Drobiazgi

bezradność – pijak/umieranie osób

AUTOR

Dorota Kotas

Urodzona w 1994 roku, studiuje socjologię w ISNS na UW. Publikuje wpisy na fb. Nie odnosi zbyt wielu sukcesów. Mieszka w Warszawie z rudym psem. Zbiera rośliny doniczkowe i pieniądze na trampolinę.

4. pijak/umieranie osób

 

W Święto Pracy powiesił się pijak. Stało się to bez ostrzeżenia. Tak samo, jak zaczyna się ta historia, której nie warto w ogóle opowiadać na głos ani nie powinno się jej przepuszczać przez gardło, bo jest trochę niesmaczna. Pijak mieszkał w budynku z zabitymi oknami. Jego kamienica miała zamurowane wszystkie otwory i wyglądała jak martwe zwierzę, które umarło bardzo staro, leżące między ulicą Znamieniecką a Sulejkowską. Temu zwierzęciu łuszczyła się skóra i płowiała na grzbiecie sierść. Nikt nie podchodził zbyt blisko. Dom miał tablicę z informacją, że grozi zawaleniem. Ale i tak mieszkało w nim mnóstwo różnych osób i tętniło prawdziwe życie (którego na przykład ja nie mam), bo chyba do żadnego innego miejsca po prawej stronie planety Warszawa straż miejska nie przyjeżdżała tak często jak tam. W Święto Pracy od frontu stała karetka i policja, czyli pełny zestaw ratunkowy służb mundurowych. Mrugające na niebiesko światła alarmowe odbijały się w moim oknie przez cały wieczór. To była psychodeliczna dyskoteka po umieraniu, która odbywała się, kiedy jadłam pączka oraz prowadziłam na czacie długą rozmowę na temat masturbacji.

Obok mojej kamienicy, w najbliższym sąsiedztwie, jest sklep alkoholowy. To agora Grochowa. Pod sklepem zawsze stoją mężczyźni, dzieci i psy. Psy noszą imiona dzieci albo dzieci noszą imiona psów, nazywają się: Kuba, Maja, Piotruś lub Kajtek. Nie pamiętam wszystkich imion, ale te dominują i stanowią ważny element miejscowego folkloru, ekonomiczną tradycję ludową Pragi Południe. Dzięki tym nomenklaturowym zwyczajom za jednym zamachem można przywołać wszystkich naraz z okna w kuchni lub przez uchylone drzwi i dzięki temu wołanie przebiega dużo wydajniej oraz brzmi znacznie bardziej alarmująco. Krzyczenie jest jedną z głównych rzeczy, które można robić na Pradze. Można krzyczeć tuż przy sklepie otwartym 24h, jednak nie wolno spożywać tam alkoholu. Dlatego też ten proceder ma miejsce najczęściej pod moim balkonem i to tam odbywają się największe imprezy w mieście, na które przychodzi cała okolica, choć to eventy dla wtajemniczonych, bez wydarzenia na Facebooku.

W sklepie z alkoholami pracuje gruba dziewczyna, która jest zawsze online. Jej praca nigdy nie jest ważniejsza od Facebooka i aplikacji na smartfonie. Czasami, zanim się za coś zapłaci, trzeba dłuższą chwilę odczekać, żeby gruba dziewczyna mogła sprawdzić swoje powiadomienia. To bardzo praktyczny model handlowy i moim zdaniem właśnie w ten sposób powinien funkcjonować każdy biznes – a już na pewno sklep z alkoholem i produktami pierwszej potrzeby takimi jak chleb tostowy, prażynki i ser. Dzięki temu, że nie można po prostu zapłacić i wyjść, tylko trzeba odstać swoje przy kasie, gratis dostaje się czas, żeby jeszcze raz się rozejrzeć i zastanowić się, czy aby na pewno kupiło się już wszystkie niepotrzebne produkty oraz czy kupiło się ich wystarczająco dużo, żeby mieć zapas do wyrzucenia. W tym czasie, w jego cudownym nadmiarze, można ćwiczyć pranajamę albo przeprowadzić mały trening cierpliwości. Jest też okazja, żeby rozmyślić się, niczego nie kupić, iść do domu i oszczędzić w ten sposób mnóstwo pieniędzy, co jest szczególnie przydatne wtedy, kiedy się ich nie ma. Dobrze jest też wykorzystać chwilę lub więcej na to, aby długo przyglądać się wszystkim produktom w promocji, które stoją na ladzie. Można podziwiać, jak różne rzeczy mogą być tanie i myśleć z przyjemnością o tym, jak łatwo byłoby je wszystkie kupić – ale nie kupować żadnej. To proste i zdrowe, lepsze niż terapia behawioralna. Możliwość zapłacenia grubej dziewczynie za zakupy jest luksusem. Kasjerka z alkoholi 24h uświadamia ludziom, co tak naprawdę jest w życiu ważne, i że pieniądze to nie wszystko. Dzięki temu chodzenie do sklepu jest lepsze niż chodzenie do kościoła.

Niezależnie od pory dnia, chociaż najczęściej nocą, w okolicy śpiewa się pieśni chwały o bohaterach narodu. Przoduje w tym jeden mężczyzna, który robi wokal przez całą drogę do sklepu i z powrotem. Szczekają na niego wszystkie psy w Warszawie. Zawsze wiadomo, w którym momencie pijak robi zakupy oraz jak długo to trwa, bo czas wskazują pauzy w recitalu, kiedy trwa uzupełnianie zapasów przez odwodnionego artystę. Jego psy czekają wtedy pod sklepem, w którym jest zakaz wstępu dla zwierząt, chociaż nie wiem, czy ktoś próbował wprowadzić tam kiedyś jakiekolwiek inne zwierzęta. Splątane na smyczach kundle kłębią się przy wejściu zajmując całe schody, przez które nie można wejść, dopóki się ich nie przekupi. Dwie suki są stale w ciąży i chodzą na smyczy, której nikt nie trzyma, ale która symbolicznie ciągnie się za nimi, a śpiewak od czasu do czasu nawołuje swoje zwierzęta. Cała gromada futer pałęta się pod kołami samochodów zwalniających z braku miejsca na jezdni do pięciu kilometrów na godzinę, i to jest taki element nagonki politycznej, którą ja szanuję, ponieważ ona służy zmuszaniu kierowców do ograniczenia prędkości, a w dłuższej perspektywie do wyeliminowania ruchu aut i być może również ludzi z miasta. To jest kampania, która efektywnie ogranicza smog. Misja pijaka, który robi dla świata więcej niż politycy i ministerstwa obrony narodowej, w których siedzibach nie ma pewnie ani jednego psa, co samo w sobie już powinno dać do myślenia i ograniczać zaufanie. Ale dzięki temu, że na Pradze Południe psów na ulicy jest wiele, nadal żyjemy i oddychamy powietrzem, a dokładnie resztkami tlenu, które podobno jeszcze istnieją i są za darmo. Toczy się życie, które możemy marnować.

Kiedy umarł pijak, był późny wieczór. Haneczka wróciła do domu i zapytała, czy wiem, co się stało. Powiedziała, że ona też nie wie. Na dole minęła kilku klientów z alkoholi 24h, którzy tłumnie stali na rogu, ale pierwszy raz od trzech lat nie zatrzymali jej na chodniku, mówiąc do jej psa „Nie przywitasz się, szczotka?”. To ją zaniepokoiło, więc stała na schodach i podsłuchiwała, a oni mówili o tym, że „drzwi były zabarykadowane” i że „nie mogli się do niego dostać”. W tym czasie samochody na służbie wysyłały sygnały alarmowe, w takt których wył jej pies. To nie była śmierć na sto procent, ale tego wieczoru byłyśmy jej prawie pewne. Dlatego postanowiłyśmy zrobić wesołą stypę, żeby nie było nam zbyt smutno. Siedziałyśmy na dachu na wysokości drugiego piętra z widokiem na panoramę obejmującą komin i skrzyżowanie jednopasmowej ulicy. Zaprosiłyśmy sąsiadów na lody. Oficjalnie to było ice cream party. Tylko my wiedziałyśmy, że tak naprawdę to stypa. Dyplomatycznie nie mówiłyśmy tego na głos. Bałyśmy się, że jeśli ta informacja dostanie się do opinii publicznej, nikt nie będzie chciał do nas przyjść. Dbałyśmy o to, żeby nasi goście jak najdłużej nie mówili, że muszą już iść do domu, bo nie chciałyśmy zostać z duchami sam na sam. Urządziłyśmy tę imprezę pomimo strachu przed ludźmi, bo bałyśmy się ich trochę mniej, niż boimy się duchów.

Kiedy pijak żył, czasami przychodził pod nasz dom i mówił, że wpadł do kolegi. Kazał mi go zawołać, jeśli akurat wychodziłam z domu i zbyt długo zamykałam drzwi na klucz. Na początku mówiłam, że w naszym domu nie mieszka żaden kolega, bo to jest Komuna L i są w niej same dziewczyny. Ale pijak był podejrzliwy. Ignorował fakty i opowiadał, jak chodzili razem z kolegą do klasy. Pytał, czy jest jego matka i czy znowu zabroniła mu wyjść. Nigdy mi nie wierzył, kiedy próbowałam mu udowodnić, że czas mija, a ludzie zostawiają swoje domy i rzeczy. Mówił wtedy, że on, ten kolega, taki nie był. Później nauczyłam się jego gry. Umiałam już wymyślać różne historie i przebiegi życia, ale najczęściej używałam tego, który był najprostszy, czyli zaczepiana pod domem mówiłam, że kolega jeszcze nie wrócił ze szkoły albo że późno kończy dziś lekcje. To było trochę nieuczciwe, ale nie czułam się na siłach, by zabrać mu przyjaciela. Jednej nocy miałam o tym zły sen. W tym śnie przy furtce zaczepia mnie pijak, a ja jestem super majstrem i przebijam mu na wylot szyję śrubokrętem gwiazdkowym. Wszędzie bryzga krew tętnicza, a ja umiem się skoncentrować wyłącznie na myśleniu o pani Beacie, która uczyła mnie w gimnazjum biologii i krwiobiegów.

Prawie zawsze, kiedy myślę o życiu albo umieraniu, przypominają mi się Tradycyjne Pączki. To jedno z miejsc naprzeciwko alkoholi 24h, które widzę przez okno kuchni, i w którym życie toczy się od poniedziałku do soboty w południe. Co niedzielę rozpaczam, że jest nieczynne i wydaje mi się, że to już koniec. Kiedy wystawa jest pusta, a na oknach zaciągnięte pomarańczowe rolety, mam przeczucie, że już krótka droga, żeby maszyny do nadziewania ciasta zostały zastąpione przez półki z butami albo aptekę. W pustym okienku zamkniętej pączkarni stoją kartoniki z nazwami nadzienia. Są tak bardzo bezużyteczne, że od ich widoku boli mnie serce. Powieszona na oknie kartka „Zamknięte” sprawia, że dostaję drgawek. Jest jak wtedy, kiedy przychodzi zima i kiedy nie wierzy się, że ona się skończy. Tylko że to dzieje się o wiele częściej. Pomimo względnej regularności, z jaką niedziele i zimy pojawiają się w życiu, nie umiem się do nich przyzwyczaić. Prawie taki sam skutek przynosi dla mnie patrzenie na nabiał w lodówce.

Mój stosunek do śmierci nigdy nie był zbyt uczciwy. Ale kiedy kupuję pączki, wiem, że wszystko może się jeszcze zmienić. Pączki wyznaczają rytm życia jak natura u Reymonta, a nawet lepiej, i to niezmiennie przejmuje mnie entuzjazmem, nawet kiedy przestaję wierzyć w sens życia, czyli prawie codziennie. Wtedy ratują mnie Tradycyjne Pączki. Wystarczy, że przechodzę obok budki – zawsze jest jakiś nowy smak. Wtedy kupuję go i zaczynam życie od nowa. Nowości Tradycyjnych Pączków wpisują się w nurt filozofii agresywnego marketingu. Mają czerwone naklejki w kształcie wybuchu bomby z wypisanym drukowanymi literami słowem „nowość”, czasami pogrubionym markerem. W pączkarni nowości są powiązane z cyklem pór roku. Latem można kupić pączki z rabarbarem, jesienią z dynią i pomarańczą, a zimą z wiśnią w rumie. Ludzie kochają nowości i zawsze biorą je jako pierwsze. Dzięki nowościom pączkarnia zarabia miliony, a ja jestem spokojna, bo na świecie wszystko zmienia się tylko trochę, a nic gwałtownie – stale możemy jeść te same pączki smażone na maśle hiszpańskim przez stare i niemiłe kobiety z Grochowa. Dlatego z troski o byt pączkarni, na wszelki wypadek, wymyślam sama nowe smaki na przyszłość, robię plany sprzedaży na całą erę do przodu. Aby nigdy nie zabrakło nowości – chociaż nikomu o tym nie mówię. Są to propozycje ratunkowe. Awaryjne, na wypadek nieszczęścia braku pomysłów. W ten sposób w gotowości czekają nowe, wspaniałe smaki, w których sukces wierzę, jak wiosenne pączki ze szparagami i szczypiorkiem, pączki z koglem-moglem o smaku czarnego bzu, z rzodkiewką, z barankiem z cukru, miętowe i z pietruszką. Albo pączki na jesień z aspiryną i jabłkami z cynamonem, a na lato wytrawne pączki o smaku kempingu, czyli zupy błyskawicznej Vifon, albo pączki o smaku solonego popcornu z watą cukrową. Kiedy je wymyślam, czuję się jak master szef. Los świata jest w pewnym sensie w moich rękach. To wielka odpowiedzialność, ale już się do niej przyzwyczaiłam.

W nocy stoję obok pączkarni i patrzę na bardzo samotną kamienicę po drugiej stronie ulicy, między Zamieniecką a Sulejkowską. Czasami mogę wychodzić z domu bez powodu, ponieważ mam psa i to jest wspaniały pretekst, żeby robić wiele absurdalnych rzeczy, na przykład przychodzić na teren zakazany albo godzinami wpatrywać się w czyjeś okna. Później mogę udawać, że tak naprawdę czekałam tylko, aż pies skończy srać. Ale tej nocy, w Święto Pracy, dom był już naprawdę opuszczony i nie można było tego odwrócić, nawet przychodzeniem na nieogrodzony plac i uporczywym staniem na podwórku. Okna były zabite płytą ze sklejki, ale zupełnie wyjątkowo dom miał otwarte na oścież drzwi. Nad nimi wisiała w uchwycie biało-czerwona flaga. Nie wiadomo, kto ją powiesił na pustostanie, ale to był jedyny ożywiony element, który istniał w całej scenografii. Podeszliśmy z psem pod samo wejście. Odpięłam mu smycz. Wiedziałam, że później, w razie czego, będę mogła mówić, że weszłam do środka, ponieważ uciekł mi pies. To pretekst, który zawsze się sprawdza, kiedy ktoś chce wezwać policję, ponieważ mój pies wygląda niewinnie i słodko, więc jeśli ktoś nie może mi czegoś wybaczyć, to zawsze wybacza mojemu psu za nas oboje. Weszliśmy w ten sposób do czyjegoś domu. Było zbyt ciemno, żeby można było zobaczyć dokładnie, gdzie jesteśmy i jak jest w środku poza tym, że w głębi wyłaniały się z czarności drewniane schody. Pamiętam, że najbardziej bałam się tego, że jeśli wybuchnie pożar, schody spalą się pierwsze i nie będzie którędy uciekać. Oświetliłam sobie telefonem drogę. Przed nami ziała przepaść otwartych na oścież drzwi do piwnicy, a z lewej strony minęliśmy bezpańską skrzynkę na listy wypchaną mimo wszystko po brzegi ulotkami reklamującymi pizzę i telewizję kablową. W tym domu było też dużo ciemnych kształtów, trudnych do zidentyfikowania, które przypominały wszystko naraz, czyli nic. Jeden z nich trochę się poruszał albo tylko tak wyglądał. Wtedy zawołałam psa. Uciekliśmy razem w ciemność na zewnątrz, która była trochę mniej straszna.

Następnego dnia pijak, który umarł, stał pod sklepem i pił. Wyglądał na trochę zmęczonego, jednak był w całkiem niezłej formie jak na kogoś, kto umarł. Wszyscy byli tym trochę zdziwieni, ale uprzejmie nikt tego nie komentował. Kiedy przechodziłam tamtędy z psem, pijak powiedział jak zwykle: „Nie przywitasz się, szczotka?”. Później bardzo długo się śmiał.

 

Ilustracja: Beata Sosnowska. 

Beata Sosnowska – graficzka, malarka, rysowniczka komiksów i ilustracji, multimedialna poetka, realizatorka filmowa. Autorka multimedialnego tomiku poezji „W cieniu szumiących wind”, który powstawał w latach 2002 – 2007 w kooperacji z 30 artystami z Trójmiasta. Realizatorka filmów dokumentalnych i eksperymentalnych, performerka. Swoje prace prezentowała m.in. na: Re:Wizjach, festiwalu Korporacja Tańca w Gdańsku, WRO 05, MALTA Festiwal Poznań, w Stoczni Gdańskiej , BWA Zielona Góra, BWA Łomża, CSW Łaźnia, galeria Lokal 30. W latach 2012-2015 członkini kolektywu rysujących dziewczyn Dream Team, wraz z którymi organizowała wystawy i warsztaty. Poza tym prowadzi samodzielne warsztaty komiksowe dla społeczności wykluczonych takich jak więźniarki, osoby transgender, czy starsze kobiety. W swoim dorobku ma liczne publikacje w antologiach, zinach oraz w czasopismach i gazetach  w tym między innymi: Gazeta Wyborcza, Przekrój, Magazyn Pismo, Zeszyty Komiksowe, Fabularie, wydawnictwo Centrala, Timof Comics, Fundacja Ha!art, Trzy Kolory. Ma także na swoim koncie współpracę z organizacjami pozarządowymi i feministycznymi „Stowarzyszenie Arteria”, „Porozumienie Kobiet 8 marca”, „UFA”, „Centrum Zmiany Społecznej”, „Rewolucje kobiet”, „Lambda Warszawa”. Obecnie zajęła się tworzeniem komiksów o tematyce LGBT i społecznej.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *