AUTOR

Asia Flisek

Urodziła się w 1991 roku w Gdańsku, obecnie mieszka we Wrocławiu. Z wykształcenia filmoznawczyni, lubi smutne sowieckie animacje i filmy o dziewczynach. W wolnych chwilach pisze krótkie opowiadania i robi zdjęcia rzeczom porzuconym na ulicy.

1.

Po tym, jak moi rodzice powiedzieli, że się rozwodzą, przez kilka tygodni śniła mi się dziewczynka mieszkająca w piwnicy. Miała na imię Magdalena i była moją najlepszą przyjaciółką. Wychodziła z niej wieczorami, kiedy wszyscy w domu już spali. Spotykałyśmy się w korytarzu. Stałyśmy naprzeciwko siebie, mrużąc oczy od sztucznego światła i opierając się o boazerię. Magdalena zawsze miała na sobie gruby płaszcz, wełniany szalik i czapkę.
– Dlaczego jesteś tak grubo ubrana? – pytałam ją za każdym razem.
– Dlatego, że w piwnicy jest zimno – odpowiadała Magdalena.
Na każde takie spotkanie przynosiła karton z ubraniami. Wyjmowała je po kolei, prezentowała na tle żółtych drzwi do piwnicy, a potem mi je dawała. Były wśród nich sukienki, swetry, kurtki, spodnie i spódniczki. Wyglądały bardzo podobnie do tych, które dostawałam w paczkach od swoich ciotek z Niemiec. Miały kolorowe napisy, nadruki z postaciami z Ulicy Sezamkowej, kieszonki, pompony, i zawsze były na mnie trochę za duże. Wszystko od razu przymierzałam i dziękowałam po kilka razy, żeby sprawić Magdalenie przyjemność. Patrzyła wtedy na mnie bez uśmiechu, rzucając uwagi typu:
– Tak dobrze. Rękawy są w sam raz, jeszcze urośniesz.
Albo:
– Sprawdź ten zamek, czy się nie zacina.
Zachowywała się jak moja mama, chociaż wcale nie wyglądała na starszą ode mnie. Miała prawie białe włosy, zadarty nos i okrągłą rumianą buzię, jak dziecko z opakowania syropu na kaszel. Brzmiała jednak tak poważnie, że nie śmiałam się jej sprzeciwiać. Chodziłam w tę i z powrotem po korytarzu, rozkładałam ręce i obracałam się dookoła własnej osi. Słuchałam z uwagą, jak tłumaczy:
– Ubrania pomagają się ukryć. Możesz naciągnąć czapkę na nos, założyć kilka swetrów pod kurtkę i zniknąć.
Chciała ochronić mnie przed światem warstwami wełny i ortalionu. Właśnie dlatego czułam, że jest moją najlepszą przyjaciółką. Wiedziała, że ciągle się boję.

 

2.

Nasz dom jest ogromny i stary. Kiedyś odwiedziły nas kobiety, które mieszkały w nim dawno temu. Obydwie miały pomarszczone twarze, krótkie siwe włosy i pachniały perfumami, od których kręciło mi się w głowie. Nie mogłam uwierzyć, że kiedykolwiek były w moim wieku. Chodziły po pokojach, dotykały ścian i płakały, chociaż wokół nie działo się nic smutnego. Mamie chyba też to się nie podobało, bo szybko się z nimi pożegnała.
Przed domem jest podwórko, po którym mogę jeździć na rowerze. Mam swoją własną piaskownicę, huśtawkę i drewniane drabinki. Za to nie mogę sama wychodzić poza zieloną bramę. Czasem podchodzę do niej najbliżej jak się da i patrzę na ulicę. Jak mi się nudzi, to odgryzam płaty zielonej farby i wypluwam je na ziemię, żeby się nie otruć. To jeden z moich złych nawyków. Obgryzam też paznokcie i wysokie barowe krzesła, które stoją u nas w kuchni. Żuję kartki papieru. Najczęściej robię to wszystko, kiedy jestem zdenerwowana, czyli prawie zawsze.
Ostatnio wyszłam na podwórko, żeby oddać gołębiom okruszki z moich herbatników. Zobaczyłam, że przy zielonej bramie stoją trzy dziewczynki. Wyglądały prawie identycznie. Były ubrane w poplamione podkoszulki i krótkie spodenki, które odsłaniały posiniaczone nogi. Wszystkie miały podkrążone oczy i śmieszne krótkie fryzury na grzyba. Jak tylko mnie zobaczyły, zaczęły machać rękami i krzyczeć:
– Cześć! Cześć! Cześć!
Przypominały psy merdające ogonami. Chciałam im odmachać, ale podszedł do mnie tata i powiedział:
– To dziewczynki z rodziny patologicznej. Nie przejmuj się nimi. Zachowuj się, jakby były niewidzialne.
– Z jakiej rodziny?
– Rodzina patologiczna jest wtedy, kiedy rodzice piją, a dzieci włóczą się samopas.
Pokiwałam głową, chociaż wiedziałam dobrze, że mój tata też pije. Za to następnego dnia wieczorem zobaczyłam, że dziewczynki z rodziny patologicznej przełażą przez płot na podwórko moich sąsiadów i kradną im jabłka. W ciemnościach najlepiej było widać ich chude ręce i nogi jak patyki. Przeskakiwały z gałęzi na gałąź, a ja czekałam, aż nasz sąsiad wybiegnie z domu i zastrzeli je z pistoletu. Ale po kilku minutach były znowu na ulicy i trzymały owoce w podwiniętych koszulkach. Szły powoli i śmiały się na całe gardło. Niczego się nie bały. Tak mnie to zdenerwowało, że nie mogłam potem zasnąć.

 

3.

W ciągu dnia obserwowałam, jak mama się pakuje. Z półek w kuchni znikały porcelanowe filiżanki, posążki Buddy, drewniane figurki zwierząt, czajniczki, podstawki na jajka, ozdoby z suszonych kwiatów i złote cherubinki. Kiedy zaczęto wywozić meble, bawiłam się w echo. Zazwyczaj krzyczałam swoje imię, a czasem jeszcze Ma-gda-le-na. Pewnego dnia chciałam zejść do piwnicy, ale drzwi były zamknięte na klucz. Poprosiłam mamę, żeby mi otworzyła.
– Nie.
– Czemu?
– Schody są spróchniałe, jeszcze stanie ci się krzywda.
Poczekałam, aż pójdzie do łazienki, i otworzyłam starą szafę w jej pokoju. Mama trzymała klucze w metalowej skrzyneczce, którą chowała za swetrami zimowymi. Szukałam jej po omacku przez kilka minut, ale za swetrami schowana była już tylko maleńka atłasowa sukienka, którą miałam na sobie na swoim pierwszym przyjęciu urodzinowym. Mama mówiła, że takie rzeczy trzyma się na pamiątkę.
Z ubrań mamy najbardziej lubiłam czarny płaszcz z futerkiem, który nosiła w najzimniejsze dni. Miał miękki kołnierz i był zapinany na guziki. Czasem przychodziłam pogłaskać go po rękawie, jakby był wielkim czarnym zwierzęciem, któremu muszę dodawać otuchy. W naszym domu nawet przedmioty wydawały mi się przygnębione. Słuchały cierpliwie kłótni rodziców, a potem czekały, aż mama je spakuje albo wyrzuci do śmieci. Kuliły się ze strachu, kiedy nadchodziła ich kolej. Próbowały wypaść jak najlepiej, zasłonić brzydkie plamy od noszenia, ukryć podarte kieszenie i poodrywane guziki. Na szczęście płaszcz był prawie w idealnym stanie. Wisiał z samego brzegu, tuż obok śmiesznej marynarki z udawanej skóry krokodyla. Zdjęłam go z wieszaka i założyłam jak pelerynę. Sięgał mi do ziemi. Schowałam sobie głowę w kołnierzu i zamknęłam oczy. Czułam zapach mamy, czarne włókna łaskotały mnie w policzki. Starałam się nie ruszać i wtedy zniknęłam.

 

4.

Kilka dni później dziewczynki z rodziny patologicznej włamały mi się na podwórko. Kiedy wyszłam z domu, zielona brama była otwarta, a one siedziały na kamiennym murku wokół naszej sadzawki i jadły lody na patykach. Moja obecność nie zrobiła na nich wrażenia. Jedna spojrzała na mnie z ukosa i spytała na przywitanie:
– Dlaczego jesteś tak grubo ubrana?
Z bliska okazało się, że różnią się między sobą tylko układem sińców i zadrapań na nogach. Nawet jadły tak samo. Lody ściekały im na bluzki i spodenki, mieszały się z brudem na kolanach, sklejały włosy i tworzyły czekoladowe zacieki na twarzach. Jedna z nich kopała sandałkiem ziemię pod murkiem, jakby chciała zagarnąć jak najwięcej brudu dla siebie. Jej paznokcie były czarne i połamane, ale ona wyglądała na zadowoloną.
– Dlatego, że mi zimno – odpowiedziałam.
– Głupia jesteś. My ciągle chodzimy na krótki rękawek.
– No i co?
– Gówno w zoo.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. Dziewczynki były zupełnie inne od Magdaleny. Na pewno nie wiedziały, dlaczego w nocy przykrywam się kołdrą aż po czubek głowy, chociaż w ten sposób dużo gorzej mi się oddycha. Czemu nie mogę spać, jeśli w ciągu dnia ktoś puści mi kilka razy tę samą piosenkę. Po co muszę naciskać klamkę łokciem, przekręcać szampon etykietą do przodu, omijać przerwy między kafelkami, liczyć słupy, gdy jadę z tatą samochodem, układać wszystko w symetryczny sposób i wstawać z łóżka obydwiema nogami jednocześnie. Nie wiedziały też nic o chowaniu się przed rodzicami w ubraniach.
– Dlaczego nigdy nie wychodzisz? – spytała tym razem druga, środkowa.
– Bo to niebezpieczne. Mogę wpaść pod samochód albo pod rower, albo ktoś mnie przestraszy i porwie albo zabije.
Przez chwilę wszystkie trzy patrzyły na mnie bez wyrazu, mrugając na zmianę oczami.
– Aha. No to rzeczywiście.
Chyba myślały, że jestem dziwna. Spuściłam głowę i zaczęłam wpatrywać się w swoje adidasy. Nie chciało mi się pytać, po co włamały mi się na podwórko albo czemu kradły jabłka sąsiadowi. To nie miało żadnego znaczenia, bo mama już prawie wszystko pochowała do pudeł i zakleiła taśmą klejącą, a nasze nowe mieszkanie było w innym mieście. To już nie był mój dom i nie musiał mnie obchodzić. Miałam ochotę usiąść obok nich na murku z własnym lodem na patyku i pobrudzić sobie całą twarz. Albo wspiąć się na drzewo i zawisnąć na gałęzi włosami w dół. Chciałam, żeby mnie polubiły.
Zamiast tego patrzyłam, jak gryzą swoje patyczki po lodach i plują przeżutymi kawałkami drewna na wszystkie strony. Niektóre trafiły do sadzawki i dryfowały na powierzchni wody jak małe łódeczki. Świeciło słońce. Dziewczynki nie patrzyły już w moją stronę, jakbym naprawdę rozpłynęła się w swoich ubraniach. Wyobraziłam sobie, że wszystkie sweterki, bluzki i sukienki, które dała mi Magdalena, zaczynają oplatać moje ciało, warstwa po warstwie. Zrobiło mi się duszno. Obróciłam się na pięcie i pobiegłam do domu.

 

 

Ilustracja: Ola Wasilewska. 

Ola Wasilewska (1989) – graficzka, wideoklipperka, słowoskładaczka. Tworzy hiperteksty („Zembla,” 2013; „Brzydkie sny”, 2013, „Ersatz Israel”, 2014). Redaktorka czasopisma literackiego „Wakat/Notoria”, dla którego od lat tworzy wideopoezję i klipy do wierszy. Współtworzy „Sklejkę”, feministycznego zina z poezją kobiet, przybierając takie imiona, jak Arnold Jamnik, Fasolowy Charlie i inne. Jej wieloekranową animację „Physiologus” wyświetlano na fasadzie Muzeum Sztuki Współczesnej w Zagrzebiu (2015). Wraz z Markiem Sobczykiem odpowiedzialna za projekt plastyczny „Warkoczami. Antologii nowej poezji” (2016).

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *