Drobiazgi

Jeden dzień z życia Aleksy Kowalskiej

AUTOR

Sylwia Wawrzyniak

Urodzona w 1974 r. w Ostrowie Wielkopolskim. Mieszka w Brukseli. Publikowała w dwumiesięczniku literackim „Topos” (Nr 3 (64) 2002), w 2003 roku zdobyła wyróżnienie w Konkursie Literackim im. Marka Hłaski (magazyn „Jupiter” Nr 16-17 2003).

Aleksie Kowalskiej wolność na pewno się śniła. Budzi się, przeciąga, nie żeby uwodzicielsko, w łóżku jest dzisiaj sama. Ziewa, nie zakrywając ust, co jest jakąś wolnością, myśli niewyspana, i wtedy przez głowę raz jeszcze przemyka jej sen, przelatuje jak Airbus i pozostaje tylko niejasne wrażenie, smuga po silnikach odrzutowych. I tak jest zadowolona. Od dawna nic jej się nie śniło. Jeszcze przez chwilę próbuje sobie przypomnieć, ale sobie nie przypomina. Szkoda, bo sen był bardzo przyjemny. Aleksa czuje, oprόcz brzydkiego oddechu z ust, że w tym śnie była prawda, prawda bardzo konkretna, nie ta prawda, którą znosić trzeba na co dzień, niczym rozciągliwą szarą mżawkę, co pada na ludzi, ale i bez parasola można z nią żyć. No i co? Budzik dzwoni. Dzwoni z komórki, z aparatu Samsunga, wycie wilka. Wszystkie inne dzwonki już Aleksa wypróbowała, a budzić się z wyciem wilka z początku było zabawnie. Ale teraz nie jest.

Mży. Za oknem mży. Takie lato tu zawsze. W Belgii. Klimat umiarkowany morski. Aleksa włoży kurtkę przeciwdeszczową, dostała tanio na wyprzedaży, ale i bez wyprzedaży sezonowych byłoby Aleksę stać. Na wiele rzeczy Aleksę stać tu, na wiele jej jeszcze nie stać, ale jest zadowolona. Z jakości życia, jakieś 2500 Euro nad poziomem nędzy. Nie narzeka. Aleksa pochodzi z szarych czasόw, załapała się na lekcję historii, to komunizm nauczył ją wszystkiego i na całe życie. Ale czego ją nauczył? Paru rzeczy trzeba było również się oduczyć, od paru się uwolnić, żeby tu, żeby przystosować się. Się udało. Raczej.

A kto by pomyślał. Aleksa była mała. Siedziała za parawanem i za Żelazną Kurtyną, na plaży, nad Bałtykiem, i patrzyła w morze i w słońce, dwa kolory, niebiesko-żółty, jak flaga magicznej Szwecji, co za tą wodą: Skandynawia – nawet jak na północy, to najprawdziwszy Zachód.

Kilkanaście lat później geopolityka sprawiła Aleksandrze Kowalskiej rzadki prezent, upadł system i już Aleksa mogła, dokąd chciała. Z początku nie chciała, postudiowała w ojczyźnie, popracowała parę lat, a potem, kiedy już programy w telewizji, sklepy na ulicach, audycje muzyczne, restauracje sieciowe powstały takie, jak wszędzie, pojechała tam, skąd to wszystko przyszło. Niczym Stasiuk na Wschód, wybadać skąd nadeszło to, co jeszcze dopadło Aleksę w dzieciństwie, tak ona chciała zobaczyć nowe. Nie było trudno. Włączyła się w nurt dziejowy, zawsze lubiła obce języki, i, popłynęła z prądem, najpierw Odrą. Stare czasy. Po co to przypominać, po co cały czas o tym myśleć – kolorami cieszyć się, życiem.

W każdym razie i szare doświadczenia się przydały. Na przykład taka cierpliwość, bardzo użyteczna w kontakcie z belgijską administracją, cierpliwość wyniesiona z kolejek, w których jako dziecko za kostką masła, a teraz nawet masła nie je. Olej kokosowy, tym olejem smaruje chleb w poszukiwaniu nieśmiertelności. Człowiek rodzi się i zaraz zapomina o wszystkim, co było przedtem; dopiero z czasem, tak po czterdziestce, zaczyna do człowieka dochodzić, że trzeba będzie wracać. „Trzeba wstać” – wzdycha Aleksa. Gdyby tak można było o tamtych rzeczach myśleć cały dzień. Nie można. Aleksa bierze długopis, co zawsze koło łóżka, notes, co na nocnym stoliku, i zapisuje tę myśl o powrocie, o śmierci, ale w miarę zapisywania myśl nie przypomina już tej, co powstała w głowie Aleksy ledwie parę sekund temu. Trzeba będzie przepisać, postanawia, ale oczywiście nie teraz. Na to teraz nie ma czasu. Aleksa musi. Nawet Bukowski chodził do pracy, zamartwiając się o jej utratę. I z alkoholem Aleksa nie może przesadzać. Czasem ma ochotę przesadzić, w inną rzeczywistość przesadzić się trochę, siebie, swój kręgosłup, niczym szkielet rośliny, podlać tym alkoholem, ale nie przesadza. Bo potem co? Po alkoholu Aleksa zasypia, jak wczoraj, i pozostaje tylko ten śmierdzący oddech, z którym rano się budzi, albo może budzi się przez ten oddech, no i czy tak zaczynać dzień? A i tak trudno znaleźć czas na pisanie. Brak Aleksie woli, silnej woli, brak dyscypliny, jak mόwiła matka i ojciec, jak zawsze mówią matki i ojcowie swoim dzieciom i nieraz to jest prawda, a nieraz się nią staje. Z dzieciństwa też trzeba się wyzwolić. Z Aleksą nie wiadomo jeszcze jak będzie. A może już wiadomo?

Zwierzę. Ta myśl o powrocie dokądś, skąd się przyszło. Albo skądś, dokąd się idzie. Dzikie zwierzę, co trzeba było zostawić tam, w środku Aleksy, w umyśle Aleksy, a nie próbować złapać między okładki notesu, wcisnąć za kratkę, drażniąc myśl wiecznym piόrem (model Waterman, z piękną ciemnobordową obudową, stalówka ostra, tnie papier, kiedy nie prowadzi się jej przez tekst dość ostrożnie), upuszczając z niej niebieskiej krwi. Czy wszystkie myśli Aleksy tak skończą? Wszystkie zapisane? Oczywiście, że nie. Na przykład myśl o kredycie, refleksja o kredycie, nie skończy w notesie, bo notes nie jest od tego. Mimo że i notes, i umowa kredytowa z papieru, to nic, absolutnie nic nie może ich ze sobą łączyć. Aleksa musi tego rozdziału pilnować.

Kiedyś nie było rozdziału.Wszystko, co Aleksa robiła, zdawało się być jednym, Aleksa była całą sobą: na drzwiach co miesiąc zaznaczano ile urosła, higienistka szkolna ważyła ją raz w roku i ta określona liczba centymetrόw, i zapisana liczba kilogramόw, i stopnie szkolne składały się na Aleksę.

Teraz trzeba cały dzień pilnować, a to nie jest łatwe. Pomaga kawa.

Wstaje. Już pięć minut opóźnienia. Zrezygnuje ze śniadania. Ale bez kawy nie pójdzie.

Telefon.

Tu dzwonek normalny, tradycyjny nawet.

Aleksa podnosi słuchawkę, ale nic nie mówi. Wie, kto dzwoni i wie, że to pierwszy telefon z całej serii. Wie, właśnie dlatego, że numer zastrzeżony.

– Może bym wpadł? – żałośnie głos po drugiej stronie i Aleksa odkłada słuchawkę. Dopiero siódma dziesięć, a już podwójnie zmęczona. Zmęczona po tej nocy i dniem już też. I tym głosem po czterech latach również. Prawdę mówiąc. Kawa. Nie powinna się spóźnić, ale bez kawy nie. Człowiek nie jest niewolnikiem, żeby bez kawy. Zdobycze cywilizacji, kolonizacji. Oj.

Kawę kupuje zawsze z nalepką „Fairtrade”. Na świecie jeszcze miliony niewolnikόw. Aleksa nie wgłębia się w temat, ale przecież czyta. Nie prenumeruje, ale kupuje codzienną, choć nie codziennie, i jeden tygodnik, co tydzień. Z tego wywodzi swoje opinie o świecie. Na przykład, że cukier biała śmierć. Aleksa waha się, łyżeczka zastyga przez chwilę w powietrzu, ale sypie jednak cukier do kawy. Miesza nerwowo, trzeba na autobus. Jak nie zdąży, czeka ją bieg Forresta Gumpa, filmu nigdy nie lubiła. Nie ogląda telewizji. Seriali na Netfliksie też nie ogląda. Nawet tych najlepszych, które podobno klasyką. Muzyki słucha tylko użytkowo. Muzyka zagłusza bliźnich. Na obrazy patrzy, kiedy przechodzi. Tylko literatura ją obchodzi. Naprawdę. I może T-shirtów już nie będzie kupować „made in Bangladesh”. Te fabryki odzieży pod gruzami. Rozbiera się, żeby pod prysznic.

Kawa w kilku haustach, trochę parzy gardło, ale zaleje się zimną wodą, zalewa się, wpuszczając do gardła antydepresant. Płynie ten antydepresant w głąb Aleksy, i coś tam naprawia, naoliwia, uzupełnia, zabija, blokuje, ułatwia, uruchamia. Zimna woda spływa po włosach. Aleksa nigdy nie chodziła na psychoterapię. Nie pójdzie. Aleksa rozgląda się po ludziach wokόł, i nie widzi nikogo, komu chciałaby o sobie opowiedzieć.

W introspekcję nie będzie się bawić. Aleksa wie, przeczuwa, jak daleko może się w głąb siebie zapuścić, żeby jeszcze wrócić. Nie, dziękuje. Naprawdę, nie. Woli polegać na współczesnej medycynie, na którą płaci składki. Państwo belgijskie zwraca więcej za antydepresanty niż państwo polskie. Ale to nie dlatego Aleksa się wyprowadziła. „Dmuchawce, latawce, wiatr, do ciebie po niebie szłam”. Lubi zaśpiewać pod prysznicem.

– Za komunizmu żyło się łatwiej – powiedziała kiedyś ciotka przy wigilijnym stole, ciotka, która ma prywatną firmę i sobie radzi. Powiedziała tak niby mimochodem, a w pamięci Aleksy to zostało, przyczaiło się gdzieś tam obok snu o wolności.

Aleksa chciałaby nauczyć się slow life’u. Więc tabletki na cały tydzień przesypuje do pudełka powoli. Łatwo się pomylić, zapomnieć i nie wziąć. Czytała ostatnio, że większość ludzi bierze leki nieprzepisowo. Nie wolno. Czuje się dobrze i mogłaby spróbować odstawić, ale nie wie czy produkcja serotoniny ruszyła pełną parą sama z siebie, czy to pigułki działają. Z krwi podobno można zrobić testy.

W wieku trzydziestu trzech lat Aleksa odkrywa, że nie całkiem może sobie ufać, czasami w ogóle. Trudno się przyzwyczaić. Albo umysł przekazuje Aleksie prawdziwy obraz świata i Aleksa łyka paroksetynę, żeby dać radę, albo ten obraz jest kłamliwy, nadzwyczaj zaciemniony i paroksetyna pozwala rozjaśnić go, jak kliszę, żeby trochę światła. Ale nie oszukujmy się. Aleksa rozumie, że rozwiązanie nie jest idealne, jej lekarz zresztą tego nie ukrywa, nie rozmawiają o tym; tak, jak w pewnych kręgach nie mówi się o pieniądzach. Aleksa pobiera papierowe recepty, podaje w zamian papierowe banknoty. Aptek pełno. Aleksa mogłaby chodzić codziennie do innej.

– Czy będę się czuła lepiej? – zapytała profesora.

– Myślę, że tak – odpowiedział. Dobrze, że ktoś tak myśli.

Doktor pisze z Aleksy i jej podobnych rozprawę naukową, trochę tylko naginając umysły takich jak ona (których Aleksa nie zna osobiście, bo w poczekalni ludzie nie toczą rozmόw) do wniosków z badań, w żadnym razie jednak nie stwarzając zagrożenia życia. Wszystko w granicach błędu. Profesor nie martwi się o Aleksę, gdyby się martwił, nie mógłby być profesorem. Zresztą Aleksa jest dla niego przypadkiem raczej przeciętnym, występującym w miastach powyżej 200 000 mieszkańców dość często, zwłaszcza wśród kobiet.

Otwiera lodówkę. Kawałek sera żółtego. Żółty ser to witamina D, a witaminy D, tu akurat, brakuje. Wszyscy zażywają, kapsułki, tabletki, trochę słońca w siebie. Lodówka nie jest pusta. Och, nie. Aleksa lubi robić zapasy na czarną godzinę. Mleko sojowe, i warzywa organiczne, i jogurty z koziego sera, albo ser z koziego jogurtu. Może na kolację zje. Inaczej się zepsuje. A ludzie głodują. Aleksa zamόwiła przez internet „Głόd” Martína Caparrósa. Przeczyta to albo „Głόd” Hamsuna, bo wtedy zaliczy też i klasykę literacką. Dwa w jednym.

Na drzwiach lodówki umowa kredytowa, nie cała, pierwsza i ostatnia strona, wyraźny podpis Aleksy; wystarczy, żeby wychodziła co rano do pracy. Spłaca się. Mieszkanie ładne, jasne. Aleksa mogłaby spędzać w nim więcej czasu za dnia. Na szybie kuchenki mikrofalowej spłaszczona paczka papierosόw, ze zdjęciem umierającego na raka mężczyzny. Kolega myślał, że to kolaż, sztuka nowoczesna, ale nie, Aleksa sama zrobiła. Aleksa nie rzuca, Aleksa nigdy nie paliła, ale czasem chciałaby. Taka wolność od strachu przed rakiem, wolność kilkuminutowa. Zamiast komórki rakowej – telefoniczna. Pakuje aparat do kieszeni. Made in China. Telefony podobno też wywołują raka. Żeby nie wilka z lasu. Niemniej, trzeba sprawdzić. Wiadomości.

Na przystanku sprawdza. W oczekiwaniu na środek transportu publicznego. Za miesięczną opłatą Aleksa przemieszcza się do pracy. Najpierw jednak, w oczekiwaniu, aktualizuje się, jak aplikacja, na temat sytuacji politycznych, zamachόw stanu, zamachόw terrorystycznych, frontόw atmosferycznych, osiągnięć sportowych, skandali dopingowych i obyczajowych. Kilka razy dziennie przynajmniej, coraz częściej i na coraz dłużej Aleksa podłącza się do sieci. BBC, CNN, Onet, Gazeta.pl, Le Soir, FB, Twitter, Daily Mail. Świat się kręci, produkcja niusόw przekracza zapotrzebowanie, materiału dostarczają ludzie z całego świata. I przywódcy polityczni, i szarzy obywatele wytwarzają ten materiał swoim życiem, wyrabiając własnymi rękami, udeptując nogami, podając sobie od-do, zamieniając się w tekst, słowa, dźwięki, obraz, płaski i w 3D. Aleksa też codziennie wyrabia, całą sobą, potencjalne wiadomości, choć może nie te najważniejsze, nie te z pierwszych stron. Najbliżej wydarzeń, takich niusów co na czerwonym pasku była, kiedy w metrze wybuchła bomba. Na linii, z której korzysta, ale tego dnia wyszła do pracy wcześniej. Nie mogła spać i to uratowało jej życie, na krótką metę, na dłuższą metę brak snu szkodliwy.

Stan zagrożenia terrorystycznego w Belgii przypominał Aleksie sytuację polskich drogowców zimą. W końcu wybuchło, każdy się spodziewał, ale akurat nie wtedy i nie w tym miejscu. Miasto jak oblężone. Aleksa w domu przez trzy dni, tylko staruszki chodziły z psami, staruszkom mało co straszne. Dziewięćdziesięcioletnia sąsiadka Aleksy przy ryku syren wozów policyjnych i karetek wyszła na spacer, posuwając się wolno po chodniku za balkonikiem. Nad staruszką helikopter. Aleksa ostrożnie wyglądała przez firankę, na wypadek strzałów. Nie wyglądałaby, ale rodzina dzwoniła z Polski z pytaniem, czy coś widać, bo w telewizji cały czas o Brukseli. Aleksa widziała tylko tę staruszkę, i psa jeszcze. Na smyczy. „Już nic nie musi” – pomyślała Aleksa z zazdrością, której zaraz się zawstydziła. Pomyślała tak o starej kobiecie, choć pies też już stary. Ale o psach nie myśli się w takich kategoriach. Obok wstydu pojawił się strach. Być tak ograniczoną przez ciało, własne starzejące się ciało, które zdradziecko odmawia posłuszeństwa, mimo że się o nie dbało, pielęgnowało latami, myło, karmiło, wyprowadzało na powietrze. Staruszka dostrzegła Aleksę w oknie, zaraz wiedziała, co Aleksa myśli, jak to nudno, zawsze odgadywać myśli sąsiadów. Stara zbiera porcelanowe figurki, ma niemałą kolekcję miniaturowych postaci dam dworu. W ciągu całego życia nie stłukła ani jednej. Dziś miesiąc, jak pochowała siostrę, która poddała się eutanazji.

Trzy dni po zamachu Aleksa zainstalowała dodatkowy zamek. Niechby ISIS przyszedł dobijać się do drzwi! Aleksa lubi metaliczny brzęk kluczy do swojego mieszkania. Jej? Nie jej? Teoretycznie jej. Umowa notarialna mówi, że jej. Nikt nie może wejść bez Aleksy pozwolenia. I Aleksa może sobie w środku robić, co chce. Prawie. Bo na przykład nie może powiesić żółtych firanek, muszą być takie same w każdym oknie budynku, białe albo „w odcieniu bieli”, tak napisano w regulaminie. Aleksie przypominają się opowieści ciotki, jak Cyganie palili ogniska w blokach. „Jadą wozy kolorowe” – śpiewała ciotka, trochę z zazdrością, trochę z pogardą w głosie. A Aleksa nie chce być Cyganem Europy. Aleksa z dumą opowiadała w Polsce o tych firankach i że cywilizacyjnie się dostosowuje.

Tu w Brukseli Cyganie też. Czasem w chustach na głowach, zawiązanych po muzułmańsku, bo katolicy podobno mniej wrzucają do papierowych kubków. Aleksa na ulicy nie daje pieniędzy. Wspiera Amnesty International, zakupując raz do roku świeczkę za sześć euro. Całą kolekcję ma już tych świeczek. No dobrze: sześć. Przydadzą się, na wypadek awarii prądu. Na razie prąd jest.

Po eksplozji w metrze Aleksa przyklejona do telewizora. Kilka godzin bez przerwy oglądała non stop te same obrazy, niezależnie od kanału. Nad ranem rozumiała już nawet po hiszpańsku. Ciała ludzi, takich jak ona, co do pracy rano metrem, w garsonkach, garniturach, wyczyszczonych butach – całkiem jak do trumny, tak mówił jej dziadek. Potem Aleksa już nigdy nie czyściła butόw na wysoki połysk, każdy przez traumę przechodzi inaczej. Ale do metra wróciła. Przez dwa tygodnie po zamachu próbowała do pracy samochodem, dzień w dzień stała w korku, osiągając, rzadko, prędkość 30 km/h. W końcu wszyscy, a może tylko politycy i media, doszli do wniosku, że trzeba żyć dalej, że nie damy sobie odebrać wolności, demokratycznych wartości i naszego stylu życia. Aleksie zrobiło się miło, że jest częścią „my” i „naszego”. Tu w końcu, na emigracji.

Już po ósmej rano. Aleksa wchodzi do metra, mija patrol żołnierzy, patrol policji, mija patrol ochrony transportu miejskiego. Ludzie patrzą na siebie podejrzliwie, na Aleksę nie tak bardzo znowu, ma jasne włosy i niebieskie oczy. Statystycznie mniej prawdopodobne, że w plecaku materiały wybuchowe. Aleksa tego nie czuje, ale mięśnie w niej wszystkie napięte. Tęskni za czasami, kiedy w mundurach w metrze widziała jedynie kontrolerόw, choć zawsze, bez wyjątku, jakiś smutek w niej, gdy otaczali ofiarę bez biletu.

Z głośnika ostrzeżenia, żeby nie porzucać bagażu, żeby być czujnym i zawiadamiać. Aleksa rozgląda się, przyciskając do piersi torebkę. Takie nieciekawe czasy. Ale nie słyszy się już, przynajmniej, wypowiadanych metalicznym głosem, zawiadomień o przerwie w funkcjonowaniu metra z powodu „incydentu z udziałem czynnika ludzkiego”. Teraz, w okresie zagrożenia terroryzmem, ludzie rzadziej rzucają się pod kolejkę. Postanawia zapytać o to profesora.

Metro wjeżdża na stację. Więc i tym razem udało się. Przez tłum się przebić. Na powierzchnię.

 

 

Na ulicy Aleksa też się rozgląda. Już nie wiadomo, kto czujniej obserwuje przechodniów, Aleksa czy patrolujący żołnierze, którzy zerkają i na dziewczyny w krótkich spódniczkach, i na te, co w chustach. Pięć minut i będzie w pracy. Po drodze mija kawiarnie, gdzie urzędnicy europejscy, pracownicy banków i lobbingu. Sceny jak z Hoppera, oczywiście bardziej tłumnie. Aleksa czuje napięcie, widzi, jak gotowi są w każdej chwili poderwać się znad gazet, znad smartfonόw, znad filiżanek z kawą lub szklanek z sokiem detoks, znad rogali z czekoladą, i znad żurawinowych batonόw musli, jak gotowi rzucić się do ucieczki zaraz, przeskoczyć przez krzesła, stoły, przez potłuczone szkło, byle dalej od wybuchu albo wystrzału. Tak siedzą teraz wszyscy w centrum Europy.

Aleksa ma ochotę na drugą filiżankę kawy. Jedyna używka, na którą sobie pozwala. Ale biurowiec już. Prawie zaskoczył ją, niczym znajomy na ulicy. Jak to kawał przestrzeni, jak to kawał czasu potrafi tam, w czeluści Aleksy zniknąć, przepaść.

Sięga po identyfikator. Ochroniarz prosi o otwarcie torebki. Codziennie prosi, i Aleksa codziennie otwiera, i codziennie ten znajomy-nieznajomy mężczyzna ogląda chusteczki higieniczne, produkty do makijażu, długopisy, szczotkę, klucze i całą resztę, którą Aleksa wlecze zawsze ze sobą. Od przedmiotόw uwolnić się, wyrzucić, pozbyć się: plastiku, żelastwa, papieru. Aleksa nie protestuje. Tak jak na lotniskach nie protestuje przy przeszukaniu, tak jak nie podpisuje listόw do korporacji Google’a i nie przestaje używać Facebooka. Dane osobiste Aleksy zaczynają już żyć własnym życiem. Niedługo wakacje, będzie można wyjechać. Odpocząć. Zaszyć się w notesie. W książkach.

Aleksa wchodzi do biura. Pracę ma umysłową, Belgia uznała jej polski dyplom magistra. Aleksa potrafiłaby przytoczyć odpowiednie przepisy unijne, ale nie było potrzeby. Nie szkodzi, zapomni się. Loguje się sześcioma hasłami do komputera, programów i aplikacji. Hasła ma zanotowane na kartce, obok PIN-ów i PUK-ów. Zapisuje hasła niezgodnie z procedurą, powinna je przechowywać w pamięci, wypracowawszy sobie odpowiedni system, na szczęście nikt o ten system nie może jej zapytać, bo tajne. Ledwie dotyka klawiatury, odczuwa znajome drżenie w palcach. Ale nic z tego. Nawet nie otwiera edytora tekstu. Outlook. Aleksa sortuje mejle, jak na taśmie produkcyjnej, sortuje uważnie, do różnych folderόw. Niczym zespół ratowników medycznych, którzy na miejscu zdarzenia oznaczają ofiary wymagające pierwszej pomocy. Pije dużo wody, żeby nawodnić suchą skórę, i odlicza do lanczu. Ignoruje wibracje komórki, telefonu służbowego nie może zignorować. Odpowiada na parę pytań w paru językach. W każdym ma polski akcent. O dwunastej trzydzieści w pośpiechu, który nie może wyglądać jak pośpiech (tak jak uczesanie na modne nieuczesanie u fryzjera), wychodzi na przerwę. Wszyscy zresztą zrywają się z miejsc, co bardziej strachliwi przypominają, że pauza jest obowiązkowa. Tu nie Trzeci Świat. Siedzą razem w sto osób w open spasie i dopiero po trzech latach, dopiero w zeszłym roku Aleksę uderzyła nieprzyjemna refleksja, szczerze mówiąc, był to potężny cios w szczękę, że nie różni się niczym od koleżanek i kolegów. Jeszcze wymówić się od wspólnego obiadu, i do parku. Z torebki Kindle, załadowane z osiemdziesiąt książek kupionych w dolarach na serwerze amerykańskim i jedyna pociecha, że zaharowani pracownicy Amazona nic Aleksie nie musieli dostarczać. Trudno już dokonać zakupu czegokolwiek, żeby nie poczuć się chujowo.

Wybiera e-book Knausgaarda. Książka otwiera się na stronie, na której skończyła wczoraj. 35% przeczytanego pliku, 87% baterii. Aleksa nie lubi liczb. Nie umie się dziś w tekście całkiem zapomnieć, sprawdza zegarek i połączenia komórkowe. Dwadzieścia dwa nieodebrane połączenia. Od Pietera. Czy naprawdę chce spędzić wieczór sama? A to kiedyś nie był problem. Lubiła ciszę.

Czytać nauczył ją ojciec. Już wtedy pił, twierdził, że po alkoholu litery widzi wyraźnie. Moment, w którym Aleksa po rusztowaniach nudnych konstrukcji A, B i C wspięła się na sam szczyt. Najważniejszy moment papierowego, jak je nazywała, dzieciństwa. Czekała, kiedy matka i ojciec z domu, żeby sama, z książką. Jeszcze bliżej wolności.

W parku przeszkadzają Aleksie biegający. Już nie można nigdzie posiedzieć spokojnie, żeby ludzie całymi stadami nie uprawiali joggingu w pobliżu. Aleksa kupiła profesjonalne buty do biegania cztery miesiące temu. Profesor zasugerował, że pomogłoby. Jeszcze się nie zdecydowała.

Skupić się. Lancz jest od czytania. Aleksa ma przecież plan. Naczytać się, nawdychać tekstu, nałykać zdań, dialogów innych niż te wypowiadane na stołówkach służbowych i w kawiarenkach, przy biurkach i w sklepach, a przecież o takich samych ludziach. Aleksa pochłania powieści. Uczy się z fikcji pisać o życiu. Wybiera najlepszych, pierwszą ligę, i nie zawsze są to zmarli. Ale zazwyczaj.

Po południu raport. Szef prosi, żeby przedstawić nie w liczbach, ale w procentach, takich sztuczek Aleksa się nauczyła. Cztery godziny, słupki, wykresy, tabelki. Rezultat jest niezadowalający, jutro Aleksa wyśle, niech się odwlecze. Niby dane statystyczne, a potem lecą zwolnienia.

Wreszcie wybija siódma po południu. Wybija godzina wolności i Aleksa zawsze odczuwa podniecenie, bo dzień się jeszcze nie skończył, słońce nie zaszło, w Aleksie wzbiera nadzieja, a może to tylko poziom serotoniny. Wskaźnik wolności o dziewiętnastej osiąga najwyższy pułap. Aleksa przestaje się bać, po drodze wyzbywa się strachu, do domu dojść, do siebie. Wziąć prysznic, zmyć ze skóry godziny biurowe, zwykłe nudne życie strząsnąć z siebie, żeby można było o nim napisać, wstawić kawę, pić mocną kawę, wlewać w siebie czarną energię, bo umysł się broni oczywiście, głowa już nasiąkła raportami procentowymi, niusami i muzyką z reklam. Aleksa usiłuje wydobyć ten umysł z samej siebie, uwolnić go, a przez to siebie uwolnić, próbuje różnych narzędzi, długopisu, komputera, nawet starej maszyny do pisania, przerzuca słowa, Aleksa żongluje słowami, i czasem tylko wytworzy się coś, bardzo rzadko, chwila, nanochwila, gdy Aleksa wolna.

Ilustracja: Ola Wasilewska. 

Ola Wasilewska (1989) – graficzka, wideoklipperka, słowoskładaczka. Tworzy hiperteksty („Zembla,” 2013; „Brzydkie sny”, 2013, „Ersatz Israel”, 2014). Redaktorka czasopisma literackiego „Wakat/Notoria”, dla którego od lat tworzy wideopoezję i klipy do wierszy. Współtworzy „Sklejkę”, feministycznego zina z poezją kobiet, przybierając takie imiona, jak Arnold Jamnik, Fasolowy Charlie i inne. Jej wieloekranową animację „Physiologus” wyświetlano na fasadzie Muzeum Sztuki Współczesnej w Zagrzebiu (2015). Wraz z Markiem Sobczykiem odpowiedzialna za projekt plastyczny „Warkoczami. Antologii nowej poezji” (2016).

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *