Marcin Giełzak

Ukraina jest nam potrzebna

AUTOR

Marcin Giełzak

Urodzony w roku 1987. Przedsiębiorca, publicysta, badacz dziejów lewicy antykomunistycznej. Absolwent historii oraz zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim. Autor książki "Antykomuniści lewicy" (2014), współautor pracy "Crowdfunding" (2015).

Splot polityki zagranicznej i historycznej szkodzi naszej dyplomacji, niewiele robiąc dla zbiorowej pamięci – u nas czy poza granicami. O tym, że ten nieszczęsny warkocz trzeba rozpleść, najlepiej świadczą pogarszające się relacje z kluczowym partnerem: Ukrainą.

Jest wiele wersji tej historii. By oszczędzić miejsca, przytoczę tę najprostszą, nawet jeśli nie wszystkie fakty będą się zgadzać. Wybitny sowiecki fizyk-noblista, Piotr Kapica, był swego czasu bliskim doradcą Józefa Stalina. Pewnego dnia asystent uczonego został aresztowany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz państw zachodnich. Kapica zdawał sobie sprawę, że jeśli będzie interweniował na rzecz swojego wychowanka, utrzymując, że jest on niewinny, to jemu wcale nie pomoże, a kto wie, czy nie zwróci podejrzeń o agenturalność w swoim kierunku. Wybrał zatem bystrzejszy sposób. Powiedział: nie ma znaczenia, czy jest winny, czy nie. Liczy się to, że jest potrzebny sowieckiemu programowi nuklearnemu! Jakie by nie były jego winy, jego pozostanie przy pracy to wyższa konieczność. Ta pragmatyczna argumentacja przemówiła do Stalina, który nakazał zwolnić młodego naukowca.

Podobno żaden dworak nie śmiałby tak rozmawiać z tyranem, jak demokratyczny polityk rozmawia z wyborcami. W istocie, opinia publiczna jest zmienna, kapryśna, bywa mściwa i małostkowa. Czasem trzeba działać na jej rzecz wbrew niej samej. Skoro tak, uczmy się niewdzięcznej sztuki demokratycznego ketmana od najlepszych, takich jak Kapica. Dlaczego o tym piszę w kontekście relacji z Ukrainą? Bo ta anegdota idealnie obrazuje mój stosunek do zagadnień polsko-ukraińskich, a ściślej – do tego, jak należałoby rozmawiać o nich z naszym społeczeństwem.

Istnieją u nas dwie skrajne narracje na temat wschodniego sąsiada – obydwie należy odrzucić. Czarna, a raczej czarno-czerwona legenda, utożsamia ukraiński patriotyzm z banderyzmem, który w tej optyce niczym się na różni od bandytyzmu. Ukrainiec ma tu twarz Bandery albo Szuchewycza. Biała legenda zaś powinna się w sumie nazywać pomarańczową i hasłowo można ją podsumować zawołaniami „Za wolność waszą i naszą”, „Razom nas bahato” albo wreszcie „Kijów-Warszawa wspólna sprawa”. Dla tego spojrzenia postaciami emblematycznymi są tak samo Piotr Sahajdaczny, jak Petlura, czy nawet sławna sanitariuszka z Majdanu, Ołesia Żukowska.

Tymczasem Ukraina nie jest ani czarno-czerwona, ani pomarańczowa, ale po staremu sino-żółta. Również po staremu jest to kraj, który zmaga się z ubóstwem, zacofaniem społeczno-gospodarczym, korupcją, oligarchizacją, nacjonalizmem i narodowym szowinizmem. Podobnie, gdy nasi przywódcy rozmawiają z ukraińskimi elitami, nie podejmują ani zbrodniarzy takich, jak Bandera, ani postaci krystalicznych, jak Żukowska, ale zwyczajnych polityków, jak Petro Poroszenko czy Wołodymyr Hrojsman. Nawet nie wszyscy ukraińscy nacjonaliści są polakożercami. Osobiście poznałem ludzi rozmiłowanych w tradycji UPA, a jednocześnie zupełnie nieświadomych zbrodniczego i programowego anty-polonizmu tej formacji. Jak celnie zauważył Ernst Jünger, patriotyzm jest jak teologia: spójnie może wyglądać tylko od wewnątrz, postronny obserwator natychmiast zobaczy luki oraz sprzeczności.

Zarówno demonizacja, jak i idealizacja Ukrainy nie mogą nas doprowadzić do żadnych konstruktywnych wniosków. Musimy pogodzić się z rzeczywistością, czyli z partnerem trudnym, kulturowo od nas odmiennym, w dużej mierze nierozliczonym z własną przeszłością i niepewnym przyszłości. W tym kontekście powinniśmy przyjmować ukraińskie posunięcia w obszarze polityki historycznej bez zaskoczenia, nawet jeśli one nas dziwią, gorszą czy obrażają. To nie znaczy, że nie należy na nie reagować. Zaniedbanie zawsze wraca jako wróg, a trudnego sojusznika nie należy przyzwyczajać do własnej ustępliwości. Ale w porządku rzeczy polityka historyczna musi ustępować miejsca polityce, którą rząd ma realizować tu i teraz. Polskie ambasady nie mogą być delegaturami zagranicznymi Instytutu Pamięci Narodowej. MSZ nie może pełnić li tylko roli Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. To nie wzajemna sympatia, a już na pewno nie wspólne spojrzenie na przeszłość kształtują sojusze, ale wspólnota interesu oraz zrozumienie tego, co dyktuje konieczność. Każdy sojusz, zwłaszcza między sąsiadami, jest „mimo wszystko”. Jak celnie powiedział Harold Wilson, kto ma sojuszników, ten nie jest niezależny.

I tutaj wracam do historii asystenta Kapicy – prawdziwe pytanie nie brzmi, czy Ukraina jest demokratyczna, sprawiedliwa i rozliczona z demonami przeszłości. Brzmi ono: czy Ukraina jest nam potrzebna? Czy nasz interes narodowy wymaga poprawnych relacji, a nawet bliskiego sojuszu z nią? Jeśli odpowiedź nadal jest twierdząca, to obowiązkiem naszych elit politycznych jest doprowadzenie do sytuacji, w której sprawy historyczne nie zawalają drogi. Tak też należy to przedstawić opinii publicznej. Sprzyjamy Kijowowi nie dlatego, że oczarowała nas rewolucja godności, ale dlatego, że chcemy mieć kiedyś „Zachód na Wschodzie”, a już dzisiaj solidną zaporę albo chociaż podporę w obliczu ekspansjonizmu rosyjskiego. Myśląc o tym, warto wrócić do starej maksymy Bismarcka: Kierowanie się czymś innym niż interesem jest dla poważnego państwa poniżające.

Nie jest niczym odkrywczym powiedzieć, że naszą polityką wschodnią zwyczajowo rządziły dwie trumny: Giedroycia i Mieroszewskiego. Stworzona przez nich doktryna to był jeden z tych pomysłów, które zupełnie zawodziły w teorii, ale sprawdziły się w praktyce. Moim zdaniem stało się tak, bo byli oni pragmatykami i realistami, a stawiane przez nich postulaty były zawsze wynikiem kalkulacji, nie emocji. Sam Redaktor powiedział przecież kiedyś: Ja nie mam, mówiąc między nami, jakiegoś specjalnego sentymentu do Ukraińców czy do Ukrainy. To są rzeczy czysto wyrozumowane.

Nie trzeba jednak szczególnie złożonego rozumowania, aby dojść do wniosku, że jedynym beneficjentem polsko-ukraińskich sporów o pamięć jest Kreml. To, że nasze kraje potrzebują siebie nawzajem, jest tak oczywiste, że jedynym sposobem na wbicie klina między nie jest sprowadzenie rozmowy z tego, co dziś dzieje się na wschodzie Ukrainy, na to, co 80 lat temu działo się na wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej. W kategoriach zimnej kalkulacji politycznej Ukraina jest nam potrzebna. Nie przesadzał aż tak bardzo Zbigniew Brzeziński, gdy mówił, że w obliczu konfrontacji z Rosją lepiej byłoby Polsce stracić wszystkich sojuszników z NATO aniżeli Ukrainę. Spór z Kijowem jest natomiast potrzebny Rosji – i nikomu więcej.


Ilustracja: Pixabay

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *