Franciszek Sobieraj

Jaszczury w Miastku albo czy reptilianie są neoautorytarni

AUTOR

Franciszek Sobieraj

(ur. 1983 r.) – nieudacznik, pała nienawiścią do ludzi, którzy osiągnęli w życiu sukces.

Bez wątpienia warto przeczytać raport z badania pod kierownictwem Macieja Gduli Dobra zmiana w Miastku. Pokazuje on wiele ciekawych zjawisk, które – o ile okazałyby się w jakimś stopniu powszechne – mogłyby zmienić perspektywę postrzegania tzw. klasy ludowej. Metoda łączenia wywiadów biograficznych z wywiadami pogłębionymi też wydaje się ciekawym pomysłem. Wyniki są bardzo interesujące i potencjalnie cenne – mogłyby być wstępem do większej liczby podobnych badań w innych miejscowościach lub pomóc stworzyć lepsze pytania ankietowe do badania ilościowego.

Ogromne wątpliwości budzą natomiast wnioski i interpretacje wyników zaprezentowanych w raporcie, a w szczególności pojęcie neoautorytaryzmu.
Wbrew temu, co można by sądzić na podstawie różnych tytułów tekstów prasowych odnoszących się do raportu (Wyborcy PiS-u wcale nie są tacy, jak myśleliście,Tacy są wyborcy PiS itp.), nadal nie wiemy, jakie motywy dominowały wśród elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Zespół Gduli zbadał 30 osób – nie wszystkie były wyborcami partii rządzącej – w jednej miejscowości. Na podstawie tak skromnego pod względem zasięgu badania nie sposób wydać żadnego zdecydowanego sądu.

Raport Gduli rozpoczyna się od stwierdzenia, że  nic nie wskazuje, by czynnik ekonomiczny był kluczowy dla wyjaśnienia fenomenu wysokiego poparcia PiS, a to dlatego, że wskaźniki pokazywały poprawę warunków ekonomicznych Polaków w latach poprzedzających wybory. Argumentację tę podważył już Michał Bilewicz w na łamach „Krytyki Politycznej” (http://krytykapolityczna.pl/kraj/dobra-zmiana-w-polskim-middletown/), wskazując, że często przyczyną zmiany politycznych nastrojów jest po prostu zahamowanie poprawy sytuacji materialnej. Warto dodać, że względna poprawa bytu może być niewystarczająca dla utrzymania poparcia, gdy jej efektem jest sytuacja wciąż daleka od zadowalającej. Dane z 2015 r. wskazują, że 40% polskich rodzin żyło wówczas poniżej minimum socjalnego.


Zbyt pochopne odrzucenie czynników ekonomicznych skłania autorów raportu do poszukiwania przyczyn wysokiego poparcia partii rządzącej gdzie indziej. Maciej Gdula stara się stworzyć typ idealny – czyli uproszczony model sensownych motywów – dzięki któremu moglibyśmy lepiej zrozumieć, czym kieruje się cały elektoratu PiS. Ten typ idealny nazwany został przez autorów raportu neoautorytaryzmem. Głównym motywem poparcia dla PiS elektoratu zarówno z klasy ludowej, jak i średniej, ma być chęć poczucia mocy wobec jakichś „innych”, np. przedstawicieli establishmentu lub uchodźców.

Sam pomysł próby stworzenia jednego typu idealnego dla elektoratu zwycięskiej partii politycznej wydaje się jednak kuriozalny w odniesieniu do 40-milionowego kraju. Z niewiadomych przyczyn autorzy nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że klasa ludowa i klasa średnia mogą kierować się odmiennymi motywami, a jest to tym dziwniejsze, że wskazują na to wyniki ich własnego badania.

Dodatkowo tak skonstruowane pojęcie neoautorytaryzmu jest niemal znaczeniowo puste. Zwolennicy rzadko którego stronnictwa politycznego w historii ludzkości nie pragnęli czuć się silni wobec jakiejś innej części społeczeństwa. Dla elektoratu PO były to „mohery” czy „kibole”, dla elektoratu Hillary Clinton prawdopodobnie „deplorables” („godni pożałowania”, „żałośni” – tak podczas kampanii wyborczej kandydatka demokratów nazwała część elektoratu Donalda Trumpa). Być może autorom chodzi o połączenie poczucia siły wobec elit i wobec ludzi o słabszej pozycji – ale to też żadna nowość i, w zależności od różnych perturbacji politycznych, taka sytuacja często będzie występować w wieloklasowym społeczeństwie. Dlaczego akurat takie połączenie nazywać autorytaryzmem (czy to neo-, czy post-), a nie określać tym mianem siły elit wobec wszystkich słabszych od siebie, co chyba jest o wiele bardziej zasadne?

Należy też wspomnieć, że przypisanie nawet w ten sposób ujętego neoautorytaryzmu klasie ludowej jest w raporcie słabo uzasadnione. Mają to uzasadniać dwie wykryte w badaniu postawy: po pierwsze, opinia, że pieniądze z programu 500+, chwalonego i docenionego przez klasę ludową, powinny być kontrolowane, by nie trafiały do rodzin patologicznych; po drugie zaś, niechęć do przyjmowania uchodźców.
Wykrycie tej pierwszej postawy jest czymś bardzo interesującym, ale interpretacja, że wynika ona z pragnienia poczucia mocy wobec innych, a nie choćby troski o nich, jest wątpliwa. Wywiadowani opowiadają się za świadczeniami dla rodzin dotkniętych np. alkoholizmem, ale w formie bonów. Autorzy badania zupełnie nie uwzględnili tego, że skoro klasa ludowa, jak sami wspominają, czerpie wiedzę głównie z telewizji, jest bardziej narażona na chłonięcie typowych komunikatów z programów informacyjnych o pijanych konkubentach czy konkubinach maltretujących dzieci.

Druga postawa, niechęć do przyjmowania uchodźców, jeszcze słabiej daje się powiązać z neoautorytaryzmem. Według autorów raportu w klasie ludowej pojawiają się wypowiedzi wyrażające zrozumienie dla tragicznej sytuacji uciekających z kraju objętego wojną, którzy stracili wszystko i którzy „też są ludźmi”. Niechęć do ich przyjęcia  uzasadniana jest tym, że Polska nie jest bogata i będzie to za dużo kosztować. Są to więc przede wszystkim czynniki ekonomiczne, a nie pragnienie poczucia władzy nad uchodźcami. Oznaczałoby to, że o uchodźcach z klasą ludową należałoby rozmawiać zupełnie inaczej, np. wskazując na to, że dzięki relatywnie niewielkim kosztom wzrosłaby nasza pozycja w UE i dzięki temu mógłby polepszyć się los każdego Polaka. Strach pomyśleć, jaki sposób dialogu z klasą ludową na temat uchodźców mógłby wynikać z proponowanej przez autorów raportu neoautorytarnej interpretacji.

Jeśli chodzi o elektorat PiS z klasy średniej, pojęcie neoautorytaryzmu zdaje się pasować do obrazu tego elektoratu, jaki wyłania się z badania. Rozejrzyjmy się jednak i sprawdźmy, czy nie będzie pasować też do kogoś innego. Połączmy pogardę wobec „chamów”, którzy za 500+ sprzedali demokrację, z pragnieniem poczucia mocy wobec PiS-owskiego establishmentu, a otrzymamy neoautorytarny Komitet Obrony Demokracji.

Badanie przeprowadzone pod kierownictwem Macieja Gduli wydaje się ciekawe, jednak należałoby je okroić z większości atrakcyjnych medialnie interpretacji oraz pojęcia neoautorytaryzmu. Warto na koniec zadać sobie pytanie, czy to pojęcie – skoro razi swoją sztucznością, a często również nieadekwatnością do treści prezentowanych w raporcie – nie pełni jakiejś funkcji pozabadawczej, pozanaukowej. Takiej, jak równie pusta koncepcja postprawdy, która pozwalała amerykańskim elitom oraz ich wiernemu elektoratowi odwrócić wzrok od autentycznych przyczyn zwycięstwa Donalda Trumpa, takich jak relatywna degradacja klasy robotniczej w stanach tworzących tzw. Rust Belt (Pas rdzy),  i znaleźć pociechę w wyobrażeniu, że za jego sukcesem stoją Internet i jakieś „godne pożałowania” przygłupy, które nie są wstanie odróżnić faktów od swoich mokrych snów.

Jeszcze niedawno można było mieć nadzieję, że coś do elit zaczyna docierać, nawet Justyna Pochanke – twórczyni dokumentu będącego apologią Leszka Balcerowicza – była w stanie przyznać, że może w potranformacyjnej Polsce popełniono jakieś błędy, że 500+ jest jednak potrzebnym programem. Maciej Gdula przyszedł jednak z pocieszeniem i w jednym z ostatnich programów „Fakty po Faktach” dziennikarka z ulgą powołała się na jego raport, oznajmiając, że to jednak nie 500 plus, lecz poczucie mocy wobec słabszych stoi za wysokim poparciem PiS.

Uff, można znowu bez winy „poczuć moc” wobec wszystkich polskich „deplorables”. Mem neoautorytaryzmu ma dla mnie zdecydowanie zbyt wiele warstw ironii. Ten mem jest dla mnie zbyt dank.

Fotografia: Michał Wójtowski

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *