AUTOR

Joanna Mazur

na co dzień raczej próbuje pisać rzeczy z przypisami, ale czasem już nie może. Jej sztuka „plama” została wystawiona w 2017 r. przez Gerhart Hauptmann-Theater Görlitz-Zittau („der Fleck”). Żyje w Warszawie.

– Maryśka?
Zostawią ją wreszcie?
– Maryśka, no proszę cię!
No zostawią ją wreszcie, czy nie. Czasem se można poleżeć i nie ma potrzeby robić wokół tego krzyku.
– Maryśka, karetkę wzywać?
Nie.
– Ma kto tu telefon, dzwonić trzeba, kobieta mi zejdzie…
Nie.
Żeby jakoś te powieki nie ciążyły, jak ciążą, żeby jakoś tak w gębie pusto nie było, że języka to w ogóle nie czuje, by mu powiedziała. Niech towaru pilnuje, bo zara rozkradną, a nie karetki wymyśla. Przecie czasem to se można spokojnie poleżeć chyba.
– Panie, to nie wygląda dobrze, pan im mówi, niech się śpieszą konowały, bo zara to nie będzie co zbierać.
Kpio se. Wszystko wyśmienicie, każdemu się może takie potknięcie zdarzyć, żeby od razu karetkę, trzeba im powiedzieć, trzeba się podnieść, trzeba…
– Maryśka, ty się nie rusz! Jedzie ambulans…
Baba z niego, nawet nie musi tych oczów otwierać, słyszy, że beczy, stara pierdoła. Żeby tylko tę gębę otworzyć jakoś, to by przestał robić sceny. Ale nie idzie, no, no nie idzie. Trudno. Dobrze se tak poleżeć, nie ma stresów żadnych, że zaraz przyjdą, wyrzucą, będzie trzeba zwijać towar, chować, wracać, idioty to są jakieś, a tu, aż dziw jak wygodnie, jednak te chodniki to porządne chyba, nic nie czuć, jak królowa se zaległa.
Jeszcze cztery lata i będzie pół wieku jak tu bywa, to wie, co lepiej, co gorzej. Ruch gorszy. Wpierw to zawsze szło wszystko, co było, chyba że niczego nie było, to nie szło. Potem wszystko szło, co było, a było nagle wszystko. A teraz, pożal się Bogu. Jak się niekiedy 40 złotych ubije, to wielki biznes. Staremu już niby sił nie starcza na Ukrainę jeździć, bo tak to zawsze było, że daleko, a wie, że strach. Można by tego jego Wojtusia posłać, niech się chłopak nauczy, a nie tylko za ojcem po pieniądze biega. Kropka w kropkę, taki sam pierdoła. Tramwaje lepsze, już po tych schodach człowiek się nie tłucze jak głupi z całym majdanem. Skąd się tyle tych rzeczy porobiło, to nigdy nie zrozumie. Życie gorsze. Tak codziennie, to gorsze.
Żeby oni wiedzieli, żeby oni w ogóle wiedzieli. Nic nie miała, nie że nic, że coś, a niby nic. Nic nie miała, tylko dwie sukienki i jakąś bieliznę. Buty te jedne, co na sobie. I sweter. Dało się? Patrzy czasem na tego Wojtusia-picusia, i po prostu żal chłopaka, że taka ciapa. Tu za grosz przesady nie ma, że ona odważniejsza. Szkoda, że takie wszystko teraz ciężkie, bo w saszetce, skrytą, nosi fotografię: 15-letni kawał baby. Nawet nie wie po co jej robili, może do szkoły potrzebna, są na niej chyba, sprawdziłaby, ale ciężko, ślady od zszywek, jak z legitymacji: ale zrobili. Ogromny warkocz, wytrzeszczone oczy i cycki, które potrafiły przesłonić świat.
Tyle pamięta, że wyczepia te zszywki, delikatnie, wyrosłym przez pielgrzymkę za długo, paznokciem. To chyba było gdzieś niedaleko zresztą, zabrał ją chłopaczek z czymś na targ. Wysadził po tej stronie i tu już została. Ona, jej sweter, dwie sukienki i te buty, co je miała na sobie potem jeszcze przez trzy lata chyba. Weszła gdzieś w podwórko, bo przez całą drogę nie dał jej chwili, żeby spytać czy może siku, i wtedy jakoś się wysunęło to zdjęcie, to je wyczepiła, brudny kartonik podarła na kawałeczki i wyrzuciła do kanalizacji.
Dobry to był ruch. Pół minuty później, kiedy odwijała kiecę załatwiwszy, co było do załatwienia, już był przy niej jakiś mundurowy. Czego tam szukał, w ciemności praskiego podwórka, nie wie, a może i on nie wiedział. I wyskakuje z jakimś „Obywatelko, a czego to o tak późnej porze szukamy w tych okolicach?”, albo „Panience nie wstyd, tak pod Matką Boską przyziemne potrzeby…”, albo coś o tym, że… Nie pamięta. Ale coś zagadał i coś z tą Świętą Panienką było, bo dokładnie wiadomo, że stąd się ta Marysia wzięła. Nie drążył, złapał jakoś za tę kiecę, pokazać chyba chciał, że to wstyd, ale co tam miał być wstyd, wstyd to przed swoimi, a nie przed obcym jakimś.
– Maryśka, jadą już, już zaraz będą, wszystko będzie dobrze!
No, koniec żartów. Trzeba wstawać. Tylko kiedy się pomyśli, że trochę się zgiąć trzeba, do góry, kark podnieść chociaż, czy co, to nie. W głowie macha całym ciałem, lepiej niż opętana wywija, ale tak to nawet oka nie otworzy. W uszach dudni ulica, drżenie szyn obija się o asfalt i czaszka pęka, ale żeby się podnieść, to nie. A może to i dobrze, tylko by bardziej niosło, skoro same głosy w szał wprowadzają. Tak jak wtedy, zawsze to samo, każdy jeden wie co dla dobre, a tylko poleżeć potrzeba, odpocząć i zara, już zara se wstanie.
Wtedy też tak, właśnie tak, że dokumenty, że nie ma, że gdzie mieszka, że nie mieszka, że gdzie idzie, że do rodziny, że odprowadzi, że wcale niech nie odprowadza, że musi, służbowy obowiązek, że chyba bardziej są poważne obowiązki. Pat, jak powiada Stary, pat, bo stoją i się sobie podobają, ale on wie co dobre, a ona wie co lepsze. Pyta w końcu czy pali, ona choć wreszcie nie musiałaby skłamać, to już chyba przywyka, i mówi, że owszem. Ciężko idzie odpalanie, ona mocno ciągnie, ale ogień nie chwyta, sierpień się żarzy bardziej niż ten papieros, w końcu udanie, no proszę, dziękuję, nie ma za co, moja przyjemność, a żebyś ty wiedział, że twoja.
Wcale nie tak było, to nie taki był typ. Odprowadził ją do jakiegoś klasztoru, czy kościoła, gdzie nikt nie zadawał idiotycznych pytań. Powiedziała, że wraca z pielgrzymki (prawda), że chciała zobaczyć kawałek świata (prawda), zanim wróci do siebie (nieprawda), że matka, mamusia, i siostry już pewnie w domu (nieprawda). Wiadomo, że cały czas było tak łatwo, ale czasem się jej dziwiła, że tyle dni spędziła myśląc o tym jak to trudno i jak się nie da.
Młoda była, bardzo młoda, niczego sobie, praca sama jej wpadała w ręce, pieniądz za pieniądzem lądował w kieszonkowej Biblii, którą dostała od sióstr, wszystko szło załatwić. Wszystko. Nikt się głupio o nic nie pytał. A jak się pytał, to odpowiedź rzęsami mu wytrzepywała i się kończyła głupia ciekawość. Takie to były czasy. A teraz co? Teraz leży, jak ta ofiara losu, i nawet okiem nie mrugnie, kiedy zabiorą. Że też musiało to dzisiaj, że też właśnie tak.
No i są. Naciskają, dotykają, ten coś piszczy, tamten saszetkę otwiera, a nawet nie można ręką na niego machnąć, złodzieje. Stary pewnie tak się cyka, że zaraz z nimi do tego szpitala sam pojedzie. Zero pomyślunku, jakby ten towar sam się stąd do domu miał zwinąć, a on tylko to „Maryśka, Marysia…” i za rączkę trzyma. Trza mu przypomnieć, bo to przecie strata, taka strata.
Taka była ta myśl, kiedy zawijała tobołek rzeczy na pielgrzymkę: no co to będzie za strata? Plan jest dobry: powód dobry, okazja dobra, lepiej tego wymyślić już by nie mogła. A że się nie uda? To co niby będzie za strata? Tego, jak jest, już dnia dłużej by nie zniosła, a miało się tylko na gorsze zmieniać. Pamięta, to akurat pamięta dobrze, że poszła do ojca i mówi, że pielgrzymka. On, że co ona nagle. No to, że za ślub. Że musi, bo potem dzieci, mąż, nie pójdzie, a że musi z Maryją se pogadać. On, że pogadać to se może z tą kapliczką co dwieście metrów od domu stoi, a nie przez całą Polskę biegać. I nagle, to tak być miało, weszła matka, mamusia, z kuchni, i jak nigdy nic nie mówiła, to wtedy powiedziała: niech idzie.


Ojciec nic nie powiedział. Cisza. To ona też nic nie mówi, bo co. A matka, mamusia, aż się chyba przestraszyła, że oni tak cicho, i zaczyna, że od Deptułów była przecież Wandzia i jaka poukładana wróciła, to nie poznasz, to taki wcielony szatan był, a teraz? Ojciec jak scichał, tak cichał, matka, mamusia, już chyba też nic do powiedzenia nie miała. Ale następnego dnia wraca wieczorem i stoją buty nowe. Że dla niej. Że jak ma iść, to niech w porządnych butach idzie. Takie były porządne, że jej krew od domu do Częstochowy chyba ślady znaczyła, ucisk z każdej strony miały, sztywne jakieś pantofle. Ale potem, potem to już poszło, jeszcze przez trzy lata chyba w nich chodziła bez przerwy.
Myśli czasem o tamtym dniu i czuje, że matka, mamusia, to wiedziała. Może i wiedziała, zanim ona w ogóle cokolwiek wiedziała. Nie, może ona chciała tego. Może – – –
Ludzie, boli, co oni! Konowały, pacany, błazny i mordy zakazane, jakby ich kto z więzienia puścił, zamkniecie już na powrót to oko? Boli ten was widok, no!
Ona wiedziała, jak to boli. Która nie wie.
Strasznie ciężko im się ją podnosi, a przecież tera dwa razy jest mniejsza, niż wtedy. Jej jeszcze ciężej, brak już siły na znoszenie tego wszystkiego, to może w sumie tak, to może jednak tak, że to nie upał, że to nie ciało, tylko to ten jego wzrok. Ile on w ogóle teraz może mieć lat, dziad cholerny. Jaki to mógłby być przypadek, skoro dokładnie wtedy, kiedy te jego śliskie oczy, te jego obrzydliwie śliskie oka, czego on chciał, idiota, czego on mógł chcieć. Ciągną i ciągną, jakby ją chcieli rozerwać. I ten Stary gdzieś w tle cały czas mendzi, zamiast zebrać towar i wiać, przecie rozkradną.
Te buty też jej ukraść chcieli, jak dziś pamięta, gdzieś w drodze, w nocy, bo co je miała zdejmować, strach trochę, nagle czuje, że ktoś jej przy stopach majstruje. Kopnęła na ślepo z całej siły, a kawał z niej był wówczas baby, to rano widziała, jak jakaś babinka ze śliwą jak siemasz chodziła. Złodziejstwo pielgrzymkowe, normalny biznes, myślała, że się da. A się nie da, nie ją w konia robić. Sprytniejsza była niż te wszystkie dziumdzie.
Kiedy tylko doszli, zamęt się wielki zrobił, bo ludzi tylu, to nigdy, że w życiu nie widziała, a wszyscy gdzieś idą, czegoś szukają, coś zgubili, coś potrzebne, też mi namysł i skupienie. To se pomyślała: idu. Nie ma na co czekać, komu w drogę. Cichcem się przeżegnała, przeprosiła grzecznie najświętszą panienkę, że tak tylko tyle i w tłum się do tyłu przedzierać. Strach był, że kto przyoczy, że zagada, że się nie uda. Wzięła się w garść i pewnie idzie, jakby wiedziała dokąd. I jak tylko się ciszej zrobiło, mniej tłumnie, spokój ją taki ogarnął, jak jeszcze nigdy, że dobrze robi i że tak trzeba.
Szła wzdłuż drogi. Bez pośpiechu, jakby wcale nie uciekała. Nawet nie pomyślała, żeby się chować. Nie pomyślała, żeby pomachać. Przyzwyczajona do chodzenia już nawet bólu stóp nie czuła. Sam się zatrzymał. I pyta dokąd. To mówi, że do Warszawy. Mówi, żeby wsiadała. To wsiada. Jadą.
Jadą. Sygnał drażni jak cholera. Tyle lat świętego spokoju i akurat dzisiaj, no. Komu przeszkadzała, że musiało się tak. Tyle lat. I akurat dziś. Podchodzi i nic nie mówi, tylko patrzy. Może nie był pewny. Pewnie nie był pewny. Ona wiedziała od razu. Czterdzieści sześć lat i wiedziała od razu. Jeszcze jest brzydszy, niż był. Myślała w sumie, że nie żyje. Dlaczego miałby żyć. Ile on ma, osiemdziesiąt lat, tam przecież takich jak on, żeby przeżyli tyle, to nie ma zbyt wielu. A on, właśnie on, to musiał.
Stoją za długo, więc pyta go spokojnie co podać. Ten się zmieszał, gapić na nią się przestał, a na towar się gapi. W końcu mówi, że maliny po ile. To mu mówi, że osiem złotych, chociaż jasno stoi napisane, że osiem złotych. To on, że u niego to jak kupić, to za cztery, a że w ogóle to se zerwać można i że to jest zdzierstwo ta Warszawa i żeby lepiej ze zdrowiem było, to by się nigdy tu przyjechać nie zgodził, ale że córka powiedziała… To mu mówi, że ją figę obchodzi jego córka i jego zdrowie, i jego maliny – i wcale tego nie mówi, tylko mówi, że co poradzi, taki rynek i czy pakować. To się obraził, ręką machnął, mówi że weźmie, jak taki rynek. Wkłada mu pudełko, licząc że to te najgorsze i same zgniłe będzie miał pod spodem, bo na lepsze to on sobie nie zasłużył, do siatki plastykowej, kładzie, żeby mu ręki nie dotknąć i czeka, aż wyjmie pieniądz. Trzęsą się ręce dziadowi, trzęsą się jak się patrzy, więc chociaż tyle se myśli, że jej lepiej idzie cały ten kabaret. Ale zrozumiał, kładzie dziesięć złotych i mówi, że reszty nie trzeba. To w gardle jej staje, że będzie łaskę jej robił, że na dwa złote ją wycenia, dwa złote, spokój zrujnowany i gniew co w niej rośnie jak wtedy prawie, więc mu mówi, że to nie restauracja i napiwków się nie daje, kładzie mu te dwa złote na tę siatę jego i odwraca się, jakby cokolwiek do zrobienia miała. Bóg chciał, że akurat stoi Stary od drugiej strony, to mu mówi, że Stary, taka sprawa, że słuchaj, bo gdybyś może… I tak jakoś coś tam snuje i kątem oka widzi, że tamten niby idzie, ale się co chwilę tym swoim cielskiem zwalistym obraca i jeszcze się gapi, czy aby na pewno mu się nie pomyliło. I tylko jak zniknął z kąta oka, to wtedy ona nagle, jak piorunem rażona, jakby grom z nieba jasnego trzasnął, tak jak długa na ziemi leży i nic nie poradzi, bo się nie podźwignie, choćby chciała, to się nie da.
Trzy dni wtedy siedziała w wyrze i nie mogła się wygrzebać. Mówiła, że chora, że bardzo chora, że wszystko boli, że przeprasza, że taka, ale chora i że tylko wyleżeć musi i wstanie, i będzie robić, że przeprasza. Trzy dni. I tylko co chwilę ta myśl, że grzech, że źle zrobiła, że to jej wina, bo przecież trzeba było inaczej, tylko jak? Że przecież kiedy tylko wyjdzie, to wszyscy zobaczą. Ojciec raz przyszedł, spojrzał, powiedział, żeby szybko zdrowiała, bo się samo nic nie robi i zboże nie poczeka. A żeby tego zboża, to nie było. Żeby nie było żadnych cholernych pól, żeby lasów nie było, żeby był tylko pokój zamknięty i nic więcej. Kiedy tylko zamykała oczy, to znów się dawała. Bez snu dni całe przeleżała, bo to się przecież nie dało tak spać, no jak by się nie starała, to co chwila: to samo, ból ten sam, krzyk ten sam, zdławiony w gardle.
Teraz tak samo, krzyczeć chce, żeby ją zostawili, że do domu, a nie gdzie oni ją w ogóle wiozą, że się nie zgadza i że już przecież dobrze, ale krzyczeć nie może. Jak się kłócić trzeba ze Starym, to problemów nie ma, aż u sąsiadów pewnie gadają, co tam pod piątką się wyrabia. A teraz, teraz to oko za ciężkie, żeby otworzyć, co dopiero gębę. Leży tylko i czuje, że Stary po ręce klepie i coś tam mamrocze, że wszystko dobrze będzie.
Tak, tak, zawsze wszyscy tyle do powiedzenia mieli. Ten mundurowy, że: pani Mario, jaka ona wtedy pani była, że wszystko będzie dobrze. Wpierw nie zrozumiała do kogo on w ogóle mówi, a potem, o co mu w ogóle chodzi. Co ma dobrze być. Matka, mamusia, tak samo. Trzeciego dnia, jak przyszła rano sprawdzić czy już do roboty może, to jej mówi, że mamusiu, że nie chciała, że nie umiała, że to nie jej wina, że przeprasza, że nie wiedziała co zrobiła, że… A ona, że co sobie myśli, że to niby może pierwsza i że może jeszcze ostatnia? Że za wojny ona to już nawet nie pamięta ilu ich było, ale że to nieważne i że dobrze będzie. Patrzy na nią tymi oczami, co tylko bardziej smutne się robiły, i mówi, że dobrze będzie. Co dobrze, kiedy dobrze, że tak to ma wyglądać, że co? Tak ją to wszystko rozeźliło, że aż wstała i do roboty poszła.
Robi, robi i sobie myśli. I to, wtedy ta jej pielgrzymka. Że trzeba iść, bo przecież nie zniesie. Rach ciach i wieczorem – załatwione. Taki to z niej był typ, że co pomyśli, to zrobi. Z niego taki to był typ, że nie pomyśli, a zrobi. Tyle lat, tyle spokojnych lat, a on się nic nie zmienił, znowu się wdziera i nie pomyśli, co z tego będzie.
– Maryśka, wszystko będzie dobrze, tylko badania panowie ci tu zrobią, na badania jedziemy, wszystko dobrze…
Wiozą i wiozą, przekładają, jakby z niej worek już tylko został, się nie patyczkują. Nie, że boli, bo nie boli, ale bywało się w lepszych sytuacjach. Oczy jak ciężkie, tak ciężkie, oddech też jakiś trudny, maskę nałożyli, że powietrze się wpycha, ale i tak to niełatwo tak ciągnąć, wręcz gorzej, bo swobody nie ma. Jak ta jego łapa, też na twarz położył i do ucha warczał, że cicho ma być, że jest piękna, że on nie wytrzyma i że jak ona może być taka okrutna, że taka chodzi, że co myślała, i tą ręką trzyma, jakby miała zaraz krzyczeć zacząć, a jej ten pomysł w ogóle w głowie powstał, dopiero jak drugi dzień w łóżku leżała, że może krzyczeć należało i wtedy zrozumiała dopiero co on chciał, żeby ona cicho była. A była, ani jednego pisku nie wydobył z niej, ni słowa mu nie powiedziała, jak potem z pola wracała, a on spod sklepu z innymi takimi coś komentował. Co mu miała powiedzieć, do widzenia? Miało nie być do widzenia, miał już jej nigdy przed oczami ten wzrok obślizgły nie stanąć.
A teraz to nie stanie, bo już oczu nie otworzy i tyle będzie miał satysfakcji. Tyle i ani krzty więcej, niech się głowi czy to ona, czy nie ona, nie jej sprawa, byle już jej przed oczami nie stał nigdy, nigdy – – –
– Maryśka, panowie tutaj, słuchaj, potrzeba dokumentów twoich, ja tylko na chwilę, saszetkę, ja nic nie będę patrzył, przysięgam, wiesz przecież, że ja bym sam z siebie nigdy… Ale oni dokumentów.
Dokumentów. To niech se szuka dokumentów. Najlepiej niech od razu pieniądze weźmie i jej jakieś dokumenta kupi, bo tyle tam znajdzie. I zdjęcie tamto, w małej kieszonce schowane. Co ona ma dokumenty nosić, jak dokumentów nie ma. Nie potrzeba. Tak robiła zawsze, żeby nigdy nie potrzebować i proszę bardzo, nigdy nikt głupio nie pytał. Mogła się domyślić, że te łamagi to się tak łatwo nie zajmą człowiekiem, że się zaraz zacznie, pesel, sresel, ubezpieczenie, a co ona ma. Żeby jakoś wszystko nie ciążyło strasznie, to by ją tyle tu widzieli. Dokumentów się zachciało.
– Maria Kawęczyńska, pan mi uwierzyć musi, ja nie wiem, ona do pracy po prostu tego nie bierze, bo a nuż kto ukradnie. Pesel? Jaki pesel, mój? Jej pesel? Panie, żebym ja w moim wieku taką pamięć miał, to bym w teleturniejach grał, a nie handlował. Pesel… ja nie wiem, ale urodzona 15 sierpnia 1954 roku. Warszawa, wiadomo, całe życie na Pradze.


Kochany Stary, jeszcze ich obkręci, że się skończą głupie pytania. Żeby ich już w końcu do domu puścili. Po domu to i z zamkniętymi oczami by mogła chodzić, jeśli by jej się zachciało wstać.
– Czyli przywieźć trzeba… Ale jak ja ją tak zostawić mam, skąd ja mam wiedzieć, czy aby się co złego nie stanie akurat teraz, akurat jak mnie nie będzie, skąd ja mam wiedzieć czy ona może się nie obudzi, i co, i nikogo nie będzie przy niej? Ja nie mogę tak jej zostawić… Maryśka, ty słyszysz, ja cię muszę zostawić, panowie chcą dowód, ja pojadę, zaraz wrócę, nawet nie zauważysz, że mnie nie było, już pędzę, zaraz będę…
No to tyle załatwił. Leży se dalej, bo co ma robić. Czeka na awanturę, co tyle ją obejdzie, co nic, bo już nawet oczu nie otworzy, niech se nie myślą, że ją to ruszy, że oni dowodów potrzebują. Miała dowody, miała sukienkę podartą, cała podrapana tymi jego pazurami, cała była nim oblepiona i brudna. I co na to tamci? Żeby nie oczerniała wzorowego męża i świeżo upieczonego ojca, bo pozwie i wstyd będzie, rodziców tylko zmartwi niepotrzebnie, a oni niemłodzi i chyba nie chce im przykrości sprawić. Tyle myśli o wszelkich dowodach, jakby kto pytał, ale nie pytają, bo myślą, że nie żyje.
Jest to jakieś jednak zaskoczenie, że jej się tak udało im wymsknąć. Chyba poza matką, mamusią, nikt nie wiedział, że może tak tam nie zostać. Tato nie wiedział nic, zabroniła mamusia mu mówić, boby jeszcze zrobił awanturę, a potem ktoś by im stodołę podpalił. No i miała rację, co by to dało, nawet jakby mu poszedł i w mordę dał, to przecie tylko by się na pośmiewisko wystawił, że ma córkę kurwę. Tego matka, mamusia nie musiała tłumaczyć nawet. To już wtedy było jasne, że inaczej jakoś sprawę trzeba rozwiązać. Nigdy już się nie dowiedziała, które buty jej kupiło. Nigdy się nie dowiedziała kiedy im się zmarło. Nigdy nie zadzwoniła, nie było jak. Nigdy nie napisała, nie było po co. Zresztą, tyle co oni czytali, to by i tak nie przeczytali. Zresztą tylko więcej by bólu z tego było, więcej wyrzutów, a tak to im córka młodo odeszła, pewnie jakiś ją porwał i zabił, bo to się rzadko zdarzają takie historie.
Ciągle się zdarzają, co chwilę się zdarzają, przecież zanim tu nie przyjechała, to już drugi, ten milutki, co tym autem swoim ją zabrał, też zdążył, wpierw niby to przyjacielsko, klepnie w udo jak coś go ucieszy, ale po chwili to jakoś nie puści, trzyma, że niby nie wie, kontakt łapie, a ona nie chce pod kołami umierać, to siedzi spokojnie, tylko się odsuwa ile może, to ten ją pyta, czy coś nie w porządku, to mówi, że nie, że wszystko przecież w porządku, to on znów za kolano, czy aby na pewno, to ona w okno, że na pewno, i tak grali, co on w tę, to ona w tamtą. W końcu się zraził, jak mu powiedziała, że strach trochę tak z nim jechać, bo takie ma dni, że nie wie, czy fotela mu nie uczerwieni. Kłamstwo, aby to pierwsze, aby to ostatnie, ale skutek był, bo kazał na jakimś worku siedzieć i już za kolana nie łapał.
Taka dumna z siebie była, że się to tak udało wtedy. Bo ten pierwszy raz, no to inna była historia, tam nie było za kolanko, tu popieści, tu potrzyma, tamten to był wariat. Jak raz w końcu złapał, to złapał całą i inną wypuścił. Taki był, że nie było, że proszę, że nie, że przecież tyle lat przyjaciel rodziny, że przecież go jej rodzice odchowali niemal, bo co on tam z tym swoim ojcem ochlejmordą by miał w domu. Piekło by miał, a może i miał, ale to nie powód był, to nie był powód, żeby ją za sobą ciągnąć. Żeby ją w pole zaciągnąć i inną wypuścić.
Taki miał wzrok wtedy, jak dzisiaj. Taki był odległy, że mogła wiedzieć, że coś szykuje. Niby to wracają razem po kościele, piękny dzień, nie tak daleko iść trzeba, w sam raz, rozmawiają coś, on znowu te swoje bajki opowiada, ona słucha nie słucha i nagle, nagle zupełnie, że nie wie jak to się stało, on ją za ręce łapie, żeby przestała tak z nim pogrywać, bo przecież on tego nie zniesie. Że co ona sobie wyobraża, że on to znosić ma jeszcze długo, że on tego nie będzie znosić, i ją za sobą w pole ciągnie, a ona nie rozumie i idzie za nim, bo myśli, że on przysiąść chce czy coś, ale nie przysiada, tylko za ręce dalej trzyma, mocno trzyma i jakoś tak ni to sadza, ni to kładzie, coś se przy gaciach majstruje i gada, i cały czas gada, że to nie może być tak i że on nie wytrzyma.
No i nie wytrzymał, ręką tu trzyma, tu na twarz kładzie, jakby miał tych rąk ze cztery co najmniej, a ona nie rozumie i dopiero kiedy puszcza, dopiero wtedy czuje, że boli. On już wtedy nie gada, tylko patrzy tymi oczami śliskimi, stoi nad nią i się patrzy. Po czym poprawia se gacie, przeczesuje ręką, tą samą pewnie, co jej chwilę wcześniej twarz zasłaniał, żeby nie pisnęła, jakby tam ktoś mógł być, co by usłyszeć miał, odwraca się, mówi: suka, i odchodzi.
Do żony mu się śpieszyło, do jego żony, co z dzieckiem w domu ich, dopiero co zamieszkałym, siedziała, czekała aż z kościoła wróci, żeby mu kolacji dać. Do domu mu się śpieszyło, żeby jeszcze przed wieczorem se posiedzieć, na żonę popatrzeć, jak dziecko do snu układa. A jej się nigdzie nie śpieszyło, do domu to na pewno nie, bo co matka, mamusia, powie, że taka ładna sukienka, a podarta. Ale kiedy już słońca nie było widać, to poszła, wstała, chociaż bolało to wstanie, wstała sama, sama do domu poszła i dobrze, że akurat cud, nikogo nie było, więc spokojnie się przebrała, poszła do łóżka i sukienkę zszywać zaczęła, żeby matka, mamusia, żeby nie przyuważyła, że taką piękną sukienkę zniszczyła.
Ona zniszczyła. Ona go męczyła, że on wytrzymać nie mógł spokojnie. Ona niepotrzebnie się spodobała i sama się prosiła. On jest dobrym ojcem i mężem, ona trzpiotką, która chciała zniszczyć jego rodzinę. Wcale nie poszła nic zgłosić. Jak mamusia nie zrozumiała, to co oni mieli zrozumieć. Pomyślała, że nie ma co zostawiać śladów, że nie ma co – – –
– Maryśka, dzie ty dowód trzymasz, co? Ja całe mieszkanie przeszukałem, wszystkie szafki, w kuchni aż kubek stłukłem i nie ma. Nie ma, a panowie potrzebują, co ja im powiem, że nie ma? Że mi kobieta…
A masz ci, cholera. Uparci jak te osły, mogliby już się poddać, do domu puścić, człowiekowi świętego tylko spokoju trzeba, żeby mu drugi w okna i pod spódnicę nie zaglądał, i tyle. Ale to się nie da, zawsze się musi znaleźć jakiś jeden z drugim, co se spokoju nie dadzą, dopóki nie sprawdzą. Tera to samo, męczą, rzucają człowiekiem w tę i z powrotem, zamiast dać po ludzku odpocząć, nie można już se nawet poleżeć spokojnie, żeby się ktoś nie zaczął interesować.
Nie mówi, że to źle, że ludziom się czasem dbać o innych zachce, sama wie, że to miłe mieć takiego Starego, co się o niego zatroszczyć trzeba. Wiadomo, sympatycznie tak się poczuć, że ktoś cię potrzebuje. Ale to nie tak ludzie myślą, o nie, już nie raz, nie dwa, tak myślała, że tak myślą, i źle myślała. Ciekawskie świnie, co w dupie mają, jak naprawdę człowiek się ma, jak się nie ma, żeby to ją raz tak nabrał, jeden z drugim, jeden z drugim, raz po raz, taka była głupia i naiwna, że myślała, że naprawdę ktoś się chce pochylić jak nad drugim człowiekiem. Pochylić to chyba po to, żeby w cycki se popatrzeć.
Znów się nad nią jakiś pochyla i otwiera jej oko. Tak jej to oko otwiera, że ona widzi, że nie jeden Stary w tej klitce z nią siedzi. W drzwiach o framugę ciężko oparty dziad, tylko się głupio gapi. Próbuje krzyknąć, że jak to, ale ust otworzyć nie może, a po chwili i oko znów zamknięte. Nie zgadza się, nie zgadza się, żeby on ją tu podpatrywał, kiedy ona na niego nigdy już nie chce patrzeć, niech on zniknie, bo przecież to można – – –
– Maryśka, tu panowie zaraz badania będą robić, spokojnie, ty tylko oddychaj głęboko, ty tylko oddychaj spokojnie i wszystko już zara, zara będzie dobrze, ty spokojnie, Maryśka…
Jak on ją wytropił, pieprzony esbek. Przecież odszedł, przecież już nie widział, jak ona się w stragan osunęła, aż połowa malinowych pudełek wylądowała na ziemi. To już dawno było, więc jakim on cudem, na Matkę Boską, znalazł ją i stoi tak bezczelnie, i gapi się tak tępo. Przecież to być nie może, żeby go tak wpuścili, przecież to się nie godzi, taka manipulacja, taka manipulacja, komuś łapę posmarował pewnie, czego dziad chce ode mnie, po tylu latach, wtedy to jeszcze, ale czego teraz, od starej baby, i to jedną nogą w grobie stojącej, może on chcieć.
Nic mu wtedy nie powiedziała. Tak jak on jej rzucił suką na do widzenia, tak ona nie powiedziała mu niczego, bo przecież ma swój honor i nie będzie się, no nie, nie będzie mu się przyznawać, że myślała, że miał rację. Że się sama prosiła i że to była jej wina. Nikt jej nigdy potem nie powiedział, że nie. Nikomu nigdy nie powiedziała, nie po tym, co jej matka, co jej mamusia, że ona to nie wie nawet ilu, bo taki czas i taka sytuacja. Sama sobie musiała powiedzieć, że to jej problem, ale wina nie. Że jaka by nie była, to on byłby taki sam i że pewnie i nie ona jedyna z nim miała do czynienia. I że pewnie nie z nim jedynym dziewczęta miały do czynienia. I że to taki czyn, że trzeba samemu powiedzieć sobie, że to przecie nie ona się prosiła i że wcale, ani w ogóle ona nie jest suka. I nie po to nad tym przez lata myślała, żeby teraz on jej tutaj, do jej miasta, do jej, Kawęczyńskiej, miasta, tak sobie po prostu wpadał.
Stoi tam dalej, czy nie stoi. Nie wie, stara się nie wyglądać głupio z tymi oczami zamkniętymi i trupią bladością, bo taka pewnie mu się widzi. Próbuje uchylić jedno oko, ale nie rusza się nic, to myśli, że i dobrze, boby mu jeszcze wstała i co by mu krzywd wyrządziła. A tak to siły na zamiary przekłada i tylko tyle, żeby mu satysfakcji patrzenia na niego już nie dać. Słucha spokojnie jaka sytuacja i rozpacz Starego ją po uszach bije, bo on tylko głośniej, jakby myślał, że to coś może dać, ją o ten dowód pytać. Stary, Stary, już by spokój dał z tym, nic nie znajdzie u niej, nic nie znajdzie na nią, śladu papierów nie ma.
– Przepraszam najmocniej pana szanownego, ja mógłbym coś tutaj pomóc może…
Cichaj ty już lepiej, ty to od dawna nic już pewnie nie możesz.
– A pan, to przepraszam kto? Ja pana nie poznaję, proszę opuścić salę, tu tylko dla rodziny wstęp, panie doktorze, proszę mnie pomóc, co ten pan tutaj?
– …ja bym mógł pomóc, ja znam tem paniom.
Wiedziała. Wiedziała, żeby znikać póki był czas. Teraz to się dopiero zacznie. Trzeba było wszystko zostawić, a nie się jakimś słabościom dawać i jak jakaś blada paniusia mdleć na środku targu, co się spodziewała, że on sobie odpuści, że spokój da, gdzie głowę miała, głupia, żeby myśleć, że po prostu weźmie te maliny przepłacone i tyle go będzie widzieć. Przecież wtedy tak samo było, dokładnie, że te dni, co jeszcze potem była w domu, to on tyle przychodził, co nigdy wcześniej, ciągle coś miał. Do ojca, do matki, mamusi, interesy miał, że tu coś pożyczyć, że tu nagle coś oddać, co mu się po latach przypomniało. Z oka jej nie spuszczał, dziad.
– Ten pan zna tę panią, ten pan chyba sobie raczy żartować, moja narzeczona z tym panem nic nie ma wspólnego i mnie ten pan nie będzie obrażać, Maryśka, powiedz, że ten pan to wariat jakiś, powiedz im…
I w szloch, słyszy jak mu się głos łamie, ale co ma mu powiedzieć. Nic mu nie powie, już siły nie ma na te ich kogucie awantury, jakby to jej problemy były, a ona proszę państwa umiera i już prosi takimi bzdurami z drogi jej nie zawracać. Już ją te ich fizie mizie tyle obchodzą, co zeszłoroczny śnieg. O, tyle ją to wszystko obchodzi, że się nie wtrąca, niech se gadają, co chcą.
– Marysia, przecież to nie może być, obiecywałaś, przysięgałaś, że chociaż bez ślubu, to nie będzie takich scen, ty…
– Szanowny pan nie zrozumiał, ja tom paniom to z dawna znam, dziś pierwszy raz od lat ją widzę, przysięgam panu kochanemu, ot przypadek…
– Mnie pan tu od kochanków wyzywać nie będzie, ja mam swój honor, ja się nie zgadzam, ja się po prostu nie zgadzam, kogo pan sobie zna, to niech pan zna, ale mojej narzeczonej, to pan się nie waży znieważać, bo ja na to nie pozwolę – – –
Co jeden to bardziej nienormalny. Co ona tu robi w ogóle, niech oni ją szybko do domu wyślą, to chociaż we własnym łóżku zejdzie, a nie tutaj, w tym małpim gaju.
– Mnie ojciec pana narzeczonej jak swojego odchował, ja ją za dziecka znałem, kiedy jeszcze taka była, o taka!
Prawda.
– Tak? To ciekawe gdzieś pan przez te wszystkie lata był, że ja pana teraz pierwszy raz na oczy widzę, a my już dwadzieścia cztery lata razem, rozumie pan, dwadzieścia cztery lata…
Nieprawda. Dziewiętnaście. Zawsze liczy od tej pierwszej, przypadkowej nocy, kiedy to jej nie raczył powiedzieć, że ma szanowną panią małżonkę i malutkiego wtenczas Wojtusia. Coś po fakcie mu się wymsknęło, tak się zdenerwowała, że bez gaci od siebie wyrzuciła, buty przez balkon poleciały, bo, no tak ją zdenerwował tym. Taki milutki, taki sympatyczny, a po chwili: o proszę, żonka, dziecko, ta sama historia. To się zdenerwowała, a co, ona już żadnych dramatów nie chciała. Na szczęście się okazało, że ta jego żonka to też szczwana była i w pół roku później powiedziała, że Wojtuś to chyba jednak nie jego, że ona to w ogóle z innym chciała być, że teraz tamten też chce, że ona bierze Wojtusia i rozwód. Drugi raz był dopiero po rozwodzie, bo powiedziała, że dopóki papierka nie przyniesie, że nieżonaty, to może najwyżej w czółko ucałowanie dostać na dobrą drogę do domu. Wszystko ta sama historia, tylko co jeden to lepszy miglanc. Tamtej się zresztą zmarło szybko, nic złego o zmarłych się nie mówi, a do dziś nikt nie wie, czy była choroba jakaś, czy ją tak tamten złoił.
– Mieliśmy problem, rozumi pan, rodzinny, zniknęła i nie wiadomo było dzie szukać, ja panie co miesionc na policjem chodziłem aby się dowiedzieć czy może czego nie słychać w tej sprawie…
Dobrze mu, dobrze mu, jeśli chodził, tam. Prawda, nieprawda, jej to już wszystko obojętne, pewnie kłamie, ale jeśli nie, to dobrze, że chodził. Źle, że sobie wychodził. Nie chce go na oczy widzieć i nawet ten jego głos, taki rozedrgany i stary, ale nadal jednak jego, to ją drażni. Już lepiej ją to jęczenie Starego bawi, niż to dziadowskie pitu, pitu. Żeby obaj spokojnie umrzeć dali w ciszy, to by się nie sprzeciwiła.
– Czterdzieści sześć lat, rozumie pan, czterdzieści sześć lat na posterunek, co miesionc, po kościele, czy nie dowiedzieli się czego. Myślałem, że wie pan, że tera to, technologie, to wreszcie siem znajdzie, chocia mówili, że głupi jestem, bo pewnie zeszło jej się już i szukać nie ma co. Że porwał ją jaki…
– Pan tu raczy nieproszony wpadać i od porywaczy mnie wyklinać? Doktor, doktor, jakiś oszołom, kretyn co się chyba z innego oddziału zerwał! Tu się po doktora dzwoni? Tu się dzwoni, ja już dzwonię, Maryśka, ty się nic nie bój, zaraz tego dziada zabiorą, gdzie jego miejsce…
Dzwonek dźwięczy w uszach, bo Stary go raz po raz naciska, jakby chciał nim dziada w powietrze wysadzić. Dziad nic nie mówi, a przynajmniej ona już nic nie słyszy, bo ją ten dzwonek ogłusza, a zresztą słuchu najlepszego to nigdy nie miała, a z wiekiem tylko gorzej. Próbuje jedno oko uchylić, żeby mogła Starego podejrzeć, jaki zdenerwowany, ale jak się nie dało, tak się nie da.
– Pan tak nerwowo, a ja tu jak do cudu, panie, ja tyle lat, tyle lat czekałem, na wiadomość, słowo od niej, już se myślałem, że mieli rację, ja jestem wariat, a ona dawno zeszła. Wie pan, bo ja tu do córki przyjechałem, mnie już ciężko samemu było, a tu ona, wnuki, wesoło, chociaż się czuje, że człowiek ciąży, no to dziś se pomyślałem, że pójdę na bazar i co kupię, bo córka mieszka tu, za bazarem, w tych blokach, te nowe, za płotem, porządne, że podwórko osobne, że straż stoi, no ale co ja będę gadać, poszłem na ten bazar, paczę i oczom nie wierzę, że stoi, że żyje, taka jak wtedy…
No, wyszło szydło z worka, taki sam jak wtedy, taki sam, będzie starą babę zaczepiał, co on sobie wyobraża, zostawić mógł w świętym spokoju, widział przecież, że jej się nie chce gadać, że nie ma ochoty na wielkie pojednania, że lata jej zajęło, żeby się wreszcie nie śnił po nocach, a on myśli, że co. Że sobie przyjedzie wielki pan i co jej powie. Co on w ogóle ma do powiedzenia. Nie chce wiedzieć. Nie interesuje jej to. Niech on się zamknie najlepiej i już nic nie mówi.
– Pan mi mówi, że pan pięćdziesiąt lat jej znaleźć nie mógł i pan myśli, że ja w te pana bajki uwierzę! Panie doktorze, ten pan to zbok jakiś, bajki opowiada, wkraść się do mojej narzeczonej stara, tego pana trzeba z powrotem na jego oddział zabrać, bo przecie zagraża tu niebezpieczeństwem…
– Przyniósł mi pan te dokumenty?
– Panie doktorze, ja przyniosę, ale w stresie, ja nie mogę znaleźć tych papierów, nie wiem gdzie je narzeczona schowała, ale przecież ja podałem wszystko, to może się w tych komputerach da znaleźć, przecież nie mogło wszystko tak nagle zniknąć, ona zawsze tu przychodziła…
Nieprawda. Nigdy u żadnego konowała nie była, co on se myśli, bez nich wszystko z nią w porządku było, nie trzeba jakichś porad tych szamanów od siedmiu boleści, przecież nigdy nie powiedziała, że do doktora idzie, co on wymyśla nagle. Nie ma papierów, trudno, do domu wysłać, i dosyć tych scen. Nie zniesie już chwili dłużej z tymi chłopami, panie doktorze, proszę zrozumieć, proszę ją do domu puścić. Przecież to się w głowie nie mieści, co tu się wyrabia, oni się zaraz pomordują wzajem i tyle będzie z tego całego leczenia, że trzy osoby zamiast jednej zginą.
– Śladu nie ma, coś pan kręci, prosiłbym pana na korytarz…
– Ja kręcę? Że ja kręcę? Tu jakiś zboczeniec stoi, co cudzą narzeczoną przychodzi podglądać, że ją niby to od stu lat zna, oszust, przestępca pewnie, co to nie wiadomo czego tu zara nie zdziała, jak ja tylko odstąpię, a pan doktor mnie będzie przepytywał? Ja się nie zgadzam, żeby moja narzeczona z tym wariatem sama w pokoju została, przecież to jasne, że on ma jakieś plany nieczyste, co by się tu pojawiał, żeby co? To jest niebezpieczny człowiek i mu ufać nie można…
– Natychmiast się proszę uspokoić, musimy po prostu wyjaśnić co tu zaszło, proszę obu panów na korytarz, proszę, zapraszam, musimy na spokojnie ustalić…
Znów jej powiekę otwiera i laserem jakimś świeci, że znieść się tego nie da. W sufit patrzy, żeby przypadkiem się nie natknąć na widok jednego z drugim. Poświecił, poświecił, coś sobie zamruczał i poszli. Stary bardzo niezadowolony i głośno wykrzykuje swoje oburzenie, dziad nic nie mówi, bo co ma powiedzieć. Wreszcie cisza.
Zna tę ciszę. Tamte dni, tamte dni wyleżane bez zamknięcia oczu niemal, bo od razu przed nimi stawał ten widok, też takie ciche były. Czasem jakoś matka, mamusia, coś z kuchni krzyknęła, albo coś tam od sąsiadów było słychać, ale tak to cisza. Ona i to pole w głowie, i te obolałości ciężkie do opisu co w ogóle boli, bo przecie to w środku wszystko. Jakaś taka pustka i jakiś taki wrzód w ten sam czas w człowieku rośnie, brzuch to nie jest, ale tak samo jak w brzuchu boli i zrobić się z tym nic nie da. Pierwsze dni były najgorsze, ale i potem, jak szła, to wracało. Już się bała, że dziecko z tego będzie, już się bała, ale nie. Nie udało mu się. Jej się udało. Teraz tego bólu nie ma, ale był i był, i zanim o nim zapomniała, to minęło czasu.
Myślała potem niekiedy o mamusi, czy ona też z takim bólem żyła. Pewnie tak, ale co mogła powiedzieć. Myślała, że może by jej napisać taką kartkę jakąś, przesłać, ale strach, że znajdą, że złapią, i co. I znów ta sama rzeka, znów wszystko po staremu. By tylko te pola przypominały to, co tutaj powoli zapominała. A tu, tu od czterdziestu sześciu lat pola nie widziała. Stary nawet kiedyś na wakacje zabrał, to powiedziała, że ma być do miasta i w pociągu po drodze tak jej kichy skręcało, jakby jakieś robaki tam wpuściła. W powrotnej poszła spać po tabletkach, bo wiedziała, że no, nie zniesie. Myślała, że może z tych wakacji wyśle mamusi pocztówkę, żeby wiedziała, że się córce powodzi i że miała rację, że wszystko dobrze, ale strach. Ślady, wszędzie trzeba uważać, żeby się nie natknąć, żeby nie sprowokować, żeby nie dać się znaleźć. I dobrze przecież szło, więc to naprawdę jest jakiś Boży palec, że akurat dzisiaj i akurat tak.
To za to życie ze Starym pewnie. Co se myśli, że niby nie zasłużyła? Jasne, że sobie zasłużyła, sama się prosiła przecież, ale jak mogłaby ślub z nim mieć? Ani on nie, bo tamta, ani ona nie, bo tamten. Trzęsie ją jak se pomyśli, że by musiała się wydać. I co, niby źle im się żyło? Dobrze im się żyło. Można by jeszcze sobie tak pożyć, ale co zrobisz. Nic nie zrobisz na takie sprawki, przypadek nieprzypadek, na to nic się nie poradzi.
Drzwi skrzypią, któryś pewnie się zawrócił, że też ten konował ich puścił. Już taka spokojna i pogodzona była, a znów pewnie ją wyprowadzą z równowagi i tyle będzie z cichej śmierci. Raz, dwa, trzy, próbuje oko otwierać, tak szparkę tylko, który idzie do łóżka. Nie da się. Oko lepiej wie co dobre, zamknięte jak było i tylko zapach niedobry czuje. Dziad pięćdziesiąt lat tak samo się prztyka tym perfumem, gdzie on to tera kupuje, jak już dawno takiego nie robią.
– Ładnie się urządziłaś.
Że ona się ładnie urządziła? Ona? O ty pierdoło, nie tym razem, ona nie ma siedemnastu lat, żeby ją tak wrobił.
– Ten twój narzeczony, nie daję wiary, narzeczony, co wy, po czynaście lat macie, czy co? z niego to dobry jest kawał aktorzyny. Tak się kręcił i wił, że prawie uwierzyli w tą jego bajeczkę, że w stresie dokumentów nie mógł znaleźć. Prawie, prawie, ale wtedy ja im mówię, że ja tom paniom to dobrze znam…
Dobrze zna! Bezczelny, to jest po prostu bezczelne, by mu zaraz pokazała, kto tu kogo dobrze zna, drań, oszust, co nawet nad własnymi portkami zapanować nie potrafi, obrzydliwy, będzie jej mówił, że ją dobrze zna. Zna tyle, co se wydarł spod sukienki, a i tego pewnie nie pamięta.
– No i co, powiedzieli, że takich scen to dawno nie widzieli, dali mu jakiś zaszczyk na uspokojenie i że ma siedzieć, bo po policję zadzwonią, bo oni nie od tego są, żeby kłótnie o kobiety roszczygać. Że policja, to oni sprawdzom w katalogach swoich i wszystko bendzie jasne, a tak to nie ma co i na spokojnie czeba.
Powieka jej nie drgnie nawet, kiedy on tak se gada. A nic nie drgnie, niech se nie myśli, że ją to obchodzi cokolwiek, jej nic nie obchodzi już, nawet ten głos, co tak drażni, nawet tego głosu już prawie nie słyszy. Myśli wracają tylko niedobre, co nie chce ich myśleć w ostatnich chwilach, bo to przecie wstyd jakiś, ale może wcale nie umrze i zara se wstanie, i nie da mu tej satysfakcji, że będzie w chwilach jej końca se ją obserwował. Boże mój i Matko Boska, wybaczcie te przekręty, i wybacz, że imię twoje se wzięła, to niegrzecznie, no ale tak wypadło, kiedy tak na tym podwórku się schowała pod twoją obroną, to musiało być Maria. Nie było jak zmienić już potem, bo się tu jej dobrze żyło, chociaż czasy coraz gorsze dla bazaru. Ale dobre miała życie, o tym myśleć teraz musi, bo inaczej to jej się jeszcze krzywa jakaś twarz porobi do trumny Marii Kawęczyńskiej.
– Ewa? Ewa? EWA? Jezus Maria, dzie ten przycisk po doktora… Ewa, czekaj, Ewa…


Ilustracje: June Michalczasso – Absolwentka Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i tegoroczna absolwentka Katedry Mody na warszawskiej ASP. Projektuje ubrania, ale najbardziej uwielbia projektować tkaniny. Maluje dziwne obrazy, których nie lubi, i bazgrze rysunki, które kocha.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *