę”. Odpowiedziałam odruchowo, że to lesbijskie taxi i obsługujemy tylko kursy dla kobiet. Przeprosił za pomyłkę. Powiedziałam, że nie ma sprawy i że przykro mi, ale muszę się rozłączyć, bo takie są nasze wewnętrzne procedury.

 

 

Ilustracja: Beata Sosnowska. 

Beata Sosnowska – graficzka, malarka, rysowniczka komiksów i ilustracji, multimedialna poetka, realizatorka filmowa. Autorka multimedialnego tomiku poezji „W cieniu szumiących wind”, który powstawał w latach 2002 – 2007 w kooperacji z 30 artystami z Trójmiasta. Realizatorka filmów dokumentalnych i eksperymentalnych, performerka. Swoje prace prezentowała m.in. na: Re:Wizjach, festiwalu Korporacja Tańca w Gdańsku, WRO 05, MALTA Festiwal Poznań, w Stoczni Gdańskiej , BWA Zielona Góra, BWA Łomża, CSW Łaźnia, galeria Lokal 30. W latach 2012-2015 członkini kolektywu rysujących dziewczyn Dream Team, wraz z którymi organizowała wystawy i warsztaty. Poza tym prowadzi samodzielne warsztaty komiksowe dla społeczności wykluczonych takich jak więźniarki, osoby transgender, czy starsze kobiety. W swoim dorobku ma liczne publikacje w antologiach, zinach oraz w czasopismach i gazetach  w tym między innymi: Gazeta Wyborcza, Przekrój, Magazyn Pismo, Zeszyty Komiksowe, Fabularie, wydawnictwo Centrala, Timof Comics, Fundacja Ha!art, Trzy Kolory. Ma także na swoim koncie współpracę z organizacjami pozarządowymi i feministycznymi „Stowarzyszenie Arteria”, „Porozumienie Kobiet 8 marca”, „UFA”, „Centrum Zmiany Społecznej”, „Rewolucje kobiet”, „Lambda Warszawa”. Obecnie zajęła się tworzeniem komiksów o tematyce LGBT i społecznej.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *