AUTOR

Andrzej Muszyński

Autor m.in. „Miedzy” i „Podkrzywdzia”, nominowany do Paszportów Polityki i dwukrotnie do Nagrody Literackiej Gdynia. Wiosną 2017 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jego powieść „Fajrant” o doświadczeniu prekariatu. Ostatnio otrzymał Nagrodę A. Włodka przyznawaną przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Wreszcie się wyszroniło, wyśnieżyło. Mróz ściął płytkie kałuże i pękają. Lepiej się myśli i więcej się chce jeść, akurat w Adwent. You Tube na bok, wóda także. Czekam, aż się śnieg tegoroczny ustosunkuje ostatecznie do topografii. Ostrzę skitiury. Przewiduję, że przy dwóch metrach śniegu z mojej skały może zjechać lawinka.

Znów patrzę w kuchni przez okno, sprowadzam wzrokiem reflektory samochodu, który jedzie przez ten podskalny odmęt mroku i opadu niejednoznacznego gatunku, bo mu się nie chce naokoło obok kościoła. Gdy znajduje się na wysokości mojego domu, jego światło rozczłonkowane na płocie układa się na podbiciu dachu w ruchomy płomienny deseń, od którego występują ciarki na plecach. Szczególnie kiedy zasypiam i nagle je widzę, bo nieodmiennie najpierw dociera do nas światło, a potem dźwięk. A potem, gdy już ten atawistyczny lęk opadnie, dla ukojenia ląduję myślami w Tatrach. Ech, Tatry w grudniu, nie ma nic piękniejszego. Góry są o tej porze najbardziej niedostępne. Trzeba z pół dnia więcej, by zdążyć zejść turni do schronisk przed ćmicą. W takiej Żarskiej na przykład, tylko sklepienie parującej na mrozie bryły, jaką tworzy ta dolina, świeci ciemnobłękitnym blaskiem i daje nadzieję, że przynajmniej tam, na wierchach Barańców choć przez parę godzin trwa prawdziwy dzień – i tak być musi, skoro z dołu widać, jak wyposzczone światło zwiera się w krawędziach z białym pyłem w dramatycznym wirze.

Wygląda na to, że część z nas dożyje kolejnych świąt. Wiem, że nie wszyscy się z tego cieszą. Wiem, ze sporo osób po prostu chciałoby umrzeć. Jedni spędzą je wspólnie ze swoimi dużymi, szczęśliwymi rodzinami, co chyba jest dziś odmianą ekskluzywności. Inni, mniej lub bardziej kontenci, na city breaks. Pozostali, jak co roku, będą na parę godzin przed wieczerzą układać w pamięci życzenia, obmyślać zachowanie, gdy pewna część rodziny wezwie do modlitwy albo cyzelować słowa wezwania do modlitwy w towarzystwie tej części rodziny, która z determinacją świadków Jehowy głosi tezy Czterech Jeźdźców Nowego Ateizmu. I znów będzie jakoś ni w gruchę, ni w pietruchę z tym pustym talerzem. Bo po co go trzymać na stole, skoro wiadomo, że i tak nikt nie przyjdzie, a jakby przyszedł, to dziewięćdziesiąt pięć procent towarzystwa by się spaliło, tylko nie wiadomo z jakiego powodu, bo trudno tu nawet mówić o zwyczajnym wstydzie.

Ci w opcji wyjazdowej będą wybierać restauracje. Oczywiście tutaj chyba nie ma mowy o jakimś spontanie, wieczerza wigilijna to jest jednak poważna sprawa i rezerwuje się stolik z wyprzedzeniem. Ale poza tym dniem wybieramy knajpy z marszu. Wystarczy usiąść sobie blisko tego pulpitu z rozłożonym menu, które przeglądają przechodnie, by przypomnieć sobie, jeśli się zapomniało, jacyśmy rozmaici w duchu. Wierzyć się nie chce, jak długo niektórzy potrafią wybierać jedzenie. Niektórzy po prostu niewiarygodnie wolno czytają. Są też szybko-żyjący, ci, co się pocą, gdy się denerwują. Dosłownie pięć sekund, dziesięć i gość ma wybraną przystawkę, pierwsze, drugie, deser, nie wspominając o alkoholu, bo od tego zaczął, zanim jego wzrok spoczął na pierwszych literach. Tylko te puste restauracje jakoś wszyscy omijają.

Jest ich pełno, może więcej niż tych zapełnionych gośćmi. Człowiek zebrał wszystkie zaoszczędzone pieniądze, zadłużył się, wypruł flaki i – nie działa. Po prostu nikt nie przychodzi. A do knajpy naprzeciw ciągną jak lisy w kurnik. Dobrze widać to na turystycznych ulicach w popularnych miejscach, z lokalami po obu stronach. Knajpa po prawej – jak w ulu, po lewej – niby tak samo, prawie identyczny wystrój, ceny, ale czuć przeciąg. Właściciel jeszcze stoi przy wejściu z rękami na plecach i coś tam mruczy, zapraszając do siebie. Ktoś tam pokiwa głową, wyzwoli się dramatycznie fałszywym „wpadniemy jutro” i staje w kolejce do stolika w dziupli po prawej. W końcu szef tej pustej knajpy usiądzie, zawsze siadają. Widzę ich często już w głębi lokalu, pod barem. Już odpuścili, gadają z kelnerem. Odpalają papierosa i dym snuje się pod sufitem. Są często zawiedzeni i smutni. Niektórzy załamani. Wszak firma to ja, a nie chce mnie nikt. Czuję się samotny, ale się nie pożalę. Prawa rynku tłumaczą to tylko do pewnego stopnia, bo ten kucharz ma najlepsze jedzenie na ulicy. Pójdź w takie miejsce: dostaniesz nieświeże żarcie albo gospodarz uchyli ci nieba.

Tylko jak ktoś potrzebuje, żeby mu na dzień dobry wejść w tyłek, to lepiej niech nie patrzy na jego twarz, a skupi się od razu na menu, bo niewprawni zbyt łatwo mylą dziś subtelną dezynwolturę z impertynencją. Zwykle tacy jak on nie mają specjalnie lajfstajlowej aparycji i odstraszają wrażliwców, których dziś tak prosto oszukać. Idę tą ulicą, patrzę na niego, jak stoi z tymi rękami na plecach i od razu poznaję ten typ.  W zasadzie komunikuje swoją mimiką, żeby się nie zbliżać. Ten odlew na twarzy oczywiście pęknie, gdy wejdziemy, ale wcześniej nie popuszcza. Lekko pochylona głowa, ściśnięte usta, fala na czole, uniesiona brew, duma, ale jednak wzruszona. Bo on jest od gotowania, a nie od wazeliny. Idę w tłumie i z daleka go widzę. Patrzy na tę dzicz u konkurencji i jestem pewien, że myśli: „A, ch.. z wami. Nie, to nie”. A naprzeciw już szczypią przechodniów kulinarni kuglarze, amwayowcy gardlanych lśnień, imitatorzy podniebiennych stylów, pewne swego cwaniury, gnomy z pustą frazą na języku, kabotyni w kapelutkach, przekonani o swoim smaku blefiarze, którzy nie oferują w menu porcji swojego ciała tylko dlatego, że jeszcze nie wypada. I prawie wszyscy tam idziemy, i autor daje się nieraz nabrać, bo pisarstwo to postulatywność, ale jednak twarda i często pomaga wcielić ideę w życie.

Nie tak dawno szedłem sobie ulicą Stambułu. Dzień dopiero żółcił się słabo nad morzem. Miasto spowijała lodowata bladość.  Leciałem z końca świata z siedmiogodzinną przerwą nad Bosforem, a w samolocie słabo nakarmili, więc od dwóch godzin myślałem tylko o jedzeniu. Prawie nie było ludzi, tylko gołębie i jakiś świr, który zbliżał się pod Błękitny Meczet, coraz głośniej drąc się, co drugie słowo Allach, więc usunąłem się, bo Turcja jest niespokojna i bałem się, że facet mógłby mieć ochotę skupić swoją uwagę na mnie. A ja chciałem tylko jeść. Chodzę, węszę, pytam. Nic. Wszystko jeszcze zamknięte, na starym mieście życie nocne nie przeciąga się do następnego dnia. W końcu poddaję się, ale dalej idę. Widzę na chodniku stół, a przy nim pięciu chłopaków. Staję nad nimi. Na stole to co przychodzi na myśl o dobrym śniadaniu: tureckie pieczywo, młode oliwki, te sery, które dodają do menemenu, pomidor, cebula, jajka, mocne rize. Jedno krzesło jest wolne, jest też pusty talerz. Pytam ich, skąd to mają, bo widzę za sobą jakieś schody prowadzące do budynku. Mówili dobrze po angielsku. Odpowiadając: „Nie, to nie restauracja”, jeden z nich odsunął krzesło i bez zbędnych ceremoniałów powiedział, a w zasadzie niezobowiązująco burknął: „Siadaj”. A ja oczywiście: „Nie, no dajcie spokój, nie będę was objadał, ja tylko…”, a oni, jakby znużeni teatrzykiem jawnej nieszczerości zakomunikowali już wtedy bardziej gestem niż słowem: „Dobra, już popieprzyłeś, a teraz po prostu jedz”. Gdy widzieli, że nieco się waham, podsuwali miskę pod brodę. Nie, to nie o tym, że u nas uchodźcy won, a tam goszczą giaura.

Jeden z Turków był bojowo nastawiony. W weekend odbywały się najważniejsze wybory od lat. Nabił widelcem pół jajka i, patrząc mi w oczy, warknął: „W niedzielę odsuniemy od stołu Erdogana”.

A jednak w niedzielę to Erdogan wykurzył ich. Z pozornie pustym gestem też czasem warto się pośpieszyć.


Ilustracje: Wacław Andrzej Marat

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *