AUTOR

Maju Planas

Ma 32 lata, mieszka w Buenos Aires. Wegetarianka, feministka, specjalistka nauk politycznych, prawie socjolożka i wieczna studentka. Pracuje jako nauczycielka wszędzie tam, gdzie dostanie pracę. Pisze opowiadania, dzienniki, wiersze; planuje powieść. Tłumaczy teksty z angielskiego na hiszpański.

„Orlando srando!” – opowiadał ze śmiechem, że dzieci z sąsiedztwa wołały tak za nim, kiedy był mały. Kogoś innego wprawiłoby to w przygnębienie. Ale on był stworzony z innej gliny.

To jedna z wielu jego historii z dzieciństwa. Często opowiadał o czasach, kiedy mieszkał w Rosario. Paliłem już kiedy miałem pięć lat”. Wszystko, co mówił, przyjmowałam jako prawdę, chociaż gdzieś w głębi duszy czaiły się wątpliwości. Pewnego dnia zobaczyłam czarno-biały film z dzieckiem palącym papierosa i skończyło się wszelkie niedowierzanie.

Wiedziałam od babci, że jego mama wychowywała go sama, dopóki nie spotkała tego, kogo nazywał tatą. Ojciec biologiczny został wymazany – albo sam nie chciał uznać syna. Kiedy dziadek dorósł, postanowił go poznać, ale facet, kończyła opowieść babcia, zamknął mu drzwi przed nosem.

Pamiętam, że nie mogłam zrozumieć, dlaczego ludzie tak postępują, i myślałam sobie, że pod nieschodzącym z twarzy uśmiechem dziadek musi nosić głęboką troskę, i że to dlatego śpiewa zawsze najsmutniejsze zwrotki tych samych pięciu piosenek. Nie potrafiłam zrozumieć, jak ktoś mógłby chcieć przegapić dziadkowe rooomperá la taaarde mi vooz hasta el ecoo de ayerr, voy quedaaandooomee sooolo al final…” [1]. To była jedna z piosenek, których lubił uczyć mnie i moje siostry – dziś znamy tylko tę jej część.

„ECO” [2] – tym pseudonimem podpisywał wiersze, które publikował w lokalnym piśmie pod koniec lat 90., na początku 2000. Pokazywał nam z dumą swój podpis w każdym kolejnym numerze, a wydrukowaną poezję głośno recytował.

Mój dziadek był dla mnie połączeniem różnych rzeczy, jak jedna wielka fotografia świata i ludzkości. Złożony i pełen sprzeczności jak jego upodobanie do uczenia się, myślenia i dzielenia się własnym punktem widzenia – z jednoczesną trudnością w wymienianiu opinii.

Nigdy nie zwierzał mi się z najtrudniejszych momentów życia. Często wspominał jedynie, że w dniu, w którym się urodziłam, prawie zginął w straszliwym wypadku samochodowym. Zazwyczaj przywoływał sprawy, które go uszczęśliwiały: jak poznał moją babcię, jak urodziła się moja mama; rugby, bycie mormonem, moje siostry i mnie, i wielką rodzinę w Rosario. Wydawał się również bardzo szczęśliwy z powodu tego, że jest jednym z najbardziej upartych ludzi na planecie.

W niedzielę jadaliśmy u niego obiady. To był problem, bo pojawialiśmy się zawsze spóźnieni, wszyscy w ogólnorodzinnym złym humorze. Ale on wciąż się uśmiechał i śpiewał te swoje luźne wersy: veeerde es mi colooooor” [3]. Rozchmurzał nas z niezgłębioną mocą, której powoli dawaliśmy się pokonać, aż w końcu zły humor wyparowywał.

Zajmował się wszystkim i wszystkimi: zakupami, pracami domowymi, sam sobą. Pracował ciężko i z biegiem czasu zauważyłam, że kryła się za tym spora dawka potrzeby wszechwładzy. Widać to było zwłaszcza, gdy chcieliśmy pomagać mu przy czynnościach, których sam nie mógł już wykonać – gdy miał dziewięćdziesiąt lat.

Jedna z rzeczy, których mój dziadek nigdy mi nie powiedział, to że należał do partii komunistycznej. Nietrudno było zgadnąć, że miał w sobie społecznika, bo żarliwie przemawiał, stale martwił się o los biednych i bardzo przejmował, że tyle na świecie zagłady. Świadomość zbrodni przeciwko ludzkości przytłaczała go. Śledził wydarzenia na świecie i powtarzał: „Oni im tego nie uchylą, moje dziecko, wiesz, nie można im tego uchylić”. W trakcie jednej z dyktatur trzymał u siebie powielacz, ukryty tak dobrze, że gliny, choć przewróciły dom do góry nogami, niczego nie znalazły.

Inne fakty, które znałam z opowieści, to że jego ojciec, ten, którego nazywał ojcem, był anarchistą, i że z powodu galopującego raka popełnił samobójstwo na torach metra. Dziadek nigdy nie wspomniał o tym ani słowem w mojej obecności. Kiedy miałam prawie trzydzieści lat, a on był już bardzo stary, zapytałam go o to – ale w tym okresie jego życia nasze rozmowy były już bez znaczenia.

Z dumą mówił, że jego mama sprzątała domy i że jest synem pokojówki. Moja prababka Tránsito miała najdziwniejsze imię, jakie słyszałam w życiu [4]. Był do niej bardzo podobny, choć była niższa, chuda, nosiła wielkie okulary i miała mnóstwo białych włosów. Kłóciła się na śmierć i życie z moją babcią – dziadek pozostał neutralny. Nie wziął niczyjej strony.

Podczas ostatniego pobytu w szpitalu wspominając swoje życie powiedział mi, że on i babcia wznieśli kościół w Belgrano. Mormonem był, jak we wszystkim, na swój własny sposób. Gdyby pokusić się o sporządzenie listy praw i obowiązków wchodzących w zakres bycia mormonem, można by zobaczyć, że dla mojego dziadka każda zasada zmieniała się w zależności od miejsca i czasu. Kiedy byłam dzieckiem, czasami chodziłam z nimi do kościoła – zabierałam ze sobą malowanki na wypadek nudy. Przy kolorowaniu kładłam je przed sobą na siedzeniu i dzięki temu odkryłam miękkość idealnie polakierowanych, wypolerowanych ławek, lśniących tak samo jak kazalnica i drewniane znaki, które dziadek sam zaprojektował. Był arcykapłanem”, choć nigdy nie dowiedziałam się, co to właściwie znaczy, ale wydawało się to mieć wielkie znaczenie dla jego życia religijnego. Prawie tak wielkie, jak drewniane litery, znaki, które znajdowały się przed każdą świątynią Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, czy jak figury proroka Josepha Smitha, który dziadka tak zauroczył, że kiedy wzywał jego imię, wydawało się, że mówi o bogu: ponieważ w tamtym czasie Joseph przemierzył całą pustynię, by dotrzeć do Utah”.

Kiedy zmarł, trzeba było zająć się jego długami. Hojność dziadka była wprost proporcjonalna do ilości pieniężnych zobowiązań i liczby dupereli, które trzymał w domu. Każda rzecz, jaką żywnie można sobie wymarzyć, występowała w jego domu więcej niż pojedynczo, często i w pięciu egzemplarzach, czy to miałyby być narzędzia, czy przybory do pisania, kuchenne albo do czyszczenia. Po jego śmierci podczas sprzątania znaleźliśmy listy, które pisał do babci, gdy się poznali, listy z początków ich romansu, kiedy on mieszkał w stolicy, a ona w Rosario. To nie miłosny ton zrobił na mnie wrażenie, bo taki miał wobec niej zawsze, nawet gdy się kłócili:

– Tak, ja krzyczę, ale ty, Laurita, mówisz cichym głosem straszne rzeczy!

– Orlando, przestań krzyczeć – powtarzała babcia ze swojej sofy.

Co zrobiło na mnie wrażenie, to kaligrafia: mała, wąska kursywa, wyrównana do prawej, z pewnością zapisana wiecznym piórem, zupełnie inna niż to, co zapamiętałam: drukowane litery, najczęściej czarnym długopisem. Kiedy powiedziałam mamie, że je zatrzymam, spytała mnie, czego chcę od tych listów, i czy nie wydaje mi się, że naruszyłabym w ten sposób intymność dziadka. Odważyłam się więc zajrzeć tylko do jednego z nich. Pewnie wkrótce je przeczytam, może natrafię na fragmenty, które nie znalazły się wtedy w zasięgu mojego wzroku, albo których nie mogłam dostrzec.

Mój dziadek był kolorowym płomieniem; czasem ten nieposkromiony ogień oślepiał, czasem dawał niezbędne ciepło. Kiedy babcia znalazła się w szpitalu i powoli umierała, płomień przygasał, ale nic nie zdołało zdusić go do cna.

Przypisy:

[1] Przerwie mój głos południe, aż do wczorajszego echa, na koniec zostanę sam” – tłumaczenie dosłowne na życzenie autorki.

[2] „Echo”.

[3] Zielony to mój kolor”.

[4] Dosłownie oznacza: ruch uliczny.

 

Tłumaczenie: Katarzyna Michalczak. 

Katarzyna Michalczak, poetka, redaktorka, doktorka socjologii, masażystka twarzy; współredaktorka Drobiazgów”. Jej pierwsza książka z wierszami,Pamięć przyjęć”, wydana dzięki Nagrodzie Głównej w Konkursie im. Jacka Bierezina 2016, otrzymała 1 miejsce w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Artura Fryza na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2017. 

Ilustracja: Isabel Rojo. 

Isabel Rojo jest artystką interdyscyplinarną. Ukończyła Wydział Sztuk Pięknych na Universidad Complutense de Madrid (ES). Związana z Europą Środkową od czasu kiedy jako studentka programu Erasmus przez rok studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, dokąd powróciła później jako stażystka galerii Zachęta. Obecnie mieszka i pracuje w Brnie, gdzie jest rezydentką w PRAHA/Fórum pro architekturu a média (PRAHA/Forum mediów i architektury).

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *