Drobiazgi

bezradność – smutek/ciało

AUTOR

Dorota Kotas

Urodzona w 1994 roku, studiuje socjologię w ISNS na UW. Publikuje wpisy na fb. Nie odnosi zbyt wielu sukcesów. Mieszka w Warszawie z rudym psem. Zbiera rośliny doniczkowe i pieniądze na trampolinę.

3. smutek/ciało

 

Wiosna codziennie jest bliżej, a w moim domu każdego dnia robi się coraz zimniej. Kiedy śpię, przykrywam się dwoma kołdrami, kocem i psem, a koło materaca ustawiam kaloryfer, który jest stary jak morze, działa na olej i prąd. Machina do grzania wydaje tym więcej dźwięków, im bardziej chcę spać. W nogach łóżka mam termos, z którego piję na rozgrzewkę wrzątek. Z każdym łykiem przeżywam szok termiczny, bo moje ciało nie wierzy już w to, że są jeszcze na świecie rzeczy z temperaturą dodatnią i że istnieje ciepło, którym można się ogrzać – to poza jego pojęciem, nie mogę tego wytłumaczyć mojemu ciału, dlatego parzę się każdym łykiem. Staram się nie wychodzić z bazy w łóżku, żeby nie pogłębiać dreszczy z zimna. Zamiast posiłków jem kamień z czajnika, co jest trochę smutne. Ale gdy kamień unosi się w szklance pod wodą, kiedy zbliżam do niej usta, a później wiruje i opada na samo dno, wygląda jak bardzo małe zwierzęta prehistoryczne. To cud natury albo odpryski z księżyca, który zanurzono w ujęciu wody i który rozpuścił się, ale niedokładnie. Jak oranżada w proszku o smaku wszechświata albo kosmosu z serii spożywczej: układ słoneczny. Kiedy ją piję, na oknach skrapla się para. Jest tak gęsta, że nie można nic zobaczyć dopóki nie wytrze się szyby rękawem, który później jest mokry i zimny. Ludzie za oknem poruszają się między smugami skroplonej wody, a nad nimi unoszą się pęcherzyki powietrza.

Stoję w oknie i wyglądam na oceanarium, w którym prawie nie ma sztucznych roślin, ale za to są skomplikowane dekoracje z betonu. Jest sporo zabawek – na przykład pieniądze i samochody – oraz dużo ruchu, dzięki któremu miasto faluje, przelewa się i wycieka na zewnątrz przez swoje szczeliny. Ludzie w oknie (moje ulubione zwierzęta) otwierają i zamykają usta, z których nie wydobywają się żadne dźwięki. Poruszają się w mało skoordynowany sposób, ale sprawiający dobre wrażenie, czyli takie, jakby dobrze wiedzieli, co robią w swoim akwarium i jakby byli do tego przyzwyczajeni. Dlatego podziwiam ich. Długo nie mogę oderwać oczu od ekranu, za którym żyje tyle gatunków (bo każdy jest innym gatunkiem, nawet jeżeli występują więzi albo stosunki pokrewieństwa). Kiedy zacznę na nich patrzeć, robię to cały dzień. Myślę wtedy o tym, jak dobrze sobie radzą te wszystkie ryby. Mam ochotę dać im za to nagrody albo przyznać honorowe odznaczenia. Chwalę ich w myślach lub na głos, a później jestem załamana. Robię dokładnie to, co odradza się na każdej terapii, czyli zaczynam się porównywać i natychmiast chcę przestać żyć.

W takie dni nie wychodzę z mieszkania, przynajmniej przez jakiś czas, a na pewno nie robię tego z radością. Udaję, że mój pokój jest oranżerią. To taka gra, żeby nie opuszczać łóżka. Bawię się w melodramat. Główna zasada tej zabawy to że jeśli przekroczę drzwi, natychmiast umrę, bo przestaną działać moje organy wewnętrzne, a wcześniej zatrzyma się serce. Udaję, że egzotyczny mikroklimat przedpokoju wykończy nieprzystosowane, obce ciało turystki świata, czyli moje. Z tego powodu jestem uwięziona w łóżku. Na podłodze stoją tylko słoiki z wodą, które są wszędzie, więc trzeba bardzo uważać, żeby nadmiernie się nie poruszać, a w tych słoikach, w moich małych terrariach, wypuszczają pędy rośliny. Chodzę między nimi i nadzoruję ich życie. Czasami w ciągu jednej nocy z gałęzi wyrastają liście, a z nasion kwiaty, które mogą zakwitnąć następnej nocy. Często dwa dni później nie ma po nich śladu i doniczki są puste albo są w nich tylko korzenie i ziemia. Ten cykl jest nieprzewidywalny. Niektóre pędy potrafią też nagle wystrzelić w górę, a potem cofnąć się tak, jakby się rozmyśliły. Dzięki temu mój pokój, moja oranżeria, też jest pełna życia i jest namiastką życia naprawdę. Ja jestem w środku, opiekuję się roślinami i płaczę, zwłaszcza zimą, żeby lepiej rosły.

Kiedy jestem tak smutna, że ze smutku boli mnie brzuch, to żeby o tym nie myśleć, wlewam sobie wodę utlenioną do ucha. Wtedy nie ma już prawie żadnych myśli ani emocji, ponieważ w głowie włącza się szum i to jest tak głębokie doświadczenie akustyczne, że nie pozostawia miejsca na inne wrażenia. Pojawia się odgłos, który brzmi jakby pochodził od musującej oranżady, która wpadła do środka głowy. Czasami przechodzi mnie od niego dreszcz. Przeważnie wtedy, kiedy woda pieni się bardzo mocno i pryska w uchu prawie wylewając się na zewnątrz, jakby w głowie wybuchały wulkany. Wody jest tylko trochę, ale mam takie uczucie, jakbym zanurzała się w niej w całości i rozlewała się swobodnie po całym szablonie ciała. Wpada coraz głębiej i przecieka przez tunele w środku jaskini, którą wtedy jestem. Czuję, jak skapują do nich krople, które wsączają się w ciało i jak tą szumiącą pianą myje się moja głowa, tylko że wewnątrz. Kiedy mija kilka minut i kiedy już mi się znudzi albo kiedy boli mnie szyja od leżenia na boku, przekręcam głowę, zbliżam ucho do barku i woda wylewa się na papierowy ręcznik razem z falą ciepła ze środka ciała, która jest produktem ubocznym reakcji wody ze mną. Potem suszę ucho patyczkiem. Wydaje mi się, że w środku jest o wiele więcej miejsca, dlatego mogę od tej pory słyszeć dwa razy więcej. Po wszystkim zasypiam i śnią mi się dźwięki, które zastępują domy, ludzi, rośliny i zwierzęta. Wszystko znika i jesteśmy tylko ja i mój pies.

Kiedy jest najgorzej, marzę o tym, że kiedyś dorosnę, zamieszkam w wannie i będę zajmować się wyłącznie uzupełnianiem jej ciepłą wodą, w której będę się rozpuszczać, aż nic ze mnie nie zostanie, tylko ciepło. Wolałabym być ciepłem niż ciałem. Zrobiłam już próbę generalną, a nawet wiele, i każda z nich była udana. Odbywa się to w taki sposób, że trzeba poczekać, aż przyjdzie dobry moment. Kiedy w domu nie będzie nikogo, kto mógłby zaburzyć przemianę, należy zamknąć się w łazience. Później można leżeć w wannie tak długo, żeby kilkanaście razy pomyśleć, że to już przesada. Wtedy trzeba jeszcze tylko trochę poczekać. Najlepiej tyle, żeby kilka razy pojawiła się myśl, że już dłużej się nie wytrzyma; i wtedy jeszcze trochę, ale już niedługo. Nie należy się łatwo zniechęcać. Żeby przyspieszyć proces, można bardzo mocno szorować ciało szorstką gąbką, od której skóra robi się intensywnie czerwona i od razu jest jej jakby mniej. Trzeba nalać wodę tak gorącą, że aż kręci się w głowie. Po odczekaniu jeszcze paru minut licząc od czasu, kiedy przestaje się dawać radę, wychodzi się z wody. Resztki ciała wsiąkają w ręcznik, który bardzo szybko robi się cały mokry. W lustrze jest tylko para, nic więcej. Czasami widać w nim też niewyraźny, wypłukany przez wodę kształt sylwetki. Ale chociaż dokładnie się ją ogląda, to wcale nie ma pewności, do kogo ona należy, bo każda hipoteza niesie ryzyko wielkiej, katastrofalnej pomyłki – wcale nie wiadomo, czyje to ciało.

W nocy budzi mnie chrapanie osób, które nie istnieją. Leżę na materacu i słucham, co dzieje się pod podłogą. Dźwięki nie są wyraźne, ale nie mają uzasadnienia, dlatego niepokoją mnie i wyrywają ze snu. Żeby ciągle nie wstawać, biorę dużo tabletek. Śpię wtedy kilka dni bez przerwy, a przez sen jem czekoladę i bawię się z moim psem, na przykład w rozbitków po katastrofie samolotu, którzy znajdują się na wyspie i mają połamane kości, ale również bardzo dużo szczęścia, bo nikt poza nimi nie żyje. To zawsze miło – być samemu na świecie, gdy w końcu nie jest to metafora, nawet jeśli to tylko gra. Kiedy śpię, mam też sny, które składają się z wielu odcinków z przerwami na przekąski i układają się w serial, który ma kilka sezonów, a wszystko dzieje się w ciągu jednego cyklu, licząc od zaśnięcia do przebudzenia się z krzykiem. Na taką okoliczność obok łóżka mam zgromadzone ogromne zapasy. Staram się w ten sposób zabezpieczyć przed śmiercią z głodu. Jestem zawsze przygotowana na sen, który może trwać przez tydzień, a nawet dłużej. Kiedy to się zdarza i kiedy w końcu budzę się po takim maratonie farmaceutycznej telenoweli, po nieokreślonym, ale bardzo długim czasie (co można łatwo poznać po sztywności barków i ilości śmieci na podłodze), zbieram papierki po batonikach i nie mogę uwierzyć, że zjadłam tak mało, a przeżyłam tak wiele, i w to, że żyję. Wydolność mojego organizmu jest fantastyczna.

Kiedy łykam tabletki na sen, dobry nastrój i brak paranoi, że nie radzę sobie w życiu wystarczająco dobrze, wybudzam się po nich przez wiele godzin, czasami przez cały dzień. Nie wiem, w którym momencie przestaję spać ostatecznie. Bardzo długo bywam w półśnie. Ludzie mają wtedy dla mnie półprzezroczyste ciała. Patrzę przez nich jak przez brudne szyby, czyli trochę zasłaniają mi widok, ale nie tak bardzo. Potrafię do nich mówić zachowując wielką obojętność, ponieważ nie mam żadnych emocji – one nie zdążyły się jeszcze załadować od momentu, kiedy w moim brzuchu rozlała się pogodna rezygnacja sprzedawana na receptę w aptece. Często jem leki przez sen. Staram się wtedy wyprodukować dużo śliny w fabryce w ustach. Mogę dzięki temu połykać tabletki bez otwierania oczu i sięgania po szklankę z wodą. Mogę odmierzać sobie dawki przez sen, który jest tak silny, że utrzymuję się pod jego powierzchnią i nie budzi mnie żaden dźwięk za oknem ani w domu.

W snach cały czas rodzę córki. Gdyby te sny działy się naprawdę, całe miasto mogłyby zaludniać wyłącznie kobiety, które urodziłam nocą, jedną po drugiej, i to byłaby armia smutnych i dziwnych pań, które niezbyt dobrze radzą sobie w interakcjach, ale zawsze mają dobre chęci. Poród to lejtmotyw mojej świadomości. Czynność rutynowa, która zawsze przychodzi mi bez wysiłku i jest najbardziej naturalną rzeczą, jaką robię w życiu, czyli we śnie. Na przykład wczoraj – śni mi się, że rodzę dziecko. Od razu wiem, że to kolejna córka. Mam już męża i wiele innych córek. Wracamy razem z zakupów. Oni wchodzą do naszego mieszkania, a ja idę po schodach wyżej, na drugie piętro. Jest tam gabinet lekarski, w którym na ścianach wiszą plakaty reklamujące próchnicę. Rodzę w nim nową córkę, a na leżance obok nieznajomy mężczyzna rodzi syna, bo w tym śnie świat działa tak, że mężczyźni rodzą mężczyzn, a kobiety rodzą kobiety. Później idę się umyć. Po drodze karzeł, który asystował w gabinecie, gratuluje mi, że tak sprawnie wszystko załatwiłam. Kiedy wracam do sali zabiegowej, mężczyzna spod ściany oddaje mi swoje dziecko. Mówi, że już go nie kocha i żebym je sobie wzięła. Później idę do domu – do męża – powiedzieć mu, że mam dla niego niespodziankę i że urodziłam bliźnięta, czyli kolejne dzieci, których nie chcemy, ale które musimy zatrzymać.

Często próbuję ocenić, jak bardzo jestem smutna w porównaniu do innych kobiet albo dziewczynek. Patrzę na nie i mierzę. Zastanawiam się, jak często one płaczą i jak dużo śpią. Ile cukru oraz soli zjadają w ciągu dnia? Czy mają siłę malować regularnie paznokcie u stóp? Jakiego koloru jest ich twarz? Czy ich ramiona są opuszczone, czy zbliżone do brody i jak układają ręce, kiedy siedzą naprzeciwko mnie w metrze. Obserwuję, czy patrzą na swoje odbicie w szybie i jaki mają wtedy wyraz twarzy. Poza tym zastanawiam się, jak często wychodzą z domu dobrowolnie, czyli nie do pracy? Albo czy nienawidzą swoich matek (tego trzeba się trochę domyślić, ale najczęściej widać). Później szybko przeliczam dane, które zbiorę, i w myślach sytuuję kobiety na skali poniżej lub powyżej średniej, którą wymyśliłam, posługując się wzorem. Im bardziej któraś z nich jest smutna, tym więcej wywołuje we mnie czułości, z którą nigdy niczego nie robię ani jej nie okazuję, ale pomnażam swój wewnętrzny zapas. Dużo myślę też o tym, czy jakieś miejsce wygląda na smutne. Na przykład jaki nastrój ma jakiś dom, który znam? W tym przypadku nie mam dokładnych współczynników i niezbyt precyzyjnie mierzę wskaźniki, ale wyniki są dosyć zadowalające. Odróżniam już smutne domy od domów wesołych. Albo domy, w których chciałoby się zostać, od takich, z których chce się natychmiast wyjść na ulicę i na wszystkich krzyczeć.

W taki dzień jak ten, kiedy jest bardzo zimno, a mnie boli całe ciało, leżę dużo na materacu. Jeśli za oknem pada deszcz, wydaje mi się, że kołyszę się w rytmie przypływów i odpływów morza, które jest setki kilometrów stąd, ale z którym czuję się połączona, bo wiem, że woda z morza spada na mój dach, balkon i do skrzynki z pomidorami. Moje ciało wydaje mi się twarde i ciężkie, napełnione ponad limit maksymalnej objętości. Czuję, jak się w nim wewnętrznie rozlewam i jak wylewają się ze mnie resztki ciepła, czerwone od temperatury. Myślę o swoim ciele, że teraz jest małym akwarium, a w środku pływają zwierzęta, na przykład takie jak serce, czyli szybkie i źle reagujące na kontakt z ludźmi, które muszę karmić na pocieszenie pączkami i coca-colą. Albo żołądek, który jest na tyle mało zbadanym gatunkiem, że nawet nie wiem, jak wygląda, ale jestem pewna, że ma kolce i wydaje szum, tak jak muszelki, bo często go słyszę. Są jeszcze inne zwierzęta, ale nie wszystkie znam, bo jestem tylko amatorką w dziedzinie zoologii, w dodatku po studiach socjologicznych i po polonistyce, po których nie wie się takich rzeczy ani nie ma się przyszłości, ale przynajmniej można mieć fajne hobby i to czasami wystarcza, żeby mieć co robić. Po takich studiach można na przykład leżeć, spać, podlewać kwiaty, moknąć, jeść, krzyczeć i mieć dużo snów.

 

Ilustracja: Beata Sosnowska. 

Beata Sosnowska – graficzka, malarka, rysowniczka komiksów i ilustracji, multimedialna poetka, realizatorka filmowa. Autorka multimedialnego tomiku poezji „W cieniu szumiących wind”, który powstawał w latach 2002 – 2007 w kooperacji z 30 artystami z Trójmiasta. Realizatorka filmów dokumentalnych i eksperymentalnych, performerka. Swoje prace prezentowała m.in. na: Re:Wizjach, festiwalu Korporacja Tańca w Gdańsku, WRO 05, MALTA Festiwal Poznań, w Stoczni Gdańskiej , BWA Zielona Góra, BWA Łomża, CSW Łaźnia, galeria Lokal 30. W latach 2012-2015 członkini kolektywu rysujących dziewczyn Dream Team, wraz z którymi organizowała wystawy i warsztaty. Poza tym prowadzi samodzielne warsztaty komiksowe dla społeczności wykluczonych takich jak więźniarki, osoby transgender, czy starsze kobiety. W swoim dorobku ma liczne publikacje w antologiach, zinach oraz w czasopismach i gazetach  w tym między innymi: Gazeta Wyborcza, Przekrój, Magazyn Pismo, Zeszyty Komiksowe, Fabularie, wydawnictwo Centrala, Timof Comics, Fundacja Ha!art, Trzy Kolory. Ma także na swoim koncie współpracę z organizacjami pozarządowymi i feministycznymi „Stowarzyszenie Arteria”, „Porozumienie Kobiet 8 marca”, „UFA”, „Centrum Zmiany Społecznej”, „Rewolucje kobiet”, „Lambda Warszawa”. Obecnie zajęła się tworzeniem komiksów o tematyce LGBT i społecznej.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *