AUTOR

Dorota Kotas

Urodzona w 1994 roku, studiuje socjologię w ISNS na UW. Publikuje wpisy na fb. Nie odnosi zbyt wielu sukcesów. Mieszka w Warszawie z rudym psem. Zbiera rośliny doniczkowe i pieniądze na trampolinę.

2. audio

 

W kamienicy mieszkały kiedyś dwie kobiety, które dzieliły duży pokój w moim mieszkaniu. Działo się to w dalekiej przyszłości, 50 lat stąd. Zenobia i Barbara poznały się przez ogłoszenie w gazecie. Potem zamieszkały w salonie, który był pomieszczeniem przechodnim, dlatego od reszty mieszkania oddzielała go czarna kurtyna zawieszona na żyłce pociągniętej od ściany do ściany. Po jednej stronie kurtyny była kuchnia wypełniona zapachem smażonej cebuli. A po drugiej stronie były syreny, meksykańskie laleczki z papier maché, trumienki z masy solnej, szmaciane motanki, ryby wycięte z płyt CD przymocowane pod sufitem na taśmę klejącą i żyłkę oraz książki dla dzieci o owadach i o roślinach ułożone w niebezpiecznych stosach na rachitycznych półeczkach nad tapczanami w dwóch przeciwległych kątach pokoju. Obie kobiety były już bardzo stare. W sumie miały 160 lat. Nie było tego po nich tak bardzo widać, ponieważ codziennie rano chodziły na tajski boks w Core Fitness z trenerem Ziemowitem, po południu na jogę, a wieczorem na zumbę. Obie miały też szczególny gust. Spędzały dosyć dużo czasu w domu, a jeśli w ogóle wychodziły, to zawsze na zmianę, żeby ich kot – Ziemek, nazwany na cześć trenera tajskiego boksu, którego kochały z całego serca – nie zostawał w domu zbyt długo sam i żeby nie sikał z tęsknoty na stół.

Osoby, o których jest ta historia, podobno kiedyś bardzo się przyjaźniły. Jadły razem śniadania i już samo to pokazuje, że nie były patologiczną zbieraniną przypadkowych współlokatorek z ogłoszenia, tylko szanującą się wspólnotą (rodziną!). Ale tak było na początku, czyli dawno, a później było coraz gorzej. Ich historia zakończyła się dramatycznie. Pragnę opowiedzieć ją ku przestrodze, żeby zobrazować, czym może grozić wspólne życie z osobą, którą się lubi. Oraz żeby pokazać, jakie niebezpieczeństwa potrafi nieść życie, zwłaszcza życie w stresie. A tym samym, oczywiście, żeby zachęcić do wystrzegania się życia – na wszelki wypadek, profilaktycznie, dla własnego dobra. Ponieważ stresu wystrzegać się nie da, a jeśli chodzi o życie, to nawet jeśli jest się na nie wystarczająco młodym, nieszczęście murowane może czekać za ścianą. Dlatego jest to w pewnym sensie opowiadanie kryminalne. Jest ono o tym, że życie zabija, i że kiedyś nas doszczętnie zabije. Nie pomoże na to nawet joga ani klub fitness przy Zamienieckiej, chociaż trudno w to na razie uwierzyć.

Kiedy Zenobia i Barbara zamieszkały w dawnym salonie, cały pokój wypełniły ich zabawki. Obie miały bardzo dużo rzeczy. Wśród nich były głównie nadmuchiwane akcesoria do pływania i plastikowa zastawa piknikowa, ponieważ, jak szybko się okazało, kolekcjonowały te same kategorie rzeczy, więc wszystko, co miały, było w dwóch identycznych egzemplarzach. Kolekcje te były naprawdę bogate, tak że można nawet zaryzykować i powiedzieć, że były na światowym poziomie, a gdyby tylko ich posiadaczki chciały, to mogłyby otworzyć własny oddział muzeum historii naturalnej, filię na Pradze Południe. Ale one były na to zbyt zajęte, i cały czas powtarzały: „Jestem w szale pracy”. To była główna rzecz, którą mówiły, kiedy odbierały telefon i przyjmowały gości albo kiedy czytały w ogrodzie „Wysokie Obcasy”, rysowały w notesach małe zwierzątka podzielone na kategorie według koloru i kiedy robiły w kawiarkach espresso oraz ugniatały do niego na zagryzkę ciasto drożdżowe. Dwie stare kobiety zaludniały pokój-świat. A ten świat był królestwem gumowych piłek, rękawków do pływania, kół ratunkowych w kształcie samochodów i zwierząt oraz materacyków we wszystkich kolorach tęczy, a także minibasenów dla dzieci od pierwszego tygodnia życia. Miały sztućce piknikowe, talerze na przyjęcia tematyczne i kubeczki na imprezy przebierane, na przykład z motywem mitochondrium albo na dzień ziemniaka. W mieszkaniu nie było wystarczająco dużo miejsca, toteż jeden z basenów musiał stanąć w łazience, a nadmuchiwany samolot w skali 1:1 w kuchni, ale na szczęście wypełniony powietrzem tylko do połowy, bo inaczej to, że częściowo wystawał przez okno, nic by nie pomogło. Zenobia z Barbarą lubiły oglądać swoje przedmioty oraz urządzać przyjęcia. Przychodziły do nich różne osoby, które mogły podziwiać nagromadzone zbiory prawie wszystkiego, co stworzono z gumy i plastiku, i co nadawało się do nadmuchiwania albo urządzania przyjęć. A ze względu na wysoką wartość sentymentalną tych rzeczy do pokoju obowiązywał zakaz wstępu ze zwierzętami i zakaz wstępu dla brudu. Egzekwowanie tego regulaminu nastręczało wiele trudności, ale było ważną misją, wokół której toczyło się w tamtym czasie nasze życie rodzinne, i dzięki której to życie miało przynajmniej minisens.

Pewnego dnia Zenobia i Barbara postanowiły rozpocząć nierówną walkę ze stresem. To było jeszcze gorsze od wiatraków, ale Zenobia i Barbara lubiły wyzwania. Źródło stresu nie było im znane. Ustaliły jednak, że nie mają na stres miejsca, i że w pokoju, który razem zajmują, jest już i tak ciasno. Poza tym żadna z nich nie chciała lekceważyć swojego stanu ducha. Były na to zbyt wykształcone i za mocno wygimnastykowane interpersonalnie oraz nadto świadome trendów w psychiatrii i neurologii. Dlatego nawet jeżeli ich uczucia były w fazie prenatalnej, to kobiety miały w zwyczaju podejmować natychmiastowe działania. Tym razem też od razu, kiedy poczuły stres, sprawdziły w internecie, jak się go pozbyć. Przez cały dzień czytały artykuły psychologów, zaczynając od tych, którzy skończyli najwięcej szkół w największej liczbie krajów za granicą. Czytały porady coachów. Później biografie mistrzów zen, joginów i dietetyków. Na koniec wpisy na forach w internecie dla maturzystów, ciężarnych kobiet i mężczyzn oraz wpisy na grupach maratończyków i oficerów. Sumiennie przeanalizowały to wszystko, co znalazły we wskazówkach i dietach cud, a następnie stworzyły plan działania, który zapisały na tablicy kredowej w kuchni. Postanowiły wdrożyć go od zaraz, bo nie było chwili do stracenia. Zakładały, że pozbędą się stresu w ciągu siedmiu dni. To miała być autoterapia w warunkach domowych, niezbyt ekspansywna i bardzo oszczędna.

Kiedy Zenobia kładła się spać tamtego wieczoru, włączyła muzykę i słuchała jej całą noc. Jak napisano na okładce płyty, był to biały szum, czyli odgłosy z brzucha mamy i bicie serca. Kupiła tę płytę w Empiku. Producent nagrania głosił, że jego muzyka stymuluje inteligencję zarodka. „Rewelacja! Rozwija mózg nawet jeśli twoje dziecko jeszcze go nie ma i nigdy nie będzie cię stać na to, żeby mu go kupić! Hit! 2 w 1: kształtuje inteligencję niemowląt i niszczy stres u dorosłych w zarodku!”. Dlatego Zenobia nie mogła się oprzeć obietnicom sukcesu. Uległa im, wydając przy kasie ostatnie pieniądze. Barbara zrobiła wieczorem dokładnie to samo, co jej przyjaciółka. Ona też włączyła muzykę, której słuchała przez całą noc. Dla odmiany wybrała dźwięki wody. Na jej płycie, kupionej w tym samym sklepie, były nagrane kolejno: tropikalne dźwięki Niagary, burza nad Garwolinem i deszcz w Suwałkach. Opis zawierał słowa takie jak: „głęboka relaksacja, 10 h spokoju”, „duchowa wędrówka przez krainę wilgoci” oraz „ekstremalny relaks”. To brzmiało obiecująco, a Barbara była niespełnioną pływaczką, która nigdy nie miała odwagi wyjść na basen i założyć bikini z powodu cellulitu na pośladkach. Dlatego tej nocy obie staruszki leżały we wspólnym pokoju każda na swoim tapczanie i podkręcały stopniowo gałki w małych odtwarzaczach na baterie, żeby lepiej słyszeć. A pogłaśniać musiały cały czas, i trwało to dopóki dźwięk nie przekroczył poziomu dopuszczalnego, a radyjka nie osiągnęły szczytu głośności, ponieważ jedna muzyka przeszkadzała drugiej muzyce i nie było między nimi zgody. Kiedy wyczerpał się limit dźwięku, staruszki mogły już tylko leżeć i nucić. Potem mruczeć. A później śpiewać i krzyczeć. Ale efekt nie był dla nich zbyt zadowalający i żadna z nich nie mogła się w pełni zrelaksować. Wydawało im się, że muzyka nie działa i że coś z nią jest nie tak. Chciały nawet zwrócić płyty do sklepu, ale był już zamknięty, bo minęła 23:00. Niestety zgubiły paragony, a nie miały karty stałego klienta, ponieważ w głębi duszy gardziły korporacjami takimi jak Empik. Dlatego z braku innych możliwości działania zestresowały się jeszcze bardziej niż wcześniej. Nie były już w stanie spać. Kot Ziemek też był zestresowany. Dlatego tamtej nocy zrobił na stole kupę, która składała się ze stresu, poczucia braku miłości i kakofonii. Miała barwę w odcieniach zieleni i była najmniej atrakcyjną kupą, jaką Ziemek wytworzył przez całe dotychczasowe życie. Był jednak tylko kotem, nie można go za to winić. Nie mógł przeczytać w internecie, jak pokonać stres, więc po prostu skokorzystał z dostępnych dla siebie środków walki z emocjami.

Rano spotkałam staruszki w kuchni. Wyglądały na ledwo żywe. Ja na szczęście niczego nie słyszałam, bo miałam w uszach zatyczki, a na głowie przez całą noc leżał mi pies, który skutecznie izolował mnie od wszystkiego, co działo się na świecie. Barbara podniosła głowę znad talerza wegańskiego dania śniadaniowego, to znaczy pomidorów z keczupem, spojrzała na mnie i powiedziała: „Włóż sobie włosy za uszy, bo będą ci wpadały do oczu!”. A wtedy Zenobia spojrzała na mnie znad swojego półmiska z innym wegańskim daniem, to znaczy znad keczupu z pomidorami, jedzonymi jednorazową plastikową łyżką, której używała wielorazowo, bo nie lubiła ciężaru metalowych sztućców, a za to uwielbiała się czuć jak na biwaku na co dzień, i powiedziała: „Tylko nie wkładaj sobie włosów za uszy, bo zaczną ci odstawać!”. Wtedy zauważyłam, jak bardzo jest z nimi źle. Ich konflikt nie był otwarty. Wyrażał się w subtelnych niuansach, bo staruszki nie były w stanie nienawidzić siebie wprost – miały na to zbyt dużo miłości. Byłam szczęśliwa, że nie używają sztućców z metalu. Wiedziałam, że w spornej sytuacji i napiętej, stresowej atmosferze ten drobny szczegół ratował nam wszystkim życie.

Wieczorem wszystko zaczęło się od początku. Zenobia i Barbara były tylko bardziej niewyspane niż poprzednio i miały jeszcze więcej stresu, toteż musiały zacząć spuszczać powietrze ze swoich gumowych zabawek, bo inaczej nie byłoby czym oddychać, i mogłyby zasłabnąć. Postanowiły, że tej nocy zamienią się płytami. Zrobiły to niechętnie, ale były zdesperowane. Koniecznie chciały pozbyć się stresu, który stawał się tak duży, że ledwo żyły. Były pewne, że źle dobrały muzykę, dlatego tej nocy Zenobia słuchała wody, a Barbara brzucha. Jednak wszystko potoczyło się tak, jak poprzednio. Przeszkadzało im, że muzyka się miksuje. „Nie mam na to zgody”, powtarzały. Dlatego całą noc zwiększały głośność, a rano wycieńczone weszły do kuchni na czworaka.

Próbowałam z nimi rozmawiać. To nic nie pomogło, ponieważ nie byłam psychologiem. Pytałam, skąd wiadomo, z czyjego brzucha jest ta muzyka. Być może była nagraniem z ciała zestresowanej matki trucicielki kotów, której przykładano do pępka mikrofon, kiedy odsiadywała w celi wyrok i dorabiała sobie w ten sposób do papierosów, bo i tak nie miała co robić przez 10 h dziennie. Albo czy burza z płyty CD, której słuchały staruszki, była bezpieczna. Być może nagrano cyklon, który zrywał dachy i przewracał budki z zapiekankami oraz porywał chude, zabłąkane koty. Nie udawało mi się jednak przemówić do wyobraźni współlokatorek. Być może dlatego, że nie byłam psychologiem. Nie skończyłam kursu rozmawiania z ludźmi. Nie wiedziałam też, jak pokonać stres ani jak rozwiązywać konflikty, bo w internecie umiem znaleźć niewiele poza sennikiem na Onecie i filmami o małych fokach. Dlatego jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to w milczeniu obserwować dramat, który rozgrywał się na moich oczach.

Siódmego dnia, kiedy zgodnie z planem miało nastąpić wyeliminowanie stresu, Zenobia i Barbara były słabsze niż kiedykolwiek. Całe mieszkanie wyłożyłam materacami do pływania, ponieważ staruszki zasypiały na stojąco gdzie popadnie. Zaczęłam znajdywać je śpiące w szafce pod zlewem albo na progu zamkniętych drzwi wejściowych, przez co nie mogłam ich otworzyć, kiedy wracałam z pracy, i musiałam koczować pod nimi czekając, aż po drugiej stronie jedna z kobiet obudzi się lub przeturla się w półśnie na drugi bok i zwolni blokadę. Pozbyłyśmy się innych przedmiotów dla bezpieczeństwa. Dom wypełniał niemal wyłącznie stres. Te chwile były straszne. Zajadałyśmy stres, chociaż nigdy specjalnie mi nie smakował. Ubierałyśmy się w stresie, chociaż kiedyś miałyśmy wiele pięknych ubrań, a stres wcale nie był moim ulubionym. W wolnym czasie stresowałyśmy się i nie miałyśmy szansy mieć żadnego innego hobby. Musiałyśmy oddać kota, który nie mógł znieść stresującej atmosfery w domu. A stresu nie można się było pozbyć, i nikt nie potrafił znaleźć na niego sposobu. Wydzwaniałam do administracji budynku i na linię informacyjną TVP info. Miałam nadzieję czegoś się dowiedzieć i otrzymać pomocne wskazówki, ale wszyscy byli bezradni, a najbardziej bezradna była psychologia. Kiedy do niej zatelefonowałam, od razu odłożyła słuchawkę. Jej automatyczna sekretarka powtarzała: „To jest czas dla pani”. A ja łamiącym się głosem błagałam o jakąś inną wiadomość. Później dostałam wysoki rachunek.

Ostatniej nocy serce Zenobii wybuchło. Próbowało dostosować się do rytmu z płyty CD, ale nie podołało wyzwaniu. Jak się okazało, narzucone przez biały szum tempo i artykulacja były dla niego zbyt szybkie, a ono miało już swoje lata. Nie dało rady narodzić się od nowa, nawet motywowane przez coacha z certyfikatem jakości, którego sprowadziłam w dobrej wierze. A w tym czasie Barbara zasnęła z wyczerpania i przyśniła jej się woda. Dlatego staruszka utonęła. We śnie miotała się bezradnie na tapczanie i starała się głównie zakryć swój cellulit na pośladkach, a przy okazji złapać chociaż jeden oddech. Rano Barbara obudziła się cała mokra. Było wyjątkowo wcześnie i wszyscy inni jeszcze spali, a szczególnie Zenobia, która umarła. Mnie obudziło kapanie, dlatego wstałam i poszłam do kuchni sprawdzić, co się tam dzieje. Barbara wyglądała, jakby doświadczyła urwania chmury. Przyniosłam jej ręcznik, a ona wytarła się starannie do sucha. Potem zamówiła w sklepie internetowym nowe serce z dostawą do paczkomatu, i już po południu włożyła je Zenobii do ust. Jednak po tych przeżyciach staruszki nie mogły dłużej mieszkać razem. Zdemontowały kurtynę i zbudowały ściankę działową, którą uszczelniły dźwiękochłonnymi wytłaczankami po jajkach z bazaru na placu Szembeka. Niestety nie wygląda to zbyt elegancko. Do podzielonego pokoju zakaz wstępu mają: psy, brud, muzyka, narzędzia elektroniczne, ciecze i roztwory wodne oraz Empik. Zawsze jedna z kobiet urządza awanturę, kiedy ktoś się zapomni i przyniesie do pokoju szklankę wody. A druga z nich krzyczy w niebogłosy „olaboga!!!”, kiedy komuś mocniej zabije serce. Profilaktycznie staramy się nie mieć zbyt wielu uczuć, żeby nie musieć sobie z nimi radzić. Ta metoda działa, i jest świetna. Możemy się obejść bez psychologii, na którą nas nie stać. Ale nasze życie po katastrofie już nigdy nie będzie takie samo.

 

Ilustracja: Beata Sosnowska. 

Beata Sosnowska – graficzka, malarka, rysowniczka komiksów i ilustracji, multimedialna poetka, realizatorka filmowa. Autorka multimedialnego tomiku poezji „W cieniu szumiących wind”, który powstawał w latach 2002 – 2007 w kooperacji z 30 artystami z Trójmiasta. Realizatorka filmów dokumentalnych i eksperymentalnych, performerka. Swoje prace prezentowała m.in. na: Re:Wizjach, festiwalu Korporacja Tańca w Gdańsku, WRO 05, MALTA Festiwal Poznań, w Stoczni Gdańskiej , BWA Zielona Góra, BWA Łomża, CSW Łaźnia, galeria Lokal 30. W latach 2012-2015 członkini kolektywu rysujących dziewczyn Dream Team, wraz z którymi organizowała wystawy i warsztaty. Poza tym prowadzi samodzielne warsztaty komiksowe dla społeczności wykluczonych takich jak więźniarki, osoby transgender, czy starsze kobiety. W swoim dorobku ma liczne publikacje w antologiach, zinach oraz w czasopismach i gazetach  w tym między innymi: Gazeta Wyborcza, Przekrój, Magazyn Pismo, Zeszyty Komiksowe, Fabularie, wydawnictwo Centrala, Timof Comics, Fundacja Ha!art, Trzy Kolory. Ma także na swoim koncie współpracę z organizacjami pozarządowymi i feministycznymi „Stowarzyszenie Arteria”, „Porozumienie Kobiet 8 marca”, „UFA”, „Centrum Zmiany Społecznej”, „Rewolucje kobiet”, „Lambda Warszawa”. Obecnie zajęła się tworzeniem komiksów o tematyce LGBT i społecznej.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *