AUTOR

Kinga Kosińska

Urodziła się i mieszka w Czeladzi, napisała książkę "Brudny róż. Zapiski z życia, którego nie było" (Nisza 2015). Ma 17-letniego papuga nimfę. Bezdzietna i niezamężna katoliczka.

Pamiętam, kiedy po pogrzebie babci ze strony ojca leżeliśmy z kuzynem w jednym łóżku, i on twierdził, że widzi babcię, że ona stoi w drzwiach. Ty śmiałeś się wtedy razem z nim, a ja nakryłam głowę kołdrą i byłam bliska płaczu. Nie chciałeś być okrutny. To tylko takie żarty, a dziewczyny łatwo nabrać i chłopcy to lubią. Ja chyba nawet się cieszyłam, bo przecież zawsze lubiłam być dziewczyną ciągniętą za warkocz. To znaczy chciałam nią być. Wiedziałeś.

Mama kochała nas nierówno, a tata jeszcze bardziej. Byłeś syneczkiem mamusi i jej cycusiem. Ojejku, a ja za delikatna do wszystkiego. Chciałam być córeczką tatusia, ale on wolał ciebie. Chciał patrzeć, jak grasz z chłopakami w piłkę przed blokiem i jak wymyślałam coś innego, to on się złościł, że cię zatrzymuję, bo chłopak powinien być chłopakiem. Tatusiu, bądź ze mnie dumny za to, że jestem. Nie chciałam przecież.

W szkole działałam ci na nerwy. Marzyłeś o tym, aby się ode mnie uwolnić. Bo wszędzie razem, ubrani tak samo. Nie potrafiłam być oddzielna. Stąpałam na paluszkach, abyś jak najmniej odczuwał mój ciężar, ale ty byłeś zły, a nawet bardzo smutny, często też tylko dlatego, że jestem. Próbowałam cię objąć, czasami przytulić, ale to było takie babskie i fuj. Różowa kokarda, którą nosiłam z dumą, a ty mi ją ściągałeś siłą i wyrzucałeś do kosza. Też z dumą.

Wyprostowany szedłeś do komunii ze świecą gromniczną. Cała rodzina się zjechała, a ja zachorowałam. Wszystkie dziewczyny z tego rocznika w pięknych sukniach i ja śpiąca w gorączce w pokoju. Potem sama przystąpiłam do komunii ubrana w coś lekkiego, jakbym była naga. Może mi się śniło, a upał był gorączką?

Przytępiałam cię, podcinałam skrzydła. Nie byłeś mi dłużny. Mściłeś się, złościłeś. Kazałeś milczeć, gdy psociłeś i siedzieć cicho, gdy miałam coś bardzo, bardzo ważnego do powiedzenia. Mówiłeś, że jak już jesteśmy razem, to ma być tak, jak ty chcesz i czułam, jak w tobie wszystko pulsuje. Czułam, jak spodnie pęcznieją ci w kroku. Taki obcy, wściekły, chcący kosztować tego świata, ale niestety mający mnie na plecach jak garb, rosnący razem z nim. Tyle razy chciałeś mnie zrzucić, ale trzymałam się mocno niczym jeździec na porywistym ogierze czy byku. Co za szał jednego ciała, złączonych dwóch połówek. Kochany braciszku.

Tym ciałem szarpało pożądanie. Nie mogłeś się powstrzymać i dotykając siebie, tarłeś mnie. Najgorsze, że podobali ci się chłopcy i byłeś wściekły, że to przeze mnie. Bo przecież jesteś po części mną i ta dziewczęcość była jak przekleństwo w tobie. Chciałeś zapomnieć, wymazać mnie i dochodzić jak najczęściej. W szkole myślałeś tylko o tym, że wrócisz do domu i znowu będziesz to robić. Ciągnąłeś mnie ze sobą za rękę i szłam, choć dziewczyny wołały mnie na ploty. I ja też chciałam, jak ty, wymazać ciebie i te szybkie ruchy. Więc zamykałam oczy i myślami byłam z nimi. Robiłyśmy sobie wpisy w pamiętnikach, śmiałyśmy się z chłopaków i byłam czysta. Ty jednak wieczorem musiałeś wskoczyć do wanny, w której siedziałam. Ręka znowu czuła ciepło. Daj mi już spokój. Przepadnij. I znowu byłeś zły. Pomiatałeś mną, choć nic nie mówiłam, nie narzucałam się. Tylko istniałam. Nie umiałam inaczej.

Wyrastasz ze mnie. Jak to się dzieje? Słyszałam, że niektórzy mają w sobie martwy płód bliźniaka, ale dlaczego akurat na mnie spada taka zemsta losu. Gęste, ciemne włosy na całym ciele, na twarzy zarost. Weź to zgól, zakryj. Mam ochotę zwymiotować, jak cię widzę. Dryblasa, który zasłania mnie prawie całą. Napęczniałeś, jakbyś chciał coś udowodnić. Widzimy cię. To znaczy ja i cały świat. Już dobrze. Zapuść włosy. Niech opadają. Lubię ich dotykać, są miękkie, tylko za często się przetłuszczają. No myj te włosy. Nie rób z siebie pryszczatego pierdoły. Idź do kosmetyczki. Ogarnij temat. Mamo, tato, powiedzcie mu coś. Przynosi mi wstyd. Oni są tacy ślepi. Ja jakoś przykuwam ich uwagę każdą drobnostką. Tobie uchodzi na sucho. Tata mi powiedział, że chodzę jak jakaś paniusia i że to śmieszne. Niech się odwali. Pytał mnie, czy już masz jakąś dziewczynę. A czy ja mam chłopaka, to ma w dupie. Tato, zawołaj mnie po imieniu, proszę.

Włóczysz się za mną, jak gdybyś chciał sprawdzić, czy nie zrobię niczego bez twojej wiedzy. Nie wiem, czy chcesz mnie chronić, czy polujesz na odpowiednią okazję, by mnie ostatecznie zniszczyć. Czasami zamieniasz się we mnie i wskakujesz na plecy. Mówisz masz, poczuj, jak to jest. Teraz to ja ciebie się uczepię. Popatrz, jak jesteśmy siebie warci. Mówimy to równocześnie. Śmiejemy się. Chciałabym się w ciebie wtulić. Tęsknię za tobą. Nie znam cię. Oddzielasz nas cały czas jak ziarna od plew. Ja już nie mam siły się zastanawiać, gdzie kończysz się ty, a gdzie zaczynam ja. Dopinguję cię, zrób coś. Cokolwiek. Więc się tniesz i każesz mi patrzeć. To jest ten bunt, o którym mówią w telewizji. Jesteś żałosny. Akurat kocham się w Tomku. Tym, co woła na ciebie ciota. I ma rację, choć byłabym bardziej delikatna. To o nim myślimy, gdy dochodzimy.

Zrywasz moje plakaty ze ściany. Zmywasz mi lakier z paznokci. Zamieniasz różowe adidasy na glany. Chcesz wywołać moją reakcję. Krzyczysz w języku, który tylko ja mogę zrozumieć. Biedny mały chłopczyk. Lulilaj. „Oskarżam cię o to cierpienie”. Bingo, Kayah. Nasz kawałek życia ma słaby beat. Rozmywamy się w okolicach zwrotki, ale refren śpiewamy razem jak na koncercie ulubionej wokalistki. „Testosteroooon”.

Diagnoza z założenia była początkiem końca. To ja byłam u lekarza, ale wyrok usłyszałeś ty i to ciebie dotyczył. Twoje istnienie definitywnie dobiegało końca. Miotałeś się jak zwierzę w klatce, które nie potrafi już żyć poza nią. Dawałam ci jeść, głaskałam. Jak wolontariuszka w hospicjum. Kochany, niech się spełni. Niby przepraszałeś, obiecywałeś. Ja już jednak podjęłam decyzję. Jak to mówią, klamka zapadła, a ty miałeś na niej zawisnąć, bo ona zapadnie pod twoim ciężarem. Jakieś życzenia co do ostatniego posiłku? Nie umiem gotować. Zrobię ci kanapki.

I zmartwychwstałeś trzeciego dnia, jak oznajmiam ja. Zaskoczyłeś mnie, skurwielu. Pokłoniłeś mi się jak zawodnik po przegranej walce. Odnowił mi się tik w prawej powiece. Twoje czary mary. Ciągniesz mnie w stronę czarnej rzeki. Utopiłeś w niej wszystkie moje dzieci. Nie wiem, co by mogło być gdyby. Przez ciebie. Budzisz do życia wiatr, który wprawia mnie w niekontrolowany ruch i czyni suchą. Miotam się w życiu. Tatuujesz na mnie czas, zazdrosny, że odebrałam ci twój. Bolisz mnie. Czym jednak byłabym bez ciebie? Nie znam świata poza tobą. Wszystko inne jest legendą. Tylko ty jesteś prawdziwy. Trwamy w transie. Wołasz mnie po imieniu. Wojaczek w moim sercu. Na wyłączność.

Mama opowiedziała kiedyś, że Cyganka wywróżyła jej za panieństwa bliźnięta. Jestem spełnioną wróżbą. Uśmiecham się. Trochę na siłę.

 

Ilustracja: Aga Gójska – ilustratorka i animatorka. Współautorka komiksu „Tak, super!” i „Prace i robótki”. Prowadziła projekt animacji zmysłowej „Brzuchomówcy”. Współtworzy kolektyw komiksowy Dream Team, prowadzi warsztaty, ilustruje między innymi dla „Świerszczyka” i „Zeszytów komiksowych”.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *