Drobiazgi

Bezradność – prolog?

AUTOR

Dorota Kotas

Urodzona w 1994 roku, studiuje socjologię w ISNS na UW. Publikuje wpisy na fb. Nie odnosi zbyt wielu sukcesów. Mieszka w Warszawie z rudym psem. Zbiera rośliny doniczkowe i pieniądze na trampolinę.

Prezentujemy pierwszą część cyklu tekstów Doroty Kotas, które ilustrowane będą regularnie przez Beatę Sosnowską. Autorka tak pisze o zaplanowanej całości: 

To jest fragment książki, którą już prawie napisałam. I to jest historia o kamienicy na Pradze Południe, o bazarze, duchach sąsiadów, roślinach, rzeczach, ciałach i pieskach. Jeśli żadne wydawnictwo nie będzie chciało jej wydać, to wtedy urządzę wielkie przyjęcie w ogrodzie, na którym będę czytać moją książkę na głos przez trzy dni i płakać. Zaproszę dużo znajomych, którzy będą mnie na zmianę pocieszać, a do jedzenia będzie tort bezowy.

 

prolog?

 

Wczoraj znalazłam w szafie latarnię morską. To stało się przy okazji. Chciałam wynieść ją z domu, ale była bardzo ciężka i mało poręczna. Kartonowe opakowanie kruszyło się w rękach. Było naprawdę trudno, dlatego stoczyłam latarnię morską po schodach. Ale wtedy ona pękła, i pokruszyła się jej głowica. To wydarzyło się na wysokości ostatniego półpiętra. Na szczęście nikt niczego nie widział, bo na tym poziomie mieszkają tylko zmarli, a ja szybko zmiotłam szkło butem pod ich wycieraczki i udeptałam, żeby nie było śladów. Później wytoczyłam latarnię morską przed kamienicę, i zostawiłam ją pod drzwiami z kartką, że jeśli ktoś ma ochotę, może ją zabrać do domu. Ale nikt taki nie znalazł się do tej pory.

Mój dom, czyli po prostu ten, w którym mieszkam, ma dużo skrytek, i są w nich wspaniałe przedmioty. Można znaleźć większość rzeczy, których się potrzebuje do życia, i wszystko to, czego się nie potrzebuje w ogóle, i co do niczego się nie nadaje. Najważniejsze skarbnice to: cztery piwnice, strych oraz nieczynne poddasze z porzuconą pracownią krawiecką wraz z kompleksem zoologicznym, czyli cmentarzyskiem gołębi, których martwe ciała leżą na podłodze, a ich kości chrupią, kiedy otwiera się drzwi. Ten dom to kamienica, w której większość lokali na klatce nie wydaje żadnego dźwięku, bo prawie wszyscy mieszkańcy po kolei, podobno niespodziewanie, umarli na raka. W oknach od ogrodu nocą widać na przestrzał jasną ulicę. Czasami wpada też więcej światła, na przykład kiedy obok bramy parkuje samochód albo na zapleczu w centrum fitness, w molochu po drugiej stronie drogi, zapalają się neony promujące bycie fit i slim. Wtedy do mieszkań na dole wpada ruch, którego nie ma naprawdę, ale który zostawia fałszywe obietnice. A ja, kiedy zbiegam po schodach z pierwszego piętra, przekręcam dla sportu sparaliżowane gałki wszystkich drzwi po drodze. W ten sposób razem stwarzamy życie. My, którzy żyjemy. Dzięki nam rosną kwiaty i drzewa. Od kilku lat nie usycha fikus na parapecie w pokoju, do którego nie ma klucza, bo uwięzione w praskich pustostanach rośliny czekają na ludzi i wiedzą, że to ma sens. Zmarli to moi ulubieni sąsiedzi. Pod drzwiami ich mieszkań, do których nikt już nie wchodzi – bo nie ma po co, i nie ma nawet kluczy, żeby tam wejść – są nowe, wspaniałe wycieraczki. Ich jakość jest nieoceniona. Nie zużywają się miesiącami, i przynajmniej dwa razy dłużej wyglądają jak nowe w porównaniu z tymi, które kupuje się na bazarze. Z tego powodu czasami robię interesy i wymiany, kiedy moja wycieraczka się zniszczy. I nikt nie ma nic przeciwko temu, bo dla zmarłych sprawiedliwość w dużej mierze jest bez znaczenia, a ja nigdy o tym nie zapominam. Często przychodzą też do nich listy, które otwieram i czytam, żeby się nie zmarnowały. Odkąd zepsuła się skrzynka, listy przeważnie czekają bezużytecznie pod drzwiami. Zaczęłam je zbierać, kiedy zrobiło się ich naprawdę dużo. A od tamtej pory, czasami, kiedy ma się dużo szczęścia (lub nie), idąc po schodach można zobaczyć, jak koperty z ZUS-u, foldery reklamowe i kartki pocztowe z Kanady są wciągane do pustych mieszkań przez lukę przy posadzce. Tak jakby ktoś, kogo nie ma, pochylał się nad szczeliną po drugiej stronie, i wsysał listy ustami, a później połykał i przechowywał w nieczynnym żołądku.

Latarnia morska chyba należała do jednej z nich, czyli jednej z martwych. Była w szafie Haliny Mączyńskiej, obok starodawnej protezy nogi z tworzywa sztucznego i planów architektonicznych związanych z rozbudową szklarni w 1966 roku. Żeby się do nich dostać, trzeba było odsunąć arabski telewizor przykręcony na stałe do szafki, zestaw bezpańskich portretów ślubnych, minimagiel i minigrill. Te czynności zajęły mi dłuższą chwilę, ale przyniosły wiele satysfakcji. A kiedy stałam już z latarnią morską na schodach, poznałam pana Krzysztofa. O tej porze był już trochę pijany, bo zbliżało się południe, a w naszych rejonach, czyli na wschodzie Warszawy, właśnie tak przyjęło się żyć. Pan Krzysztof zapytał, dlaczego wyrzucam takie piękne rzeczy, i czy nie jest mi ich żal. Bo obok nas stał też karton wieszaków oblepionych ptasim gównem, leżały jesionki z okolic przełomu pierwszej i drugiej ery, dwumetrowa plastikowa choinka i kilka butów nie do pary, ale za to nowych. Zainteresował się też, czy jestem Polką, czy mam męża, i czy jestem po rozwodzie oraz dlaczego nie, i czy chcę zjeść z nim zupę. A to była zupa instant, ze sklepu Asia Deli, nazwanego pewnie na cześć jakiejś Joanny, który jest blisko mojej kamienicy, i wygląda tak, jakby ciągle był w nim remanent. W tym sklepie jest tylko kilka półek, a na nich są wyłącznie zupki chińskie, różne rodzaje, o smaku glutaminianu sodu i aromacie identycznym z naturalnym. Poza tym nic więcej nie można kupić, ale na środku niewielkiego sklepu i tak stoi duży wózek na zakupy, jedna sztuka wspólna dla wszystkich klientów, których ani tam nie ma, ani nigdy nie było. Nastrój jest trochę apokaliptyczny, czyli dopasowany do oferowanego produktu. I z uwagi na te okoliczności scena z latarnią morską, panem Krzysztofem i jego zupą trochę mnie wzruszyła. Nie chciałam się przyznać, że zupa z proszku to moje ulubione danie, ani że to była najbardziej spontaniczna propozycja, jaką dostałam przez ostatnie 24 lata. Dlatego szybko uciekłam na strych, i wstydziłam się zejść, dopóki nie zaczęłam się bać nie schodzić.

Tego dnia chciałam uporządkować poddasze i wynieść z domu niepotrzebne przedmioty, żeby zrobić na górze pracownię, w której będę mogła napisać książkę. Na razie nie mogę pisać, ponieważ nie mam pracowni. Ale wymyśliłam już tytuł i wiem, jak będzie wyglądała okładka mojej książki – niedawno miałam o tym wspaniały sen – dlatego czuję się trochę tak, jakbym już ją prawie skończyła, i wiem, że teraz niewiele brakuje. W pewnym stopniu stanowi to dla mnie powód do samozadowolenia. Mam poczucie, że większość pracy jest za mną. Wystarczy, że pomaluję ściany, naprawię elektrykę, wymienię okna, zdejmę linoleum, ustawię przy oknie stół, kupię odpowiednie kwiaty, uszyję dywan, napiszę kilkaset stron, upiekę świąteczne ciasto jak prawdziwa kobieta, która dobrze sobie radzi, i wtedy będę mogła wysłać książkę do wydawnictwa, a potem od razu cieszyć się życiem jak wszystkie znane pisarki, którym zazdroszczę, chociaż ich nie znam. Nawet jeśli nikt mnie nie wyda. Bo zniknie wtedy wiele trudności. Na przykład kiedy ktoś mnie zapyta, jak określiłabym siebie jednym słowem, będę mu mówić: pisarka. A kiedy poznam nową osobę, nie będę musiała zastanawiać się już, kim jestem i co robię w życiu, tylko będę mogła śmiało powiedzieć: jestem pisarką. Pozbędę się też jednego z kluczowych i najbardziej wstydliwych problemów w życiu. Książka będzie już napisana, więc nigdy więcej nie będę musiała wymyślać odpowiedzi na pytanie, o czym będzie, ani czuć paniki, że tego nie wiem. Ale na razie jestem nikim, i to jedna z niewielu sprawdzonych informacji, jakich mogę udzielić na swój temat bez zawahania. Jeśli nie wyjdzie mi w życiu, zostanę bizneswoman. Będę wtedy chodzić do pracy na plac Szembeka, na bazar, który jest dwie minuty pieszo od domu, w którym mieszkam, i będę rozkładać w przejściu koc, o który wszyscy będą się mogli potykać, a na tym kocu będę sprzedawać wegańskie ciasto o smaku sukcesu oraz lemoniadę. Obok mnie będą siedzieć grube kobiety na stołkach wędkarskich i ich oskubane indyki, Cyganki z naręczami firanek, obok których nie można przejść nie odpowiadając na pytanie, czy firanki pani ma w doma, i straganiarze z idealnym awokado po pięć złotych za trzy sztuki, codziennie promocja, chłopcy o nalanych twarzach handlujący nalewką w butelkach po syropie malinowym do herbaty serwowaną prosto z bagażnika opla oraz Azjatki z neonowymi majtkami na sznurku, podwieszanymi w formie girlandy w namiotach z folii PCV, we wszystkich rozmiarach świata, wybór w rozmiarze XXXL. Wtedy spełni się moje marzenie o pracy, która jest blisko domu, i do której można zabierać psa, i to będzie piękne, proste życie wśród lokalnej społeczności i miejscowego folkloru. Życie sprzężone z cyklem pór roku i rytmem wirującej wokół słońca planety Ziemia, mojej ulubionej. Na tym bazarze w deszczu handluje się z reklamówką na głowie, przy mrozie trzeba omotać się kołdrą puchową, a w upale chłodzić się Perłą pod ladą. Jest jednocześnie swojsko i egzotycznie, mikropaństwo bazar przyciąga emigrantów z całej dzielnicy, a nawet świata. Na przykład w mojej ulubionej budzie numer 134 pracuje pół Syryjczyk, pół Grek, który przyjechał do Warszawy w ciemno, a teraz sprzedaje humus i chałwę. Życzy wszystkim pięknego dnia, i to zawsze działa. A obok są jajka na sztuki, które pani z Otwocka pakuje w przycinane nożykiem tekturki, i spina gumką recepturką dla zabezpieczenia. Jest też sklep z przeterminowanym jedzeniem, w którym kupuje się paczkę ciastek za 50 groszy albo parówki za dwa złote, w paczce po 50 sztuk, z niezidentyfikowanego źródła, od przedsiębiorczych biznesmenów z chytrą twarzą wskazującą na rodowód grochowski i praskie korzenie obejmujące przynajmniej siedem pokoleń w głąb drzewa genealogicznego. W piekarni ormiańsko-gruzińskiej sprzedawcy są zdezorientowani, kiedy zadaje się pytanie inne, niż o cenę tego, co widać. Na chodniku kwitnie handel ruskimi fajkami, czasami pakowanymi roboczo w foliowe woreczki i podawanymi z niepozornych, wewnętrznych kieszeni kurtki magazynujących bogactwo anonsowane urywanym: papierosy, papierosy! A piękno tego, co się tam dzieje, podkreślają baloniki na patykach do kupienia w kwiatkarni u Dorci (umocowane w przekrojonej na pół główce kapusty) i wiechcie polnych kwiatków zebranych przy szosie, opychanych za byle jakie pieniądze. Największa duma regionu, fasada tego kompleksu, to jednak Asia Deli – lokal złożony z jadalni i sklepu, powstały w odpowiedzi na wyzwania nowoczesności i zmieniające się trendy gastronomiczne na miejscu dawnej restauracji w stylu amerykańskim o uroczystej nazwie United Chicken. Moja babcia mówi, że mieszkam na bazarze. Dlatego, że kamienica, w której mieszkam, jest tak blisko tego krajobrazu, że z okna w kuchni mogę patrzeć, jak piekarze nadziewają pączki marmoladą w okienku, które jest na rogu hali targowej. Mogę też patrzeć na białego bulteriera zamkniętego przez cały dzień na balkonie po drugiej stronie ulicy, i na wyjazd z podziemnego parkingu, na którym wszyscy na siebie trąbią. Niedaleko stoi też kilkukomorowy, pomarańczowy kontener na śmieci, do którego ciągle ktoś zagląda, i z którego stale ubywa śmieci proporcjonalnie do częstotliwości, z jaką przybywa zawartości, co sprawia, że kosz jest opróżniany przez śmieciarkę raz na epokę, i za mojego życia nie zdarzyło się to jeszcze ani razu, przynajmniej nie widziałam, a żyję już bardzo długo, i naprawdę dużo czasu spędzam na patrzeniu w kuchni przez okno. Po sąsiedzku jest też sklep z odzieżą używaną, który nazywa się ekskluzywny, i jest otwarty dwa razy w tygodniu, w piątki po południu i w soboty rano. A w pozostałe dni schody, które do niego prowadzą, zgodnie z niepisaną umową społeczną, służą miejscowej ludności jako pijalnia wódki, zresztą tak samo jak zadaszenie pod sklepem Bokser Zoo, który oficjalnie nazywa się sklep zoologiczny, a tak naprawdę jego główną funkcją jest przechowywanie przesyłek od Poczty Polskiej dla sąsiadów, których kurierzy nie zastali w domu. Ale tam, gdzie mieszkam, i tak najciekawszy ze wszystkiego jest mój dom, i przedmioty, które można wygrzebać w jego starym i chorym brzuchu.

Ostatniej nocy dom zadrżał. A dzisiaj rano obudziłam się bez małego palca u nogi. Jeszcze zanim sprawdziłam, wiedziałam, że coś jest nie tak. Zrzuciłam kołdrę na podłogę, i wtedy wszystko stało się jasne. Nie wiedziałam, co w tej sytuacji zrobić. Do tej pory zdarzało się, że ginęły mi ołówki albo pojedyncze skarpetki, raz przepadła mi nawet książka o kolejach mazowieckich, a kilka dni temu pół pomarańczy. Zawsze z czasem godziłam się z taką stratą. Ale jeszcze ani razu nie zginął mi palec. Tym razem sprawa była poważniejsza niż zazwyczaj. Czułam się realnie okradziona ze swojej własności. Założyłam buty, które okazały się trochę za duże, i poszłam do kuchni usmażyć jajko. Byłam szczęśliwa, że jest zima. Wiedziałam, że dzięki temu sprawa nie wyda się zbyt szybko, i jeszcze przez jakiś czas będę mogła utrzymać ją w tajemnicy. Wychodząc z domu zabrałam jak zwykle duży plecak pełen kanapek, termos z kawą, zapasowe ubrania na wypadek nagłej zmiany pogody, rzeczy do czytania na drogę, zestaw długopisów, których nie zamierzałam używać, ale które wypadało mi mieć jako komuś, kto aspiruje do zostania znaną pisarką, i jeszcze więcej kanapek, bo właśnie tak przyzwyczaiłam się postępować na wszelki wypadek, w razie opuszczenia mieszkania na dłużej niż jedna godzina zegarowa. Schodząc na dół zastukałam na próbę do drzwi mieszkania na dole, w którym stara sąsiadka zmarła razem ze swoim rakiem najniedawniej, bo w ubiegłym roku. Wtedy ze środka, po drugiej stronie drzwi, rozległo się ciche, ale wyraźne pukanie. Zabrzmiało jak odpowiedź. Uciekłam, zanim zdążyłam się go ostatecznie przestraszyć. Zatrzasnęłam za sobą drzwi na klatkę i wessał mnie rozlewający się na ulicy bazar. Po wyjściu z domu zawsze idę najszybciej, jak to możliwe. Staram się wyglądać na bardzo zajętą osobę. Taką, która nie ma czasu, żeby nie wpaść pod samochód i zaczekać na swoją kolej, albo żeby ustawić się w kolejce do tradycyjnych pączków, jeśli przy okienku stoi cała jedna osoba i właśnie odbiera resztę, ani żeby spóźnić się na autobus, który przyjechał za wcześnie i wyminął mnie na pasach nieświadomy tego, że w takiej sytuacji nie pozostawia mi innego wyboru, niż podjęcie natychmiastowego biegu, który prędzej czy później umożliwi mi olimpijski skok do środka przez automatyczne drzwi jeden lub dwa przystanki dalej, ale jednak. Im bardziej jestem bezrobotna, tym szybciej się spieszę. Nie chcę stracić wprawy. Poza tym dynamika przemieszczania się po mieście daje mi minimalne poczucie satysfakcji z życia, spełnienia i sensu. W tej sytuacji tylko czasami udaje mi się zauważyć coś przez przypadek. Jeśli coś widzę, robię to niechcący. W ogóle mi nie zależy. Patrzenie nie jest zgodne z moim stylem życia. Jeśli zaczynam patrzeć, przestaję się spieszyć, i to prawie nigdy nie wychodzi mi na zdrowie, bo im dłużej to robię, tym szybciej zaczynam się denerwować, i prawie natychmiast wpadam w panikę, kiedy przypominam sobie, że rzeczywistość istnieje naprawdę, i że wszyscy jesteśmy na nią skazani. Prawie zawsze chodzę w tym samym kierunku, czyli w stronę placu z różowymi lampionami na drzewach. Niedaleko jest pierogarnia, do której zdarza mi się nawet czasami wejść, i zamówić tam jedzenie, i w której pani z okienka zawsze mi na to pozwala, tylko prosi, żebym usiadła niedaleko drzwi. Ale to dobre miejsce, bo wiem, że jeśli trzeba będzie uciekać, nikt nie będzie miał większych szans ode mnie i mojej suki. Poza tym prawie nigdy nie mam tyle czasu, żeby wchodzić do jakichś miejsc, i siadać w nich dalej, niż przy drzwiach, bo szkoda mi na to życia, i w ogóle nie mam przekonania do tak bezużytecznych czynności. Przy drzwiach mniej czuć też skwarki, które podobno robi się z mięsa słonia, więc nie muszę oddychać przez usta, a to duża zaleta, kiedy akurat jem. Najczęściej zamawiam pierogi bez dekoracji. Mimo to dostaję zawsze taki sam, bardzo duży talerz, na którym pierogi są ułożone dookoła, a w środku stoi kieliszek na wódkę wypełniony smażoną cebulą. A kiedy zmęczę się jedzeniem, wrzucam pierogi pod stół. Wtedy połyka je moja suka. A kiedy ona się zmęczy, obie uprzejmie się uśmiechamy, i zaczynamy się spieszyć do domu. Kiedy wróciłam po południu do mieszkania, na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało jak dawniej. Chociaż kamienica wydawała się trochę blada. Była jakby słabsza i bardziej zmęczona niż zazwyczaj. Ale od razu pomyślałam, że to na pewno przez starość. Że w jej wieku nie takie rzeczy się zdarzają. Każdy byłby na jej miejscu zmęczony, a co dopiero taki duży dom, który miał tyle na głowie, prawda? Ale dla pewności i spokojnego sumienia zadzwoniłam do przychodni, żeby zamówić wizytę domową, bo słyszałam, że są takie w ofercie. Niestety wszyscy mi odmówili. Brakowało numerków i kazali następnym razem dzwonić o siódmej rano lub zgłosić się osobiście do rejestracji. Poczułam się bezradna i natychmiast znienawidziłam całą służbę zdrowia. Teraz ja i mój pies leżymy na dywanie. My oddychamy, a podłoga unosi się i opada. Nie mam już prawie całej nogi, a mój pies to tak naprawdę połowa psa, i z godziny na godzinę robi się coraz mniejszy. W tej chwili jest pewnie wielkości mojego serca, chociaż nie wiem dokładnie, jak ono wygląda, ani czy na pewno je mam. Przedmioty rozpływają się, a po niektórych zostają tylko rzadkie plamy kolorów bez faktury. Na przykład rośliny – wyglądają jak superfood, w stylu: koktajl z jarmużu, który właśnie wylał się komuś na parapecie i ścieka na posadzkę gęstą strugą. Niektóre rzeczy zapadają się w inne, więc ściany wchłaniają obrazy, a szafy rzeczy, które są w środku. Z domem jest coraz gorzej. Trochę panikuję. Najbardziej żal mi mojej pracowni, i tego, że już nigdy nie dam rady napisać książki o niczym, ani nie zostanę znaną pisarką, i że czeka mnie co najwyżej kariera w biznesie, a może w ogóle nic. Jest mi też żal mojego psa, który przez cały czas każde się głaskać, i chyba nic nie rozumie z tego, co tu się dzieje.

I chyba mniej więcej wtedy się zaczyna: jak zwykle ratuję świat. Po prostu – zapisuję rzeczy, a one dalej są, i dzięki temu wszyscy jesteśmy bezpieczni.

Ilustracje: Beata Sosnowska.

 

Beata Sosnowska – graficzka, malarka, rysowniczka komiksów i ilustracji, multimedialna poetka, realizatorka filmowa. Autorka multimedialnego tomiku poezji „W cieniu szumiących wind”, który powstawał w latach 2002 – 2007 w kooperacji z 30 artystami z Trójmiasta. Realizatorka filmów dokumentalnych i eksperymentalnych, performerka. Swoje prace prezentowała m.in. na: Re:Wizjach, festiwalu Korporacja Tańca w Gdańsku, WRO 05, MALTA Festiwal Poznań, w Stoczni Gdańskiej , BWA Zielona Góra, BWA Łomża, CSW Łaźnia, galeria Lokal 30. W latach 2012-2015 członkini kolektywu rysujących dziewczyn Dream Team, wraz z którymi organizowała wystawy i warsztaty. Poza tym prowadzi samodzielne warsztaty komiksowe dla społeczności wykluczonych takich jak więźniarki, osoby transgender, czy starsze kobiety. W swoim dorobku ma liczne publikacje w antologiach, zinach oraz w czasopismach i gazetach  w tym między innymi: Gazeta Wyborcza, Przekrój, Magazyn Pismo, Zeszyty Komiksowe, Fabularie, wydawnictwo Centrala, Timof Comics, Fundacja Ha!art, Trzy Kolory. Ma także na swoim koncie współpracę z organizacjami pozarządowymi i feministycznymi „Stowarzyszenie Arteria”, „Porozumienie Kobiet 8 marca”, „UFA”, „Centrum Zmiany Społecznej”, „Rewolucje kobiet”, „Lambda Warszawa”. Obecnie zajęła się tworzeniem komiksów o tematyce LGBT i społecznej.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *