Drobiazgi

dążyłam do ogólnie pojętego szczęścia,

AUTOR

SIPAPUNI (Aga Papis)

Urodzona w 1973 roku, portal, skryba własnych snów rodem z Krosna, Flora Boticellego, femme fatale Podkowy Leśnej, żadna sztuka nie jest jej obca, humanistka i lewaczka, matka z legalną Kartą Dużej Rodziny, certyfikowana terapeutka sztuką i Lasem Młochowskim, chce zobaczyć ocean i upadek ery pieniądza.

 

dążyłam do ogólnie pojętego szczęścia,

którym był oczywiście mężczyzna i jego ramiona. jechałam do niego długie godziny. w międzyczasie pewien znany bokser i skoczek narciarski bezpowrotnie oszalał pozostawiając fanów w niemym niedowierzaniu. przegrywał kolejne walki, przed skokami opowiadał głupie dowcipy o jasiu zamiast skupiać się na szybowaniu wśród śnieżnych chmur, z ringu schodził z wyrazem ponurego zdziwienia i brązowymi cieniami pod oczami. zdecydowałam się iść przez miasto na piechotę. w końcu nie znam Barcelony tak dobrze. nie wiem, czy szłam do ciebie, czy do niego. pamiętam nasz pierwszy i ostatni pocałunek, kiedy żegnałeś mnie pod drzwiami pociągu, para buchała, ludność tłoczyła się na peronie, a kierownik nawet pogroził nam palcem. więc szłam ku ogólnie pojętemu szczęściu w ramionach mężczyzny, a ponieważ było ono niezaprzeczalne i pewne, nie musiałam się spieszyć. postanowiłam zwiedzić muzeum. było bogate i wysokie niczym całe miasto położone na wzgórzu. wnętrze barokowe i strojne, wbiegłam na samą górę. olejne obrazy Brasserie dosłownie do mnie mrugały, dosłownie bo były olejną animacją na płótnie. spojrzałam w dół na meandry klatki schodowej. wyglądała przepysznie. zachciało mi się zdjęcia. oczywiście natychmiast pojawił się strażnik, domagając się w swoim dziwnym języku zaprzestania wykonywanej czynności. „och! nie można??? och, fuck”. zbiegłam na dół do sali pełnej bibelotów, zapragnęłam ukraść choć małą drobinkę, choć trochę starożytnego kurzu dla mnie do kieszeni. nie. nie ma kamer. i nie wypada. wybiegłam. zaczęło się ściemniać. brak prądu nocą. nad ranem. prawie nic nie widać. zadzwoniłam że idę, jadę sama, jestem na stacji, nic nie widać. złapałam taksówkę. jechaliśmy już razem. byłeś tam ty, a może on, tego nie wiem, było ogólnie pojęte szczęście i ramiona mężczyzny. przepychaliśmy się jednym tchem: co się komu przydarzyło. wstał świt. wjechaliśmy w zaspy i wyciągnęłam rękę, żeby zapiąć pas, kiedy samochód wpadł w poślizg i przewrócił się, dachując w śniegu. udusić się śniegiem? odpięliśmy pasy, udało nam się ostrożnie otworzyć okno, na tyle, żeby się jakoś przecisnąć. wystawiłam głowę, myśląc o tym, czy nie zahaczy o ucho lub brodawki. nie. wyszliśmy cało, śmiejąc się, i przewróciliśmy samochód z powrotem na brzuch. przywarłam do ciebie/do niego. w oślepiającym słońcu zrozumiałam, że wieczność jest zawsze między nami, a ja po prostu mam farta.

 

 

ząb śmierci.

wszystko się przejadło. bieda powraca w wielkim stylu. panie na peronach. rozmowy z brudem. zapachy śmierdzą. warszawa. lato. warszawa latem. wyjść na korytarz. przejść przejściem pod rotundą. wyjść na pierwszy i ostatni peron WKD informujący, że to Warszawa Śródmieście. przeciekające betonowe stropy, nielegalna hurtownia mięsa zaopatrująca podziemne kebaby i szalet miejski, by jakoś wydalić całe to gówno. tłusta prawda zatykająca odpływy, wisząca w gęstym powietrzu. nad nami jest inaczej, nad nami jest równo. wychodzimy. powietrze płynie. smugi wiatru śmigają slalomem pomiędzy postaciami idącymi szybkim krokiem po peronach i chodnikach. tlen działa. istoty krążą, oddychając. odpychają od siebie złe wrażenia, selekcjonują uważnie szczegóły, żeby tylko się nie obudzić. życie trwa, usycha i biegnie wraz ze wszystkimi swoimi szczegółami. nie mamy co robić. powoli otwieram się w pisaniu. wychodzę jak ślimak z bezbronnej skorupy i staję w poczuciu nieważkości. ale miałam pisać o czymś innym. kobiety poprzebierane za siebie kładą sobie na głowy kaski-kury i maszerują, milcząc, swobodne i tekturowe. tipsowe dresy z oczami bez kontaktu. powiewy świeżości. kobiety kwiaty poruszające wszystko zmysłami własnymi. zatopione w zachwycie i kontemplacji. fantazyjne i szczegółowe. kupiłam ją. to wiem. teraz pomyślałam o zupełnie innym wątku. kurczę się. i boję. nic mi nie wychodzi. nawet pozytywna afirmacja. waham się, czy żyć. chyba jednak umieram. ten moment, kiedy powiedziałam, że dążę ku śmierci, a nie idę z życia. wielu z nas już sobie na to pozwoliło, nawet w odruchu depresji koniecznej, by przeżyć. umieram za każdym razem, kiedy patrzę ci w oczy. tobie i tobie. i tobie. ile razy pozwalam ci, byś wszedł w moje spojrzenie. to jak wchodzenie we mnie. jak wejście w ból zęba. w leczenie kanałowe. gniesz się i wyginasz jak gumowa lalka do tańca. aktor musi umieć się rozebrać. o, są pewne błędy. boję się jego powrotu. muszę kupić grudę. zamykamy miesiąc. powoli kartkowana na schodach, ćwiartowana na posesjach. poetyzacja posesji. staranność dokładności, gruntownie przemyślana percepcja, podejmuje tematy dotąd nam nieznane. słowa uciekają w krajobraz, zielony pejzaż przewijających się myśli. zamykam ostatni rozdział. jest czwarta. dzisiaj zawalczyłyśmy o samą siebie. dzisiaj odniosłyśmy sukcesy. matka dumnie wypięta jak kaczka. a ja wracam do pozycji embrionalnej, niemej, ukochanej.

 

 

dziewiąta dwadzieścia cztery.

zabraniam sobie pisać, to stan wykwintny. leżę na podłodze, próbując ogarnąć swoje ciało. rozumiem, że jestem w pełni odpowiedzialna za to, co się ze mną dzieje. moje plecy napięte jak siatka strun przeciągniętych nad szkieletem. napięcie wymowne niczym milczenie o nim. rozciąganie wnętrz ud rozkraczonych między przepaścią a nieprzespanym dniem. wystarczająco się wyciągać, rezonuje w nas panika, wybicie z rytmu, akty samouzbrojenia. naładowane pistolety, cugle w dłoniach i wio! nic nas nie zatrzyma. pociągi już dawno stanęły i czekają na gwizd. narąbany kolejarz śpi w rowie. pasażerowie wymieniają się esemesami. droga wolna. świat się zużył i zdegenerował, a jednocześnie wskrzesił i odtajał. topi się lodowiec, tu na miejscu znaczy to wszystko i nic, ale w globalnej perspektywie pod mikroskopem pięknie się składa. układ chłodniczy zatyka się momentalnie, kiedy agresja podchodzi pod dekiel i, zamiast wykipieć, skupia się na tym, co kryje się pod maską. samochód się psuje, kiedy ty się psujesz, psujecie się razem. okazało się, że wystarczyło zaczerpnąć głębszy oddech. wstrzymywanie oddechu jako sposób na powściągnięcie żywotności i energii, która w obecnej formie życia nie ma szans na realizację. wyzbycie się wszystkich zasad oprócz tej jednej – że nie wolno się ujawnić; ujawnienie bowiem oznaczałoby konieczność konfrontacji. bycie szczerym vel bycie uśpionym w wiecznej opozycji. niewiara w to, że wszystko zakończy się szczęśliwie, jakaś podejrzliwość, że coś jest nie w porządku /nie mylić z manią, to postać drugoplanowa/. czym więc to się zakończy? i jeszcze ważniejsze pytanie – czy wstanę?

 

 

bez opamiętania mnożę pliki

marząc, że coś jeszcze się wydarzy. nie mamy zbyt wiele czasu, mamy milion kropel, mamy miliard minut, wiemy co się stanie, nie wiemy co będzie. pozdrawiam wszystkich chłopców, którzy wyszli z wojska. dziewczyno, z wojska nie wychodzi się o tej porze. ręce stukają tak jednostajnie. jednostajność to jest coś, czego można się nauczyć, jak codziennie cię musztrują, że pora iść do szkoły albo biura, a właściwie to z jakiej okazji? bo nie musimy już biegać, polując, i drżeć nad ranem w jaskiniach, czekając na wschód słońca. eskimosi mogą sobie po prostu być, trwać tak, jak im się żywnie podoba, a my? my? co z nami? wiedziałaś, że to na serio, że on się nie będzie prosił, gdyby tylko nie rozdawał tych uśmiechów na prawo i lewo, zwłaszcza, że tak się chmurzysz. wczoraj widziałam ich wszystkich, odświętnie zgromadzonych na zabawie. ludzie którzy patrzą tylko kącikami oczu, którzy zasłaniają całą naturalną mimikę wytresowanym, zachowawczym gestem. albo szczerze się cieszą, kiedy napotkają to, co kiedyś już widzieli i do czego zdążyli się przyzwyczaić, nadnaturalnie akcentując pewne środki ekspresji. nie chcą kontaktu z nowym. nowe nie jest jeszcze nazwane, nie wiadomo, jak na nie reagować, najpierw trzeba wybadać, co myślą inni i jak się z tym czują. dopiero wtedy można zdobyć się na głos za lub przeciw. najłatwiejsza jest aprobata zbiorowa, rozchodzi się po tłumie jak kręgi po wodzie. kiedy obserwuję, jestem. kiedy stoję, siedzę z boku, niewplątana w żadne ludzkie sprawy, jestem jeszcze bardziej. bardziej niż wywołana do wyuczonej odpowiedzi, w której „cześć” jest szczeknięciem, a podanie ręki gestem, który już coś znaczy. kiedy widzę nowe, wyrywam się do przodu, chcąc wydobyć „cześć”. kiedy ciało milczy, usta jak w niemym filmie, cóż z tego, kiedy ktoś patrzy na moje piersi. nie wymawiam tego słowa nadaremno, czuję, jak i co znaczy, gdzie jest ta przestrzeń zapomniana, zapomniana jak ludzie, jak „dzień dobry”, jak uczucie podniecenia, że zaraz coś się wydarzy. kiedykolwiek próbuję sobie przypomnieć tamtą sferę, ciało staje się czujne. ach, znowu będzie się czegoś ode mnie wymagać. ach, zostawmy mnie już w spokoju, tyle było przygód i żadna nie okazała się zwycięstwem. czegoś mi brakuje, jakiejś normalności w słowie, rytmie, śnie, nocy. jakiegoś oderwania się od zużytego szczegółu; woli życia. ależ ona jest nienormalna, pompowana przez spienioną rezerwę. brakuje mi przestrzeni w tekstach, głębi w oddechu. bez żeńszenia zapominam cały świat, zaduszona taktem tętna. czas już kończyć, opaść na dywan, niech wybrzmią ostatnie drgawki, przecież chyba nie wierzysz w to, że czas powiedział już ostatnie słowo i droga za zakrętem będzie taka sama.

 

Ilustracje: SIPAPUNI. 

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *