Drobiazgi

Ucieknij ze mną – opowiadanie z okazji Dnia Matki i Dnia Dziecka

AUTOR

Katarzyna Michalczak

Poetka, redaktorka, doktorka socjologii, masażystka twarzy. Współredaktorka „Drobiazgów”. Jej pierwsza książka z wierszami, „Pamięć przyjęć”, wydana dzięki Nagrodzie Głównej w Konkursie im. Jacka Bierezina 2016, otrzymała 1 miejsce w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Artura Fryza na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2017. Jej zbiór opowiadań „Klub snów” ukaże się w roku 2019 nakładem Wydawnictwa Cyranka. W sprawie drugiej książki z wierszami o wstępnym tytule „Tysiąc saun” jest po słowie z innym wydawnictwem.

Być dzieckiem jest trudno i być matką jest trudno. Opowiadanie, w którym oba motywy pojawiają się a to z zaskoczenia, a to jako osobny wątek, publikujemy z okazji Dnia Matki i Dnia Dziecka jednocześnie.

 

Ucieknij ze mną od rzycia – pisał jej na czacie i był bardzo dumny z siebie, że wymyślił taki gryps: życie-rzyć-rzycie, ha, ha.

Ona też była dumna; imponowało jej, że taki facet, z doświadczeniem, po przejściach, chce się z nią spotykać.

Pewnie, że chciałaby z nim uciec od życia! Gdyby tylko mogła.

Jednak ani nie żyli razem, ani nie uciekali. Głównie gadali na czacie. W zawieszeniu na linii.

Raz udało im się wyjechać wspólnie na wakacje, na tydzień. Przygotowywał się do tego przez czternaście dni. Wygrzebał z dna szafy turystyczne sztućce i menażkę, z piwnicy przyniósł drugi komplet. Kupił namiot; szukał najtańszej dwójki, znalazł używaną na gratka.pl. Pożyczył plecak dla niej od kuzyna, z małą dziurką po pecie, którą można było zakryć, podkładając na dno kawałek ceraty.

Kiedyś był taternikiem, znał się na tym. Był taternikiem, razem z narzeczoną wspinali się na Gerlach i na Klin, zanim został okradziony z całego życia. To ona go okradła, zdradziła go z jego najlepszym przyjacielem, uciekła z nim do Torunia, żeby założyć pizzerię. Przyjaciel i narzeczona rozstali się po pół roku, pizzeria upadła. Z przyjacielem rozmawiał na czacie, rechotał w nocy. We dwóch pisali:

Suka

No suka

Ula leżała w świetle laptopa, nie mogła zasnąć, laptop tuż obok jej głowy, myślała: Co za fajny facet, jak on umie wybaczyć.

I pojechali. Myślała, że to się już nigdy nie wydarzy, że to się już nigdy nie stanie, że na zawsze poprzestaną na fazie drobiazgowych przygotowań, że się tak zestarzeją i w końcu umrą, on kompletując przedmioty potrzebne na wyjazd, ona starając się dotrzymać mu kroku, na przykład wrzucając od czasu do czasu na Facebooka pytanie: Czy ma ktoś śpiwór na T comf. +5 stopni?, albo: Pożyczę lekkie, jak najlżejsze klapki, rozmiar 43. I tak aż do końca, do czasów, kiedy Facebook będzie służył już do czegoś zupełnie innego, do sprzątania albo do rozliczania się z podatków, a ona jako jedyna, jako ostatnia, będzie wrzucać coraz bardziej wnikliwe pytania.

Ale jednak. Udało się.

Wysiedli z pociągu, Szklarska Poręba, można by tu powietrze pakować w baniaki i sprzedawać po stówie. Słońce odbijało się w szybkach drzwi poczekalni. Zdjęli buty i na bosaka chodzili po brudnej podłodze, w środku całkiem pusto, lato szalało, byli wolni, mieli plecaki i mogli pójść, dokąd im się podoba.

Wyciągnęła mapę.

To co, ruszamy na Szrenicę? Tak jak chciałeś, na początek. Żeby dobrze zacząć.

Położył plecak starannie, równo, pod ścianą, i zaczął wyciągać z kieszeni zapalniczkę. Ula stała po drugiej stronie pomieszczenia, pod rzędem okien. Byle tylko padało na nią słońce.

Uważaj, nie siadaj mi na nim! – mruknął.

Przecież nawet się nie zbliżyłam – przełknęła ślinę – do twojego plecaka.

Mam tam ważne rzeczy – powiedział i zaczął skręcać papierosa.

Ale co, ja w swoim nie mam?

Czy ty jesteś jebnięta? Przecież tylko mówię że trzeba ostrożnie z tym co tam jest w środku.

Jebnięta?

No pojebało cię doszczętnie? Nie mogę mieć chwili spokoju? Ledwo wyszliśmy z pociągu to ty już ciśniesz? Jak jakaś pojebana, jakbyś pierdolca nagle dostała? Nie mogę nawet papierosa zapalić na spokojnie?

Przeciągnęła swój plecak na środek pustej poczekalni, szorując slalomem pomiędzy ławkami, i usiadła na nim jak na kanapie. Poczuła, jak zgniata się menażka w płóciennym woreczku i chrupie sześć paczek sucharów beskidzkich, spakowanych na cały wyjazd. Podniosła się i opadła jeszcze raz, ciężej, żeby dokładniej pokruszyć ciastka.

Kucał, wyglądając na ulicę. Chodnikiem przechodziła babcia z wnuczkiem, wnuczek trzymał w rączce zielony balon. Artur splunął pomiędzy uchylone drzwi a framugę dokładnie w momencie, gdy dziecko mijało poczekalnię. Babcia obejrzała się za Arturem i postukała palcem w czoło. Chwyciła za sznurek tuż nad dłonią wnuczka; teraz razem trzymali balon, jakby prowadzili za rękę wspólnego krewnego, któremu niespodziewanie zaczęło kręcić się w głowie.

Artur podniósł się gwałtownie.

Chcesz, to idziemy.

Nie chciała już, ale poszli.

Góry zawsze sprawiały, że czuła się bezpiecznie. Pamiętała, jak ojciec uczył ją: Schodź zawsze w jodełkę, o, tak stawiaj stopy. I nigdy nie trzymaj rąk w kieszeni, Kukuczka zginął przez to w Tatrach. Kiedy poznała Artura, zaimponowało mu, że ona tyle wie. Rozmawiali na czacie o górach; dokąd pojadą, gdy. Gdy Ula się rozstanie, gdy będą mieć pracę, gdy będą mieć urlop, gdy dostaną pieniądze z ubezpieczenia, gdy skończy się zlecenie, gdy Ula się rozstanie, gdy jego matka wyzdrowieje.

Kiedy mijali Wodospad Kamieńczyka, żadne z nich nie zaproponowało, żeby przystanąć. Zastanawiała się, czy pamiętał ich rozmowę na czacie sprzed dwóch lat. Wysłał jej wtedy gifa z tym samym wodospadem i napisał: Chciałbym tam znaleźć się z tobą.

Niebo było zaniesione, a woda hucząca na kamieniach jeszcze bardziej sina niż chmury.

No ale przecież, pomyślała, to, że chciał tu być razem ze mną, może to wystarczy? Czemu mieliby realizować jakieś słodkie schematy, od których chce się rzygać. Przecież był tu z nią, właśnie mijali ten wodospad, co z tego, że się do siebie nie uśmiechali ani nie patrzyli na siebie? Skoro znalazł się tam z nią, to chyba samo dowodzi, że to jest ważne, że ona jest dla niego ważna? Dogoniła go, pasek przy plecaku obijał się o jej gołe udo, równolegle do paska biegła strużka potu. Artur, nie przestając maszerować, zaczął uderzać się po kieszeniach wędkarskich szortów; szukał zapalniczki.

Wolałabym teraz iść z tobą przez Zakręt Śmierci. I mieć okazję zrzucić cię ze skały – powiedziała przez zaciśnięte zęby.

Odruchowo uniósł brwi. Dwa wielkie, okrągłe kamienie, zatrzymał się przy nich. Na mniejszym położył zapalniczkę, na większym usiadł. Wyciągnął tytoń z kieszonki na piersi. Ula stanęła po drugiej stronie ścieżki. Na chwilę rozdzieliła ich para dziewczyn, trzymały się za ręce, śmiały udając, że mówią po francusku.

W milczeniu skręcał papierosa.

Idź się leczyć – powiedział.

Niebo było jednak bardziej niebieskie, niż jej się wcześniej zdawało. Niebieskie jak lód. Poczuła, jak mocno pachną świerki; jak ten zapach wystrzeliwuje wyżej, ponad ich głowy.

Poczuła, że się dusi. Traci tlen! Podniosła pięść i z całej siły uderzyła w pień świerku stojącego tuż przy ścieżce.

Dmuchnął w górę, spojrzał na nią. Zaciągnął się na nowo i powiedział:

Ale jesteś brzydka jak się tak złościsz.

Dwa lata wcześniej wysyłała mu swoje zdjęcia, bo o to prosił. Przy śniadaniu, na kiblu, w metrze, w kolejce do ksera i jak zdejmuje buty po całym dniu.

Siedzę od godziny i wpatruję się w twoje oczy – pisał.

Ona potem przez godzinę wpatrywała się w te słowa.

Nie wrócili do Szklarskiej; nie chciało im się pokonywać drugi raz tej samej trasy. Postanowili iść szlakiem do Harrachova, najbliższej miejscowości w Czechach. Artur pojechał tam z dziadkiem, kiedy był mały. Opowiadał jej po drodze, jak dziadek wiązał mu buty i udawał, że robi to za pomocą złapanej na dróżce dżdżownicy, a on, kilkulatek, dawał się na to nabrać. Rechotał: Ale mnie wkręcił, szkraba, ha, ha! Zastanawiała się, czy pamięta, że już jej to pisał na czacie?

Po południu złapała ich burza. Z zaciśniętymi ustami zbiegli do centrum miasteczka, nie było gdzie się schować, dzwonili do drzwi cukierni, na balkon wyszła kobieta, wiatr szarpał jej włosy, okrywała się kocem. Przymknęła drzwi balkonu, przez szparę wyglądało dziecko. Pozwoliła im rozbić namiot w kawiarnianym ogródku.

Postavit stan? – dopytywała Ula, przenosząc wzrok z kobiety na tłumacza Google w komórce. Czy na pewno dobrze się rozumieją? Czy tamta wie, o co oni proszą? Kobieta kiwała głową:

Ano, ano!

Różowy namiot przed witrynką z łakociami. Poranni Czesi, mijając cukiernię w drodze do pracy, nie okazywali zdziwienia. Ula podglądała ich przez poliestrowe okienko. Artur leżał wciśnięty ze swoim śpiworem w kąt namiotu i próbował jedną ręką wydobyć spomiędzy fałd zapalniczkę.

Ale fajnie światło przebija przez ścianki – powiedziała i przysunęła się do niego.

A myślisz że czemu kupiłem tego koloru.

Jej ulubionym kolorem był różowy, ale kiedy jechali na wakacje, tata nie pozwalał zabierać do samochodu ani różowego jaśka, ani różowego kocyka w misie.

A idź mi z tym – zaciskał zęby i rzucał kocyk na beton przed garażami. – Podnieś. – Zza garaży wyłaniał się sąsiad, okrągły pan Wiesiek z drugiego piętra. – Nie potrzeba, na pewno nie będzie ci zimno – dodawał tata wesołym głosem.

Jechali kilka godzin, tata nie odzywał się do niej ani słowem, siedziała z zamkniętymi oczami, wdychając radziecki zapach tylnych siedzeń Łady, od którego robiło jej się niedobrze. Tata zabierał ją w góry, w dobre powietrze, to konieczne; połowę roku szkolnego spędziła w łóżku kaszląc.

Mama zostawała w domu i uczyła się do specjalizacji albo rodziła jej siostrę, od rana do nocy karmiła ją piersią; najnowsze badania mówiły, że dzięki temu dziecko nie choruje.

Raz, tuż pod Krynicą, na jednym z zakrętów, okno z tyłu otwarte, pachniały pola, dobre powietrze było już blisko, wyrzygała żółtą jajecznicę na czarne siedzenie Łady.

Tata chrząknął i zawrócił. Na małej stacji benzynowej wyszedł z samochodu i szarpnął ją za rękę.

Wysiadaj – powiedział przez zęby zaciśnięte tak mocno, że aż zgrzytnęły.

Mył siedzenie bardzo długo, przynosił w wiadrach wodę i Kokosal, polewał nimi na zmianę szorstki materiał.

Wsiadaj – powiedział i szarpnął ją za włosy. Obejrzał się; nikt za nim nie stał.

Do Krynicy dojechała na mokrym siedzeniu, nie płakała, bo do płaczu trzeba mieć odwagę.

Inaczej było, kiedy jechali na wakacje we czworo. Bała się go nadal, ale już nie tak bardzo. Uśmiechał się do mamy i patrzył na nią, jak siedzi obok niego, taka ładna, klepał mamę po nodze, a mama pytała, czy Uli wygodnie tam z tyłu.

Chciało jej się rzygać, ale mniej.

Nie było jej wygodnie, siostra całą drogę śpiewała, machając rękami. Ula wciskała się w kąt przy drzwiach, opierała czoło na szybie, zamykała oczy i czuła, jak podskakuje jej głowa. Zdarzało jej się zasnąć, śniły jej się zielone lisy, które przebiegały pod kołami bez szwanku, i gnały dalej, w pola, zlewały się ze zbożem.

Jechali do Czorsztyna; ciocia Danusia, która mieszkała w ich bloku, i pracowała w tym samym szpitalu, co rodzice, miała dom w górach. Wjeżdżali Ładą po wzniesieniu, dookoła las, droga w ostatnim momencie skręcała gwałtownie w prawo. Tata pomagał mamie wynieść bagaże na ganek, zostawał na kawę w szklance, sypaną z niedokręconego słoiczka, który stał tam całą zimę. I z powrotem: do samochodu, wracać do domu, tego wieczora miał dyżur.

Kiedy Łada znikała za zakrętem, do Uli nagle docierało, ile powietrza można zmieścić w płuca. Śmiała się i wybiegała na podwórko. Ubita ziemia, tyle, żeby można było się obrócić, a zaraz dalej las.

I maliny. Labirynt malinowych krzaków przerastał ją o głowę. Codziennie wstawała pierwsza i na bosaka szła sprawdzić, czy są nowe owoce – zawsze były nowe. Jak one tak zdążały dojrzeć przez noc? Spędzała w chruśniaku całe godziny, opowiadając sobie historie. Jeśli historie były o miłości i o tym, kto się z kim całował, szła na drugi koniec malin, tam, gdzie zrastały się z lasem, i wsadzała sobie rękę w majtki. Nie znała nazw ptaków, ale znała ptaki. Pszczoły były jej przyjaciółmi.

Lekarki, żony lekarzy. We dwie na wakacjach z dziećmi, mężowie w pracy. Ciocia Danusia swojej córce imię dała po królowej. Nie wolno było wołać na nią „Kasia”. Ciocia robiła jej koronę z papieru, Katarzynka chodziła w niej cały dzień po podwórku, a wieczorem ostrożnie zdejmowała z głowy, żeby nie zniszczyć warkoczy, i kładła sobie pod łóżkiem. Ciocia Danusia gotowała budyń śmietankowy. Rafał, jej starszy syn, nie dostawał nawet łyżeczki. Ani Ula, ani malutka siostrzyczka Uli, która dopiero uczyła się chodzić. Katarzyna wynosiła budyń na ganek, stawiała szklankę na szerokiej poręczy z drewna, od słońca jego kolor wydawał się bardziej żółty niż biały. Biegała z budyniem w ustach, żuła go jak gumę i wypluwała na trawę. Mamie Uli zbierało się na wymioty, ciocia Danusia się śmiała:

Ale jesteś pomysłowa, Katarzynko!

We dwie na wakacjach z dziećmi, musiały się dotrzeć. Wieczorami na ganku paliły papierosy, strzelały petami w czarne, upstrzone niebo, i przypominały sobie, jak to było na studiach, przecież to tak niedawno – jeszcze nie wiedziały, że to już zawsze będzie „tak niedawno”, chociaż coraz dalej. Mężowie w pracy, zostali w domu. Brali jak najwięcej dyżurów, żeby opłacił im się brak urlopu. Każda para marzyła o własnym domu. Byli przecież w końcu lekarzami, jakie warunki mieli lekarze w Stanach!

Kiedy miała trzy lata, całą rodziną uciekli z Polski do Stanów. Nie było jeszcze jej siostry. Mama pokazywała potem Uli swój pamiętnik: „Nie wierzę że to się dzieje! Nie wierzę, dostaliśmy wizę! To jakiś cud!”. Spakowali dwie walizki, każda wielkości stołu: niebieską i brązową. W Detroit czekali na nich wujek i ciocia, lekarze.

Płynęli Batorym; spotkali Wandę Łuczycką, babcia tak się cieszyła, czytając to w liście – kochała „Matysiaków”! Łuczycka zachwycała się Ulą: „Jaki śliczny chłopczyk! A no tak, dziewczynka, od razu wiedziałam, tylko te spodenki mnie zmyliły, skąd ma pani takie ładne spodenki, to z Ameryki chyba właśnie, prawda?”.

Któregoś wieczoru rodzice wyszli na dansing na statku, wysłali kelnera, żeby sprawdził, jak tam dziecko w wysokim łóżeczku, kelner przyniósł Uli sałatkę, wyrzygała mu ją na spodnie.

W Detroit mama prowadziła dom cioci i wujkowi: posprzątaj – ugotuj – niesłone; na drugi raz dosól – umyj podłogę – pod moim łóżkiem są jeszcze jakieś koty. Ciocia i wujek mieli córki bliźniaczki; jedna z nich miała studio u rodziców w piwnicy i codziennie przed wyjściem do pracy prosiła mamę Uli o uprasowanie garsonki. Druga mieszkała kilka domów dalej. Przed rokującą randką zostawiała u rodziców czterolatka Richarda. W dwupokojowym mieszkaniu pokój dziecięcy zamykała na klucz i gdy mężczyzna, z którym się umówiła, przychodził, mówiła:

My flatmate is out of town this weekend! We are just on our own, baby.

Ula nie bawiła się z Richardem, bo śmiał się z niej, że nie mówi po angielsku.

Tata Uli pracował nocami w warsztacie samochodowym. Za dnia miał uczyć się do egzaminu lekarskiego, który obowiązywał wszystkich imigrantów. Bez niego w zawodzie ani rusz. Ale po powrocie spod podwozi Chevroletów i Fordów padał na łóżko i spał do wieczora. Mama wychodziła z Ulą na spacer, prowadziła wózek skrajem drogi, samochody zatrzymywały się:

Do you need help?

Śpiewała Uli do snu:

Bo najpiękniejsze

Są polskie kwiaty

Stokrotki, fiołki

Kaczeńce i maki

Ula bardzo płakała. Mówiła:

Mamo, nie śpiewaj już!

Ale mama śpiewała dalej:

Śpiewa ci obcy wiatr

Tułaczy głos cię gna

Hen gdzieś po świecie

Zabierz ze sobą w świat

Zabierz z rodzinnych stron

Mały bukiecik

Po dwóch miesiącach rodzice postanowili wrócić do Polski.

Sąsiedzi cioci i wujka, bardzo grubi państwo Mill, mieli dorosłego syna, jeszcze grubszego od nich. Podczas kolacji pożegnalnej wyciągnęli plik banknotów i zaproponowali, żeby zostawić im Ulę. Odmowa ich oburzyła:

We offered them money! The kid would have a future here with us!

Niebieska walizka ledwo się dopinała, ale w brązowej zostało trochę miejsca.

Zobacz, mam tu tyle sukienek, już od dawna ich nie noszę, weź je – powiedziała ciocia do mamy. Mama pokręciła głową i zasunęła walizkę. Potem już zawsze tego żałowała.

Wujek i ciocia kupili im bilety, tym razem na samolot: żeby zdążyli na święta w Polsce. Siedzenia w samolocie były czerwone, miłe w dotyku. Uli nie chciało się rzygać.

Uwielbiała biegać po polach i zrywać rumianki. Jej największym marzeniem było uciec z domu. Wiedziała, że czekają na nią przygody.

W dni wolne od przedszkola już kilka razy pakowała tobołek, czyli kawałki chleba zawinięte w ścierkę i zawieszone na sznurku, jak w bajkach. Nie domykała drzwi wyjściowych i na palcach zbiegała ze schodów, ale kiedy wychodziła z klatki, mama już stała w oknie.

Wracaj Ula, co ty wyprawiasz!

W Czorsztynie wolno im było bawić się tylko w lasku, który okalał podwórko. Nie mogli wychodzić dalej, na pola, wyżej, w stronę szczytu góry. Czasami zza pni obserwowali górali, którzy trafiali tam przelotnie: pokrzykiwali na konie albo klęli na co chwila gasnący ciągnik. Potem na polach zalegała cisza.

Między nią a Rafałem była zażyłość wynikająca z okoliczności: z tego, że znaleźli się oboje na tych samych wakacjach. Na podwórku pod blokiem nigdy nie zwracała na niego uwagi. Starała się na niego nie patrzeć, bo wydawało jej się, że tak jak jego tata ma na czubku głowy łysy placek.

Rafał też za nią nie przepadał: nawet nie podnosił wzroku, gdy samotnie zakopywała sekret w ogródku pod jego klatką, a on niósł za mamą siatki z cielęciną po obłupanych chodnikowych płytkach.

Ula była inna od Rafała. Odważna, z pomysłami. Na wakacjach, gdzie byle patyk był koniem, za pomocą myśli tworzyła ważki, a pszczoły przynosiły wiadomości z innego królestwa, mogła wreszcie pokazać, kim naprawdę jest. Pokazałaby to każdemu, kto by tam był. Ale był tylko Rafał.

Rafał był bardzo dobrym giermkiem. Dzięki niemu mogła podbijać coraz nowe lądy. Świetnie jej służył.

W niedzielę mama powiedziała Uli, że nie pójdą do kościoła, bo to za daleko. Uff. Mama Rafała też się nie wybierała:

Ja to nie jestem zbyt wierząca – powiedziała i uśmiechnęła się.

Tego dnia tata miał przyjechać do nich w odwiedziny. Mieli razem z tatą Rafała zabrać się z domu jednym samochodem. Po śniadaniu Ula i Rafał poszli na sam skraj lasku, pobawić się w średniowiecze. Ganek domku prześwitywał pomiędzy drzewami.

Przyjechali wczesnym popołudniem. Usłyszała terkotanie Łady, zobaczyła ciężki kształt na środku podwórka. Przypomniał jej się zapach, rozejrzała się wśród korzeni: gdzie najdogodniej będzie się wyrzygać? Słyszała cienki jak piszczałka głos taty Rafała i niski, groźny głos swojego taty. Słyszała, że mama się śmieje, i nie rozumiała, jak może się śmiać w takiej chwili. Przecież zaszło słońce. Widziała poprzez gałęzie, jak wynoszą stół z kuchni na podwórko: będzie niedzielny obiad. Wyobrażała sobie, że tata chrząka, mówi do mamy Arka:

To ja już pojadę – wsiada w Ładę, odpala, i tyle go widzieli.

Ucieknijmy z domu – powiedziała do Rafała.

Kąciki ust powędrowały mu w dół.

Nie bój się, obiecuję, że nic nam się nie stanie – powiedziała. – Wszystko zaplanujemy tak jak należy. To będzie wielka przygoda, Rafał, masz już siedem lat, nie chciałbyś przeżyć prawdziwej przygody?

Rafał milczał i grzebał nogą w ziemi.

No chodź, ja ci wszystko pokażę – sięgnęła po patyk i na ziemi pomiędzy korzeniami świerku narysowała nim mapę: górę przed nimi, jej szczyt, i cienką linię drogi, po której mieli się wspiąć. – Wszystko ci wytłumaczę. Idź teraz do kuchni i weź trochę jedzenia, zawiń je w ścierkę. Taka w poziomki, wisi na rączce kuchenki. Tylko cichutko, niech nikt cię nie widzi.

Ale jakie jedzenie?

To co znajdziesz, trochę chleba, sera. Tak żebyśmy mieli prowiant, prowiant jest bardzo ważny kiedy ucieka się z domu. Ja tu na ciebie poczekam i przygotuję plan działań.

To jeszcze nie mamy planu działań?

Mamy, ale muszę go przygotować. No, leć, tylko jak cię zobaczą, to nic nie mów, powiedz, że zrobiłeś się głodny. A jak cię zapytają, co robimy, to powiedz, że bawimy się w dom. A jak cię zapytają, czemu Ula nie przychodzi przywitać się z tatą, to powiedz, że zaraz przyjdzie. No, leć!

Umówili się, że tobołek będą nieść na zmianę; najpierw Rafał. Kiedy weszli na drogę, rozdzwoniły się skowronki. Wolność! Słońce świeciło z całej siły, Ula była słońcem i była powietrzem. Jak to możliwe, że nie lata? Przecież na pewno umie latać, wystarczy tylko spróbować!

Rafał nic nie mówił. Szedł kilka kroków za nią i co chwila oglądał się za siebie.

Nie wiesz, że telepatycznie ściągniesz na nas ich spojrzenia, jeśli będziesz się tak co chwila oglądać? – skrzywiła się. Chciała iść coraz szybciej: im wyżej, im bardziej byli zlani potem, tym szybciej. Dotrzeć na górę, skryć się za wierzchołkiem.

Rafał kiwnął głową w kierunku łagodniejszego zbocza.

O, tam ktoś idzie.

Grupka dorosłych wspinała się ścieżką po lewej, łagodniejszą stroną zbocza. Też ich zauważyli, machali do nich wesoło.

Widzisz, górale są przyjaźni. My też im pomachajmy. A teraz chodźmy dalej. Kiedy się ucieka z domu, wszystko ci sprzyja. O, co to?

Na skraju pola, w odległości kilku kroków od drogi, stała malutka budowla przykryta daszkiem. Czy to domek krasnoludków? Albo chatka czarownicy? Albo specjalne miejsce dla uciekających z domu, żeby mogli się tu przespać, gdy się zmęczą? Może dobra wróżka postawiła tu dla nich ten domek, bo o nich dba?

Przeskoczyła rów i zaczęła iść polem na przełaj, w kierunku domku. Rafał powiedział:

Nie, Ula, nie!

Ty nie bój się tak wszystkiego, Rafał! Trzeba być dzielnym! – odpowiedziała. Grupka dorosłych przystanęła i dalej wesoło im machała, coś tam sobie pokrzykując. Ula podeszła blisko do budowli z daszkiem. O, ten daszek da się podnieść. Jak fajnie, przygoda, zaraz odkryje coś wspaniałego!

Jedna z osób odłączyła się od reszty i zaczęła biec przez pole w ich kierunku.

Ula, nie! Wpadniesz do studni! Zabraniam absolutnie!

Zabrania?

Zabrania absolutnie.

Koniec.

To koniec.

Koniec przygody.

To mama.

Ulka, natychmiast wracaj do domu! – krzyczała mama wymachując pięścią w szczerym polu. Rafał wybuchnął płaczem. Ula odwróciła się i zaczęła zbiegać polem w dół, Rafał, rycząc, za nią. Mama i rodzice Rafała też wracali; Ula kątem oka widziała, że ona i Rafał zrównują się z nimi, a potem zaraz ich wyprzedzają.

Mama dogoniła ją na skraju lasku. Złapała za ramię. Rafał przystanął, ucichł, zakrył oczy, wybuchnął jeszcze głośniejszym płaczem i pobiegł do domu.

Coś ty wymyśliła?! Czy ty wiesz, jak tata się zdenerwował? Czy ty Boga w sercu nie masz? Gdzie idziesz? Nie idź tam! – Mama przełknęła ślinę. – Tata jest naprawdę wściekły. Muszę dać ci lanie.

Ręka mamy stała się nagle twarda. Jak konary, które raniły Uli kolana, kiedy stała pochylona, z wypiętym tyłkiem. Jak ręka taty.

Kiedy wróciła na ganek, w domu wisiała cisza. Nie zjedli razem obiadu. Rafał z rodzicami i Katarzynką poszli do kościoła, tata Rafała ich namówił. Chleb i ser leżały luzem na blacie kredensu, na nie rzucona ścierka w poziomki.

Wrócili do punktu wyjścia, zawsze wracali do punktu wyjścia. Świeciło słońce, byli znowu w Szklarskiej. Weszli na nowo na Szrenicę i z niej zeszli. Plany mieli inne, drugiego dnia zamierzali byli skoczyć na Śnieżne Kotły, ominąć miasto, biwakować na polanach, a po południu jeszcze może zdążyć wokół Szklarskiej, przecież dzień długi. Artur opowiadał jak, zanim wziął się za Tatry, osiemnaście lat wcześniej zaczynał w Karkonoszach. Jego narzeczona była wtedy w ciąży, nie wiedziała o tym; żadne z nich nie chciało dziecka, poroniła w drodze na Wysoki Kamień, mimo to chciała pójść dalej, i poszła, i weszli na szczyt, a następnego roku razem na Łomnicę po raz pierwszy, i kolejnego roku po raz drugi, i potem już tylko Tatry, nic nie mogło jej zatrzymać.

Nie wytrzymywał słońca, grzało od rana, powiedział, że nie da rady, że nie ma zamiaru się usmażyć, chce wracać do Szklarskiej, musi sobie odpocząć, zapalić, zastanowić się nad swoim życiem. Nienawidziła jego niechęci do ciepła, do powietrza. Nienawidziła jego ciemności i szła za nią.

Gdzie będziemy spać? Tu są same hostele – spytała, wkładając dłoń pod ramiączko plecaka, rozgrzana skóra, gruby materiał zaczynał ją obcierać.

Nie stać mnie na hotel.

Hostele, mówię, nie hotele.

Jeden chuj.

Słuchaj, a jakbyśmy znowu rozłożyli namiot przy jakiejś cukierni? To by było śmiesznie. Jak myślisz?

Daj spokój.

Czy mógłbyś ze mną normalnie porozmawiać? Pytam cię, co sądzisz o takim pomyśle – przystanęła, oparła się o słup ze znakiem „Stop”. Ulica Cicha, przeczytała na tabliczce domu obok. Traciła oddech.

Ale o co ci chodzi? O co tobie znowu chodzi? Mówię ci przecież wyraźnie – Artur przystanął, otworzył szeroko usta i wyskandował – nie-mam-ka-sy-na-ho-tel.

Minęła ich kobieta w garsonce z teczką. Obcasy stukały o płytki chodnika. Artur zmierzył wzrokiem jej nogi i tyłek.

Włosy byś se podcięła – powiedział do Uli. I głośniej dodał, robiąc crescendo – rozumiesz? Rozumiesz, zaniedbana babo?! Nie-mam-ka-bo-ny-na-ho-tel!

W tym momencie tlen się skończył.

Odwróciła się i zaciągnęła mocniej szelki plecaka, wrzynały się w gołe, otarte ramiona, niech boli. Barki jej się uniosły, pięści zacisnęły. Ruszyła pod górę w stronę dworca.

Najpierw bardzo szybko, z wzrokiem przed siebie, nie patrząc pod nogi, w ostatniej chwili przeskakując nad pojedynczymi kamieniami na dziurawym chodniku. Potem wolniej, bo czuła, że robi się coraz cięższa. Przytrzymała się drewnianej poręczy. Przecież już było fajnie – pomyślała nagle. Obejrzała się; nie szedł za nią. Przed wejściem na dworzec obejrzała się jeszcze raz.

Najbliższy pociąg do Warszawy odjeżdżał za 53 minuty.

Usiadła na plecaku, suchary już doszczętnie pokruszone, na pewno nie chciałby tego jeść.

Czyli wraca. Sama. Koniec wolności. Sama w sklepie, kupuje ziemniaki i kalafior. Sama parzy kawę, szyba w kuchni paruje. Sama w łóżku, czyta książkę, bo inaczej nie może zasnąć. Sama umiera we śnie, nawet o tym nie wie.

Zerwała się z plecaka i zbiegła w dół, kamienie na wyścigi staczały się w stronę ulicy Cichej. I dalej, do kawiarni Widok, wiedziała, że poszedł tam na kawę.

Gdzie twój plecak? – zapytał.

Zaraz po niego pójdę. Chciałam tylko jak najszybciej cię zobaczyć. I przeprosić. Przepraszam. Zachowuję się jak dziecko. Przepraszam – wyciągnęła rękę, chciała dotknąć jego ramienia, ale zatrzymał ją w połowie drogi. Wstał od stolika.

Pojebało cię? Chcę teraz zapalić. Rozłóżmy ten namiot, skoro chcesz. Tylko ciekawe gdzie. Leć po ten plecak, bo zaraz go nie będzie.

Jak wracamy? Jedziesz do mnie? – spytała, gdy pociąg dojeżdżał do Warszawy. W niedzielę pójdzie na bazar, odkupi mu menażkę. Suchary, beskidzkie okruchy, zjadła ostatniej nocy, sama przed namiotem, owinięta w śpiwór. Czekała, aż zaśnie.

A będzie Jasiek?

No tak, jutro rano odbieram go z obozu. Przecież mówiłam ci, że wraca.

A, to nie. Pojadę do siebie – powiedział i sięgnął po tytoń do kieszeni spodni.

W nocy napisał na czacie:

Ale to wszystko pojebane. Chciałbym się skulić i schować, uciec od tego rzycia.

O 10.22 odebrała Jaśka na peronie. Dzieci wesołe i dzieci smutne. Dzieci roześmiane i dzieci poirytowane, dzieci grzebiące w plecakach i dzieci wpatrzone w komórkę. Jest, Jasiek. Stoi tam, czyta komiks. Znowu. Znowu udręka opieki nad kimś małym, dzień w dzień. Było bardzo chłodno, jak na lipiec. Ciekawe, co robi Artur, pomyślała, pewnie zastanawia się nad swoim życiem, było tak fajnie na naszym wyjeździe, wolność!

I co, fajnie było na obozie? – spytała Jaśka przez zaciśnięte zęby. Przystanęli przy kamiennej ławce, żeby wyjąć z plecaka picie. Dygotała. Chyba przed wyjściem za szybko wypiła kawę, duszkiem.

Nie – powiedział Jasiek i wyciągnął rękę, żeby zgnieść maszerującą po oparciu mrówkę.

Przestań! Ona też chce żyć! – zasunęła plecak, wcisnęła mu w dłoń soczek i pociągnęła go za rękę w stronę ruchomych schodów. – Czemu nie było fajnie? Przecież to przygoda! – popychając go lekko przed sobą starała się, żeby jej głos brzmiał przyjaźnie. Jasiek położył rękę na poręczy, poręcz sunęła, nie wiadomo kto tego dotykał, przecież to tyle bakterii, zaraz wsadzi paluchy do buzi.

Nie lubię przygód. Wolę być z tobą.

We dwie na wakacjach z dziećmi, musiały się dotrzeć. Wieczorami na ganku paliły papierosy, strzelały petami w czarne, upstrzone niebo, i przypominały sobie, jak to było na studiach, przecież to tak niedawno – jeszcze nie wiedziały, że to już zawsze będzie „tak niedawno”, chociaż coraz dalej. Mężowie w pracy, zostali w domu. Brali jak najwięcej dyżurów, żeby opłacił im się brak urlopu. Każda para marzyła o własnym domu. Byli przecież w końcu lekarzami, jakie warunki mieli lekarze w Stanach! Każda para dorobiła się domu, ale tylko jedna z par to przetrwała.

Przechadzali się za rękę po Galerii Krakowskiej, każdej soboty wsiadali w swoje BMW i jechali czterdzieści kilometrów, żeby coś sobie kupić.

No cześć córeczko, wracamy właśnie z Galerii Krakowskiej – powiedziała mama, w tle huczało auto; włączyli głośnomówiący. – Kupiłam sobie taką sukienkę w kwiaty, strasznie podobna do jednej z tych sukienek, co nie chciałam wziąć od cioci ze Stanów. Wiesz, chyba mignęła mi Katarzynka! Minęłyśmy się u fryzjera. Ale nie powiedziała dzień dobry. Zdaje się że mnie nie poznała. Pamiętasz ją? Ciocię Danusię pamiętasz?

Pamiętasz? – spytał tata. – Pamiętasz Czorsztyn, Ula?

Co? – słyszała tatę niewyraźnie, trochę z daleka; zestaw był ustawiony pod siedzenie kierowcy, a od roku to mama zawsze prowadziła.

– No pamiętasz Czorsztyn? – chrząknął głośno. – Ale tam było fajnie.

 

Ilustracja: June Michalczasso – Absolwentka Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i tegoroczna absolwentka Katedry Mody na warszawskiej ASP. Projektuje ubrania, ale najbardziej uwielbia projektować tkaniny. Maluje dziwne obrazy, których nie lubi, i bazgrze rysunki, które kocha.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *