AUTOR

Mieczysław Zbirro

Specjalizuje się w obserwacji kontaktów międzyludzkich. W młodości zainteresował się hydrauliką, jednak rodzice zmusili go, żeby ukończył studium fryzjerskie. Dlatego teraz łączy swoje pasje pracując w jednym z modniejszych zakładów fryzjerskich na Powiślu; często odtyka tam zatkane obciętymi końcówkami kolanka. Skończył filozofię, ale nie lubi się do tego przyznawać, bo po tym wyznaniu ludzie spuszczają wzrok, a on kocha nawiązywać kontakt wzrokowy. Tworzy w Warszawie, pisze o kobietach, bo jak mówi: „kobiety to całe jego życie”.

Zdjęcie owłosionej klaty i wyciągnięta przed siebie ręka – taki kadr przyciągnął cię do niego. Pierwsze spotkanie: u niego w domu. Idziesz, jakbyś miała poznać tam królewicza z bajki, a przecież jemu chodzi tylko o seks. Idziesz zniecierpliwiona, ubrana w przyduże dżinsy, rozważając, czy aby na pewno jesteś dość ładna, żeby się z nim ruchać.

Mieszka w jednym z płaskich budynków przy Metrze Wilanowska. Masz od nich ciarki, bo nienawidzisz apartamentów pretendujących do miana luksusu, ale wciąż przynależących do aspirującej klasy średniej. Drzwi otwiera przeciętnej jakości facet po czterdziestce. Ciemna karnacja, zarost i włosy, które znasz ze zdjęcia, na całym ciele. Przed tobą staje otworem dwupokojowe mieszkanko urządzone z gustem, a przynajmniej czymś, co w dzisiejszych czasach zwykliśmy tak nazywać. W tle leci Chilli Zet, na jednej ze ścian piętrzą się książki. Na blacie zabudowy kuchennej dostrzegasz wyciskarkę do soków i zaczynasz gorączkowo zastanawiać się, jak często jej używa.

Do ręki dostajesz herbatę owocową z cytryną, chociaż w tej chwili wolałabyś stojącego na półce Jacka Danielsa. Siadasz na kanapie, sączysz ciepły napój. Facet zachowuje się, jakby grał w filmie o dojrzałym mężczyźnie, który chce zdobyć sobie młodszą kochankę. Wyczuwasz to i chce ci się śmiać. Zostawił otwarte drzwi do sypialni i zapalone światło. Oni zawsze to robią; „oni”, faceci po czterdziestce, którzy zapraszają cię do domu. Tak jakby rozkład ich M2 był na tyle skomplikowany, że bez świecącej żarówki mielibyście problemy z trafieniem do łóżka.

Okazuje się, że jego penis jest za długi: czujesz ból podczas stosunku. Nie mówisz mu o tym. Polewa cię woskiem i takie tam. Masz z tego średni fan, ale starasz się mieć.

Postanawiasz dać mu drugą szansę. Historia się powtarza, herbatka, rozmowa o podróżach, życiu i jego dwójce dzieci. Wyobrażasz sobie przez chwilę, że jesteście razem, poznajesz te pociechy, chodzicie na spacery. Potem wszystkie wyimaginowane sytuacje w twojej głowie blakną, bo zaczynacie się się całować.

Idziecie do sypialni. Nagle on mówi, że zasłoni ci oczy i przywiąże cię do łóżka. Nigdy tego nie robiłaś, ale jesteś tak potulna i tak ci wszystko jedno, że się zgadzasz. Wyjmuje akcesoria ze swojej seksszufladki. Leżysz. Nic nie widzisz. Słyszysz, jak zakłada gumkę.

– Połóż się na brzuchu – mówi. Robisz to.

– A teraz zgwałcę cię analnie – mówiłaś mu przedtem: żadnego seksu analnego. Swój odbyt oddasz tylko jednej osobie, w przyszłości. Wcześniej próbowałaś, ale nic z tego nie wychodziło, tylko ból, ból, rozpierający ból.

Teraz już wiesz, dlaczego tak intensywnie dopytywał, jakich rzeczy NA PEWNO NIE ZROBICIE. Teraz wiesz, dlaczego chciał wiedzieć, czego KONKRETNIE nie chcesz. Miał zamiar to wykorzystać przeciwko tobie.

– Rozkładaj nogi – leżysz. Faktycznie nieznacznie odsuwasz jedną nogę od drugiej, bo nic lepszego nie przychodzi ci do głowy.

Leżysz i trzęsiesz się ze strachu. Leżysz i myślisz: to zaraz się stanie. Leżysz. Nie możesz się ruszyć, w końcu dałaś się związać. Dałaś się związać obcemu facetowi. A więc to tak się dzieje, to tak do tego dochodzi. Mama miała rację.

– Nie, proszę, nie rób tego – mówisz cicho.

Wyobrażasz sobie, że może jeśli zaczęłabyś krzyczeć, to ktoś by cię usłyszał.

– Możesz sobie krzyczeć, sypialnia jest wyciszona – mówi. No tak, faktycznie. Nikt nawet nie wie, że tu jesteś. Wyobrażasz sobie świat, całą kulę ziemską, na której jesteś tylko maleńką kropeczką. Zaraz to się stanie, a wszechświat nawet nie mrugnie.

Nagle czujesz, że jego ręka już nie napiera na uda; zwolnił uścisk. Nagle nie czujesz tego, czego się spodziewałaś. Czujesz, jak powoli rozwiązuje ci opaskę.

Do twoich źrenic powraca światło.

Witasz: sypialnia. Witasz: jego twarz. Jest zajęty rozwiązywaniem supła na twoim nadgarstku. Naga, trzęsąca się i przerażona chwytasz uwolnione z zacisku ręce. Dziękujesz że masz je z powrotem. Masujesz obolałe palce.

Obserwujesz jego ruchy, patrzysz na niego tępo, nie możesz nic powiedzieć. To się NIE stało, uświadamiasz sobie. To się NIE wydarzyło. Jestem cała, jestem zdrowa, uniknęłam bólu. Jestem wolna. Moje stopy są wolne i mogą uciekać, moje ręce są wolne i mogą bić, drapać, moje oczy są wolne i mogę patrzeć. Nic nie mówię, leżę, nie ruszam się.

– Następnym razem dwa razy się zastanów, zanim tutaj przyjdziesz – mówi mój oprawca grobowym tonem. Chce ci się śmiać, teraz jest dla ciebie śmieszny. Teraz, kiedy jesteś wolna, jest dla ciebie bardzo zabawny. Teraz, kiedy zaciskasz pięści, wszystko jest dobrze, już dobrze Junia, już wszystko dobrze. Świat się na chwilę zatrzymał, ale ktoś nagle nacisnął z powrotem przycisk „play”.

Ostrożnie stawiasz pierwsze kroki po tej krótkiej niewoli, która tak wiele cię kosztowała. Mobilizujesz mięśnie dolnych kończyn, żeby znalazły się na podłodze. Następnym krokiem jest pozbieranie z ziemi swoich ubrań, wciągnięcie na nogi nogawek za dużych dżinsów i trafienie rękami w rękawy zbyt opiętej bluzki.
– To pa – żegnasz się.

Wychodzisz na zewnątrz. Wszystko cię boli. Patrzysz na ludzi i zastanawiasz się: jak oni mogą tak po prostu chodzić po ulicach, w ten ciemny, styczniowy wieczór, kiedy ty przed chwilą uniknęłaś gwałtu? (…)

 

ARAB 0

 

Poznała go przez Tindera. Napisał pierwszy: gadka szmatka. Stwierdziła, że nie jest aż tak znudzona, a poza tym pisał tylko o narkotykach. Po jakimś czasie, po jakiejś tam korekcie w szkole, która nie poszła po jej myśli, zapytała:
Can I come? Do you have weed?

Do tej pory myśli, żałuje, zastanawia się. Trzeba było pójść za pierwszym wrażeniem. Naprawdę, po chuj te drugie szanse?

Wśród tinderowego syfu bardzo trudno jest wygrzebać perełkę. Perełkę? Niezwykłym osiągnięciem jest po spotkaniu stwierdzić: „Tak, ten koleś był spoko” albo: „Ten typ był normalny”. Można by nawet utworzyć taki fanpejdż: „Zdania, których nigdy nie powiesz o facetach na Tinderze”.

Był początek wiosny, marzec. Ten miesiąc zawsze niesie nadzieję. Na co? Na wiosnę, na lepszą przyszłość, na lepiej płatną pracę, na jakąkolwiek pracę? W twoim przypadku była to nadzieja, że zostawiasz za sobą okropne miesiące zimowe, obwisłe jak stare, zatęchłe gacie i wykluwasz się niczym z jajeczka Fabergé: nowy rok, nowa ja i tak dalej.
Stercząc nad maszyną słajpujesz sobie w prawo i lewo i nagle bang. Arab.

Nazwałaś go tak, bo nigdy nie chciałaś, żeby zagościł w twojej pamięci pod prawdziwym imieniem. Nie chcesz tego do dziś, chociaż troszeczkę się łamiesz.

Co mówiły o nim zdjęcia? Były w jego spojrzeniu jakaś czułość i wyraźna tęsknota. Poczułaś ukłucie w podbrzuszu.

Drugie ukłucie w podbrzuszu poczułaś, kiedy cię pocałował. Ukłucie? To było jak stado zwariowanych motyli uprawiające jogging. Jakbyś odnalazła zaginioną część swojej dzielnicy kosmosu. Jakbyś patrzyła w gwiazdy pierwszy raz z naprawdę otwartymi oczami.

Przyszłaś do niego do domu. Otworzył ci drzwi i wtedy zorientowałaś się, że jest filigranowy, kompaktowy, niższy o głowę. Czy to ci przeszkadzało? Jemu bardziej.

Tobie nie podobała się jego mina: jakby miał na wszystko wyjebane. Po pewnym czasie zorientowałaś się, że to nie jest „jakby”: on po prostu ma na wszystko wyjebane. Zresztą, jakie inne podejście do życia mógłby mieć ktoś, kto dwadzieścia cztery godziny na dobę jest zjarany?

Leżałaś w jego salonie, na kanapie z imitacji skóry, rozluźniona mocnym wtedy dla ciebie blantem.

– What do you think this is, life?
– Why do we live?
– Why are we here? – zadawał ci pytania, a tobie wydawało się, że wyciąga ci je z głowy. Miałaś na nie gotowe odpowiedzi, bo zawsze chciałaś, żeby ktoś był zainteresowany tym, co sądzisz na powyższe tematy, ale za cholerę nie potrafiłaś nic powiedzieć. Byłaś zbyt skuta, żeby wydusić zwykłe mruknięcie, a co dopiero elokwentną odpowiedź, jeszcze do tego w języku angielskim. Ale ponieważ, podobnie jak on, w tym czasie nie przejmowałaś się zbytnio tym, co myślą o tobie ludzie, po prostu leżałaś w ciszy i wpatrywałaś się w jego zamglone oczy.

Zielone; trochę żółte, trochę szare, smutne i wesołe jednocześnie. Na każdym zdjęciu miał to samo spojrzenie: jakby wiedział więcej, prześwietlał przyszłość i w momencie pstryknięcia migawki już przewidywał, kto będzie patrzył na spłaszczony wizerunek.

A może był ćpunem, ty byłaś DDA i tak się dobraliście.

Kiedy tak zarzucał cię pytaniami, na które nie byłaś w stanie wyartykułować odpowiedzi, nagle, bez uprzedzenia, podszedł do ciebie i dotknął twoich ust swoimi ustami. Myślałaś, że chce cię pocałować, ale on wydmuchał dym z blanta do twojego gardła. Wciągnęłaś posłusznie. Arab odszedł na chwilę, po czym wrócił i tym razem objął twoją dolną wargę swoimi wargami. „Boże”, pomyślałaś, „czuję się, jakbym całowała się sama ze sobą”. Wiele miesięcy później dowiedziałaś się, że jemu przyszło do głowy to samo.

Zaczęli się całować, potem on włożył rękę w jej majtki. Przedarł się przez dżinsowe krótkie spodenki, warstwę czerwonych, koronkowych rajstop, majtki, aż dotarł do cipki.

Musi przyznać: nikt nigdy jej tak nie dotykał. Nikt nigdy nie był tak delikatny. Nikt nigdy nie był tak cierpliwy i wspaniale powolny i tak wspaniale szybki, gdy tego potrzebowała.

Wiesz, że on czuł to samo co do ciebie.

Ich skóry były dla nich absurdalnie fascynujące. Tak, jakby przez całe życie jeść kartofle i nagle bam! na talerzu ląduje pizza cztery sery spod ręki wyrafinowanego Włocha. Co mieliście z tym zrobić? On miał czterdzieści sześć lat, był nudnym korpoludem uzależnionym od narkotyków i z wątpliwym planem na przyszłość. Na początku stawiałaś w swoim świecie jasne granice: tylko seks. Tylko seks. Tylko seks. Tylko seks.

To było bardzo łatwe, bo cały czas wisiało nad tobą widmo dyplomu do zrobienia.

Chodziłaś też wtedy na terapię grupową dla osób z rodzin dysfunkcyjnych i DDA. Terapia była w czwartki, a w piątki zawsze spotykałaś się z Arabem. Słuchałaś jednym uchem zwierzeń swoich terapeutycznych pobratymców, a przed oczami miałaś już to, co wydarzy się na drugi dzień u niego w domu.

Wódka z sokiem pomarańczowym, zawsze miał dla ciebie różową rurkę do drinka. Kiedyś śmiał się, że może dzięki temu policzyć, ile razy się spotkaliście. Jointy. Spalone wizje. Dotyk. Orgazm. Struktura skóry. Cisza, ptaki, które docierają wysoko, dwunaste piętro. Winda i odliczanie: 0, 1, 2, 3… Otwiera drzwi, drzwi się zamykają, seks, prysznic, seks, wytrysk, drzwi się zamykają. Mało słów, dużo pieprzenia, dużo czucia, dużo intensywności. Uwielbiała to, że nie musiała nic mówić. Przez pierwsze miesiące waszej znajomości faktycznie prawie się nie odzywałaś. Uwielbiałaś jego twarz, kiedy był podniecony. Uwielbiałaś zaciśnięte w podnieconym skupieniu powieki, uwielbiałaś jego kutasa.

Uwielbiała z nim spać. Na początku spali odwróceni tyłem, nie dotykając się żadną częścią ciała. Nie mogła wyobrazić sobie czegoś bardziej cudownego. Razem, ale osobno. Potem odwróceni tyłem, ale stykając się plecami. Kiedy Junia zaczęła spać na boku, a on przytulony na łyżeczkę, zaczęły się kłopoty.

Właściwie zaczęły się troszkę wcześniej. Kiedyś zostałaś na śniadanie. Kiedyś on zaproponował rolki. Kiedyś poszliście na obiad. Coś wymykało się spod kontroli.

Pewnego słonecznego dnia przy śniadaniu powiedział:
I think this is love. Freedom, no strings attached – myślałaś, że wyplujesz na jego udające drewno panele sałatkę z rukoli z czarnuszką. Czy ten człowiek naprawdę tak widzi miłość? Ding, ding, ding! – tu powinna zacząć dzwonić twoja lampka ostrzegawcza. Ale twój system wykrywania zagrożenia był kompletnie zdezelowany.

Od tego momentu zaczęłaś zastanawiać się w tajemnicy przed samą sobą, o co właściwie chodzi w tym waszym spotykaniu się? Może przez twoje zasady zimnej suki coś cię omija i powinnaś trochę ocieplić wizerunek? Postanowiłaś więc zaprosić go na swój pokaz dyplomowy.

Jak zwykle: piątek, domofon, door ninety seven, wołasz windę, drzwi do windy, ciężki klik, na górę, dwunaste piętro, kilka kroków do jego drzwi, stuk, stuk po korytarzu z lat siedemdziesiątych, pukasz, czekasz aż otworzy, te sekundy zanim go zobaczysz, bardzo się denerwujesz. Pocałunek, drink, różowa słomka, sok pomarańczowy, już dawno zaczęła się wiosna, twoja głowa jest zawalona projektami i świadomością zbliżającej się obrony dyplomu, dźwięk zapalniczki, klik, wdech.

Wydech.

Pusta głowa.

Światełka, muzyka, którą on lubi. Muzyka, ślina, język. Nie możesz mówić, nie musisz myśleć. Możesz tylko leżeć. Albo ssać jego usta. I wcale nie musisz nic więcej. On nie pyta, nie mówi: „Powiedz coś”, nie popycha cię do odpowiedzi. Pytania mogą sobie wisieć w powietrzu, a ty tylko błądzisz wzrokiem po przedmiotach w mieszkaniu.

Jego pościel jest czysta i pachnąca, ręczniki białe i świeże (do czasu). Czasem leżysz sama w jego łóżku, on siedzi w salonie i przegląda muzykę na Spotifaju. Tego dnia postanawiasz, że powiesz mu o pokazie i zapytasz, czy przyjdzie.
Do you want to go to my final show this Saturday?

Powiedział, że tak.

Powiedział, że tak!

 

Tekst stanowi fragment niepublikowanej powieści Mieczysława Zbirro pod tytułem „Przed i po”.

 

Ilustracja: June Michalczasso – Absolwentka Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i tegoroczna absolwentka Katedry Mody na warszawskiej ASP. Projektuje ubrania, ale najbardziej uwielbia projektować tkaniny. Maluje dziwne obrazy, których nie lubi, i bazgrze rysunki, które kocha.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *