Alicja Palęcka, OBSERWATORIUM SPOŁECZNE

Między Polską a Niemcami: opiekuńcza praca kobiet

AUTOR

Anna Wiatr

Doktor socjologii, badaczka jakościowa, autorka książek Historie intymne. Odnajdując i tracąc siebie (Nomos 2010) i Pomiędzy życiem a śmiercią. Opowieść o tożsamości i umieraniu (Nomos 2013). We wrześniu br. nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się jej kolejna książka Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei.

Z Anną Wiatr, autorką książki Betrojerinki. Reportaże o pracy opiekuńczej i (bez)nadziei rozmawia Alicja Palęcka

Była pani opiekunką osób starszych w Niemczech. Pracowała pani w prywatnych domach podopiecznych, pomagając im w codziennych czynnościach. Czy już przed wyjazdem wiedziała pani, że zajmie się tym tematem jako reporterka?

Najpierw pojawił się pomysł, żeby napisać książkę o pracy opiekunek w Niemczech, ale nie udało mi się otrzymać stypendium na jego realizację, więc schowałam go głęboko do szuflady. Po kilku latach sama stałam się opiekunką. Pracowałam wówczas jako dziennikarka i wykładowczyni, nie były to lukratywne zajęcia, pomyślałam więc, już trochę znudzona, że mogłabym wyjechać do Niemiec i odpocząć nieco od Polski. Podczas pierwszego wyjazdu zaliczałam studentom zajęcia przez Skype’a [śmiech]. Pracując jako opiekunka, stwierdziłam, że zajmę się prowadzeniem badań jakościowych na zlecenie, czym zajmuję się do tej pory. Dzięki pieniądzom zarobionym w Niemczech powstała strona internetowa, na której opisuję m.in. metody badawcze, które stosuję. Będąc tam uznałam też, że praca opiekunek to wciąż ciekawy temat na książkę. Pomyślałam, że jeszcze raz spróbuję nim kogoś zainteresować.

To był dość spokojny wyjazd. Pracowałam osiem godzin dziennie, miałam jeden dzień wolny w tygodniu. Wynegocjowałam to z panią, którą się opiekowałam. Nie obyło się bez większych i mniejszych kłótni, bo negocjacje z agencją pośredniczącą, podopiecznym albo jego rodziną zazwyczaj nie są bezproblemowe, ale nie było tak źle, żebym musiała na przykład wcześniej wrócić, co się czasami zdarza. Do Niemiec jako opiekunka pojechałam jeszcze raz, już w trakcie pisania książki. Za drugim razem już nie negocjowałam, starałam się przeżyć ten czas jak większość opiekunek. Byłam na tyle nieasertywna, na ile się dało. Na drugim wyjeździe związanym ze zbieraniem materiałów moje przygody jako opiekunki się skończyły.

Zapewne ten drugi wyjazd, w związku z nową strategią, był trudniejszy.

Tak, o wiele trudniejszy. Z jednej strony wynikało to z tego, że moja podopieczna była bardziej schorowana. Nie chodziło jedynie o kwestie związane z samodzielnością – to była osoba, której nie chciało się żyć. Być może miała niezdiagnozowaną depresję; ja w książce nazwałam to melancholią. Samo przebywanie z nią – a byłam z nią niemal bez przerwy – było trudne. Pracowałam od 7:00 do 21:00, z dwugodzinną przerwą w ciągu dnia, nie miałam wolnych dni, zatem pod względem czasu pracy i czasu wolnego to też było trudniejsze. Bardzo szybko byłam zmęczona. Po miesiącu uznałam, że potrzebuję regeneracji. Ponownie wyjęłam z kieszeni umiejętność negocjowania i pojechałam na weekend do Kolonii. W związku z tym nie udało mi się przejść ścieżki opiekunki w typowy sposób, tak jak to początkowo planowałam.

Jednym z problemów było to, że nocą miałam mieć otwarte drzwi, żeby słyszeć, jak moja podopieczna wędruje z sypialni do łazienki. Mój pokój był zaraz przy jej sypialni; chodziło o to, żebym czuwała, przez co bardzo mało spałam. Po tygodniu byłam nieprzytomna, więc porozmawiałam z podopieczną i jej córką o tym, że to niemożliwe, żebym dalej tak funkcjonowała, i że musimy coś zrobić z tą sytuacją. Wtedy mój polski numer telefonu został wpisany do telefonu, który podopieczna zawsze miała ze sobą. Zaczęłam zamykać drzwi i przesypiać noce.

Jak pani pisze w książce, rodzina podopiecznej była zaskoczona. Poprzednie opiekunki nie miały problemu z otwartymi drzwiami sypialni i czuwaniem – to się nigdy wcześniej nie zdarzyło.

Tak, negocjowanie zdarza się rzadko. Strategia przetrwania opiekunek polega na tym, żeby zacisnąć zęby i nie mówić o tym, co im przeszkadza. To nie jest moim zdaniem konieczne, bo ofert jest tak wiele, że opiekunki mogą je wybierać i stawiać granice. Niektóre już to robią, ale wciąż wielu z nich towarzyszy przekonanie, że mają niemal wszystko znosić i niemal na wszystko się zgadzać. Im gorsza sytuacja życiowa opiekunki, tym bardziej prawdopodobne, że nie będzie negocjować warunków pobytu.

Negocjacje uniemożliwia też fakt, że polskie opiekunki często nie mówią po niemiecku.

Tak, to jedna z przeszkód. Możliwość porozumienia się ułatwia wiele kwestii, w tym zadbanie o samą siebie. Opiekunki jednak zazwyczaj uczą się języka w trakcie kolejnych pobytów, w związku z czym z czasem stają się bardziej asertywne.

Jakie są zadania opiekunek, czym się zajmują?

Zajmują się opieką, choć formalnie są zatrudniane jako pomoce domowe, bo nie mają uprawnień do wykonywania zawodu opiekunki. W rezultacie do ich obowiązków należy i prowadzenie domu, i wykonywanie czynności pielęgnacyjnych, i zapewnianie towarzystwa czy umawianie wizyt lekarskich.

Tytuł książki zawiera nawias: są to reportaże o (bez)nadziei. O czym zatem jest książka Betrojerinki: raczej o nadziei czy beznadziei?

To zależy. Jako socjolożka lubię używać takich słów: to zależy, problem jest złożony, wszystko zależy od kontekstu [śmiech].

Moje zajmowanie się tym tematem to był proces, który zaczął się od traktowania tego zagadnienia jako opowieści o beznadziei, bez nawiasu. Im dłużej jednak słuchałam opowieści opiekunek, tym częściej zauważałam, że są to jednak historie o nadziei. Ta ambiwalencja została ze mną i znalazła swoje odzwierciedlenie w tytule. Nie byłam w stanie wybrać, który aspekt tego tematu jest istotniejszy.

Gdy jednak wziąć pod uwagę np. to, jak dziennikarze obchodzą się z moją książką, widać, że główny nacisk położony jest na beznadzieję. Ona wyraźnie wybrzmiewa w mediach, co nie podoba się opiekunkom – a zaglądam na ich forum i do grupy na Facebooku. Po pierwsze, twierdzą, że ta praca bardzo wiele im dała. Po drugie, krytycznie podchodzą do nazywania ich niewolnicami, co często ma miejsce w mediach.

Moja podstawowa perspektywa to perspektywa socjolożki jakościowej, dlatego staram się opowiadać o tych sytuacjach tak, jak widziały je moje bohaterki. Przede wszystkim używać języka, którego one używają, ale też traktować je podmiotowo. Określenie „niewolnica” w jedną sekundę pozbawia je podmiotowości. I myślę, że nawet jeśli nie nazywają tego tak jak ja, nie używają słowa „podmiotowość”, to jednak dlatego właśnie czują złość. Mają poczucie, że ktoś tu nie zrozumiał, o co chodzi w ich życiu.

A jednak, jak pani mówi: to zależy. Co sprawia, że jest pani niezdecydowana? Nie stwierdza jednoznacznie, że historie pani bohaterek są o nadziei lub przeciwnie, beznadziei?

Opieka nad osobami starszymi, zwłaszcza w takiej formie, jak podczas wyjazdów do Niemiec, to specyficzna forma zarabiania pieniędzy, która bardzo wiele kosztuje. Mówiąc „bardzo wiele”, mam na myśli własne życie opiekunek, które toczy się niejako poza nimi. Wyjeżdżając na dwa czy trzy miesiące, są zmuszone na przykład ograniczyć kontakt z bliskimi. Z tym, między innymi, wiąże się beznadzieja. Ale beznadzieja wiąże się też z tym, od czego uciekają w Polsce. Początkiem każdej historii są problemy z poszukiwaniem pracy albo radzeniem sobie z niskimi zarobkami.

Moje bohaterki mówią też o nadziei. Ich historie mówią o stawaniu na własnych nogach, o odzyskiwaniu sprawczości i o uprzyjemnianiu sobie życia. Słuchałam więc także opowieści o kupowaniu perfum, wyjazdach, wakacjach, remontach mieszkań, makijażach permanentnych brwi, sukienkach, które mogły sobie kupić dzięki zarobionym w Niemczech pieniądzom.

Beznadzieja dotyczyłaby zatem systemowych aspektów tych historii, nadzieja z kolei ich aspektów biograficznych czy egzystencjalnych, związanych ze stabilizacją materialną. Jest to stabilizacja osiągana właśnie dzięki wyjazdom, choć musimy mieć świadomość, że chodzi o pracę na umowę zlecenia przez około sześć miesięcy w roku.

Jest to też książka o pracy opiekuńczej. Miała z nią pani styczność już podczas pracy nad doktoratem – w hospicjach i domach pomocy społecznej, w których prowadziła pani badania socjologiczne. W Betrojerinkach pisze pani, że aby dostać pracę opiekunki, nie są potrzebne żadne szczególne kwalifikacje. Czy rzeczywiście tę pracę może wykonywać każdy i każda?

Pracę opiekuńczą w domu, zgodnie ze społecznym przekonaniem, może wykonywać niemal każda z nas. Każda, bo przyjmuje się, że kobiety rodzą się ze zdolnościami opiekowania się ludźmi.

Brak wymagań wobec opiekunek ze strony agencji pracy i klientów wynika z tego, że opieka odbywa się w trybie domowym. A praca wykonywana w domu, czy w Niemczech, czy w Polsce, przez bliskich albo kobiety z innych krajów, jest postrzegana jako taka, która nie wymaga żadnej wiedzy i umiejętności. To ryzykowne założenie – nie tyle w odniesieniu do sytuacji starszych ludzi, ile opiekunów i opiekunek. Opiekowanie się osobą bardzo niesamodzielną jest dużym obciążeniem psychicznym i fizycznym. Między innymi dlatego warto wprowadzić systemowe działania, które odciążyłyby opiekunki, dzięki czemu miałyby one czas dla siebie. Obecnie pracują niemal bez przerwy – i to niezależnie od tego, czy chodzi o zapewnianie opieki seniorom w Niemczech, czy własnym rodzicom w Polsce.

Obecnie mówimy, że kobiety wyjeżdżające do Niemiec są w złym położeniu, a przecież opiekunowie i opiekunki w Polsce wcale nie są w lepszym, bo na przykład nie mają tych wszystkich systemowych rodzajów wsparcia, takich jak na przykład dostępne i refundowane usługi ambulatoryjne, które mają i rodziny, i opiekunki pracujące w Niemczech.

Dzięki swoim badaniom (opisanym w książce Pomiędzy życiem a śmiercią. Opowieść o tożsamości i umieraniu), a później pracy reporterskiej, mogła pani obserwować różnicę między pracą w domu a tą zinstytucjonalizowaną w domach opieki.

Inną perspektywę mają osoby, które potrzebują wsparcia, inną te, które to wsparcie zapewniają. W pracy doktorskiej skupiałam się bardziej na tej pierwszej grupie. Dopiero później, w związku z reportażami, zmieniłam punkt widzenia. Pracując nad doktoratem, pisałam o tym, co się dzieje, gdy starszy człowiek mieszka ze stoma innymi osobami w jednym domu.

Z tych historii wynika, że znalezienie się w domu opieki społecznej nie jest, jak może się to jawić w potocznym odbiorze, końcem świata. Wiele zależy tu od tego, czy dana osoba sama wybiera taki rodzaj scenariusza starości, czy zostaje do tego na różne sposoby zmuszona. Jeżeli wybierze ten rodzaj starości sama, to jest większe prawdopodobieństwo, że będzie zadowolona, że mieszka w domu opieki. Mieszkańcy i mieszkanki domów pomocy społecznej nie muszą na przykład zajmować się prozaicznymi rzeczami, takimi jak opał, samodzielne utrzymanie mieszkania (jeśli mąż czy żona umarła), gotowanie, dostanie się do lekarzy. Mieszkanie w DPS jest końcem świata wtedy, kiedy zostaje na starszej osobie wymuszone.

Natomiast jeśli chodzi o pracę opiekuńczą, to im większy dom, tym trudniej opiekować się w sposób uwzględniający podmiotowość podopiecznych. W domu, w którym prowadziłam badania, zauważyłam niepokojące sygnały związane ze sposobem traktowania mieszkańców. Myślę, że to się powtarza w innych instytucjach. Przykładowo, z ich obniżonym nastrojem czy nawet z depresją radzono sobie leczeniem farmakologicznym. Przyjeżdżała psychiatra i wypisywała recepty na tabletki. W ten sposób personel radził sobie z obniżonym nastrojem, melancholią czy depresją podopiecznych, jakkolwiek by to nazwać i jakkolwiek by to medykalizować czy demedykalizować. Moim zdaniem trzeba być ostrożną w takich mocnych diagnozach. Między innymi z moich badań wynika, że czas starości wiąże się z wycofywaniem się z życia. I to, co nieprzygotowani lekarze mogą nazywać depresją, może okazać się po prostu czekaniem na śmierć. Właśnie w taki sposób starzy ludzie to nazywają – bez żadnych gładkich słów. Mówią też, że już się nażyli i nie interesują ich np. nowe znajomości. To pojawiało się także w opowieściach opiekunek. Często spotykały się z sytuacjami, w których ich niemieccy podopieczni po stracie żony czy męża lub po znacznym pogorszeniu stanu zdrowia mieli poczucie, że ich życie już się skończyło, że teraz to jest poczekalnia i muszą to przetrzymać. Niezależnie od tego, co mówią im lekarze i rodzina, nie mają ochoty zmieniać podejścia.

Na pracę opiekuńczą jest popyt, jest i podaż. Tak się składa, że popyt jest po stronie bogatych Niemek i Niemców, a podaż po stronie stosunkowo ubogich Polek. Czy pani lub pani bohaterki odczuwały to jako trudność lub rażącą nierówność? A może sprzedaż pracy opiekuńczej w bogatych Niemczech, w obcym kraju i w innym języku, uwalniała ją z jakichś obciążeń?

Tak, to ciekawa perspektywa. Następuje tu dowartościowanie pracy, które polega między innymi na tym, że się za tę pracę płaci. W Polsce opiekunowie często nie dostają żadnego finansowego wsparcia albo dostają 520 zł miesięcznie zasiłku opiekuńczego. Natomiast w Niemczech opiekunki otrzymują wynagrodzenie i to takie, które w polskich warunkach wiele umożliwia, choć chodzi o wynagrodzenie obliczane na podstawie najniższych niemieckich stawek.

Jednym z problemów jest fakt, że nikt nie liczy wszystkich przepracowanych przez opiekunki godzin. W umowach zazwyczaj mają wpisane 38,5 godziny pracy tygodniowo, czyli tyle, ile dopuszczają niemieckie przepisy, a w rzeczywistości pracują po kilkanaście godzin na dobę, bo za pracę należy uznać też bycie do dyspozycji podopiecznego.

W opowieści pojawia się tylko jeden opiekun. Mężczyzna, który okazuje się zresztą pracować w lepszych warunkach niż kobiety. Ma znacznie więcej wolnego czasu, wykonuje tylko te prace, które są wymienione w umowie. Czy agencje lub klienci i klientki rzeczywiście preferują kobiety?

Selekcja dokonuje się „naturalnie”, w cudzysłowie. Ta naturalność bycia opiekunką wiąże się z tym, że jest to „naturalnie” kobiece zadanie, zresztą tak w Polsce, jak i w Niemczech. Tam trzy czwarte opiekunek rodzinnych to kobiety: żony, córki i synowe. Tendencja jest więc podobna jak w Polsce. Agencje niewiele muszą robić, kobiety same się zgłaszają. Paradoksalnie, bo to jest często trudna, wymagająca siły praca fizyczna. Jedna z moich bohaterek stwierdza, że niewielu mężczyzn zgodziłoby się pracować tak ciężko za tak niskie wynagrodzenie. Mężczyźni nie są przyzwyczajeni do swoistego uwięzienia w domu, kobiety często mają natomiast wcześniejsze doświadczenia opiekowania się dziećmi, niekiedy też z rodzicami lub teściami. „Naturalne” jest dla nich to, że w pewnym momencie życia trzeba się oddać do dyspozycji drugiej osoby, która nie jest samodzielna. niezależnie od tego, czy jest nią dziecko, czy osoba starsza.

Jeśli chodzi o mężczyznę, który pojawia się w książce: celowo umieściłam jego opowieść. Nie jest tak, że wszyscy są tak asertywni, jak on. Rozmawiałam też z mniej asertywnymi opiekunami. Jego historia znalazła się w książce na zasadzie kontrastu. Ten mężczyzna ujął mnie między innymi tym, że był podobny do mnie. Moja, związana z byciem opiekunką, strategia, jak potem sobie to uświadomiłam, była właśnie strategią „męską”. Po prostu stawiałam granice, których nie wolno było przekroczyć. Okazuje się, że ta strategia jest bardzo efektywna.

Porozmawiajmy o sytuacji prawnej opiekunek. One zdają się wpadać w lukę pomiędzy prawem polskim a niemieckim, na przykład pomiędzy różne stawki minimalne.

Myślę, że to nie jest luka. To jest przestrzeń, która jest zagospodarowana i przez prawo polskie, i niemieckie, i przez regulacje unijne. Luka, jeśli można o niej mówić, wynika z tego, że opiekunki nie mają siły przebicia i nie mają wpływu na to, co się z nimi dzieje na poziomie systemowym: ich głos jest niesłyszalny. Nie są zorganizowane i nie mają żadnego stowarzyszenia – w przeciwieństwie do agencji, które zatrudniają prawników, organizują konferencje i głosami ekspertów od mobilności, którzy są de facto właścicielami firm, opowiadają o tym, że polska konkurencyjność zostanie zagrożona, jeśli ta sytuacja zostanie ucywilizowana.

Nieprawidłowości – bo tak to trzeba nazwać – pojawiają się na styku prawa niemieckiego i polskiego. Chodzi m. in. o dysproporcje w wynagrodzeniu minimalnym oraz w stawce, od której odprowadzane są składki na ubezpieczenie. Ponadto w Polsce kobiety zatrudniane są na umowie zlecenia, a następnie delegowane (przy czym jest to fikcja – formalnie delegacja dotyczy przecież osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę), podczas gdy w Niemczech są de facto zatrudnione, ponieważ tam wyróżnia się jedynie zatrudnienie pracownicze i samozatrudnienie. Osoby wyjeżdżające do Niemiec powinny podlegać tamtejszemu prawu. Okazuje się jednak, że nie ma możliwości weryfikowania tego, ponieważ ani polska Państwowa Inspekcja Pracy, ani odpowiednie instytucje w Niemczech nie są w stanie zająć się tym problemem i np. weryfikować liczby godzin, które opiekunki faktycznie przepracowują.

Rzeczywiście, mówi się, że te instytucje nie są w stanie się tym zająć, takie twierdzenie pojawia się po obu stronach i wskazuje na jakąś bezradność systemową. Moim zdaniem to też wyraz akceptacji dla tego stanu rzeczy. Z jednej strony – przyzwolenia dla stosowania umów śmieciowych w Polsce, niebędącego przecież jedynie problemem opiekunek, z drugiej strony – akceptacji opieki 24-godzinnej jako formy radzenia sobie z problemem starzenia się niemieckiego społeczeństwa.

W przypadku pani bohaterek nie tak łatwo o interwencję Państwowej Inspekcji Pracy. Nawet pani rozmówczyni z PIP stwierdza, że praca opiekunek w Niemczech nie spełnia wszystkich znamion umowy o pracę, i zastosowanie umowy zlecenia jest uzasadnione. W tej sytuacji PIP niewiele może zdziałać.

Sylwia Timm, która jest prawniczką pracującą w ramach projektu Faire Mobilität, zna polskie oraz niemieckie prawo i podkreśla, że praca bez umowy gwarantującej podstawowe prawa pracownicze to polski wynalazek. Nawet inspektorki PIP wydają się akceptować to, że podstawowe standardy nie są przestrzegane. Sylwia Timm zajmuje się m.in. tłumaczeniem Niemcom, na czym polegają umowy śmieciowe w Polsce: że pracownik czy pracownica, a właściwie zleceniobiorca i zleceniobiorczyni są całkowicie odpowiedzialni za swoją sytuację. W Niemczech takie konstrukcje jak umowa zlecenia czy o dzieło nie są znane. Tam polska opiekunka jest po prostu pracownicą.

Wspomniała pani o Faire Mobilität, z książki wiem z kolei, że tematem tym zajmują się niemieckie związki zawodowe. Przynajmniej monitorują liczbę polskich opiekunów i opiekunek w kraju. Jak wygląda organizacja i wsparcie formalne tej grupy? Czy podjęto już działania, by zorganizować polskie pracownice w Niemczech?

Rzecz w tym, że takie osoby, jak moje bohaterki, nie są „polskimi pracownicami pracującymi w Niemczech”, ponieważ one regularnie do Polski wracają. W Niemczech mieszka 780 tysięcy Polaków, którzy mogą organizować się w różny sposób, na przykład przystępować do niemieckich związków zawodowych. Jeśli ktoś pracuje w Niemczech i ma niemiecką umowę, zazwyczaj nie ma takich przygód, jak polskie opiekunki. Jedną ze strategii, które opiekunkom proponuje Sylwia Timm, jest nie tyle organizowanie się, ile poszukanie rodzin zatrudniających opiekunki na niemieckich zasadach. Jeśli chcą krążyć między Polską a Niemcami, mogą zostać zatrudnione bezpośrednio w domach podopiecznych, istnieje taka formalna możliwość. Ominą dzięki temu wszystkie te zaskakujące sytuacje związane z pośrednictwem agencji, jak na przykład bycie pracownikiem delegowanym bez umowy o pracę. Drugą proponowaną strategią jest po prostu wyprowadzenie się z Polski. Po zdobyciu uprawnień, pracując nawet za najniższe stawki w opiece ambulatoryjnej, będą w stanie utrzymać się w Niemczech.

Tu jedna z pani bohaterek mówi, że nie jest zainteresowana takim rozwiązaniem. Zaczęłaby wtedy realnie zarabiać znacznie mniej. Kiedy przywozi do Polski pieniądze zarobione w Niemczech, to są to inne pieniądze, niż gdyby wydawała je na miejscu. Niektóre pani rozmówczynie są w stanie na przykład po kilkunastu miesiącach wyjazdów gruntownie wyremontować mieszkanie. Czy nie jest tak, że ta sytuacja z punktu widzenia wielu opiekunek jest bardzo korzystna? Zarabiają tyle, ile by chciały. W momencie formalnego, prawnego polepszenia sytuacji, ich zarobki zmniejszyłyby się, wobec tego mogłoby im się to nie opłacać.

Tak, są takie głosy. Opiekunki często myślą, że zdołają uzbierać pieniądze na emeryturę, że jeszcze mają czas i że to wszystko się jakoś ułoży. Tymczasem wahadłowe wyjazdy do pracy czasami trwają latami. I składki latami odprowadzane są od niskich kwot.

Rozumiem, z czego wynikają takie strategie wyjazdów, ale mam poczucie, że to też jest część problemu. I prawne kruczki wykorzystywane przez agencje, i wyzysk związany z opieką 24-godzinną zostałyby ucięte, gdyby opiekunki zdecydowały się zmienić kraj zamieszkania. Z jednej strony są kalkulacje dotyczące tego, co się opłaca finansowo, z drugiej jednak pytania, czy ważniejsza nie jest jednak możliwość codziennego powrotu z pracy do domu?

Pani bohaterki są bardzo różne. Są wśród nich osoby, które w Polsce były w bardzo trudnej sytuacji finansowej, czasami wynikającej wręcz z dyskryminacji. Ale są też na przykład znudzone pracą menadżerka czy księgowa. Z czego wynikają te strategie, te wybory? Dlaczego Polki wyjeżdżają do Niemiec?

Tych znudzonych osób jest znacznie mniej. Więcej jest tych, które mają nóż na gardle, są w sytuacji podbramkowej, czy nawet w bramce, jak wyraziła się jedna z bohaterek. Im więcej czynników, które sprawiają, że są w bramce, tym większe prawdopodobieństwo, że wyjadą jako opiekunki. Chodzi najczęściej o brak stałych i przyzwoitych zarobków, ale wśród opisanych przez mnie historii znalazły się i takie, które wiążą się z przemocą w rodzinie albo z koniecznością samodzielnego wychowywania i utrzymania dzieci.

Na koniec zapytam o warsztat. Jest pani socjolożką, badaczką. Czy reportaż daje jakieś narzędzia niedostępne pani do tej pory?

Tak, i po opublikowaniu Betrojerinek widzę, jak wiele mi daje. Dzięki reportażowi mam radość z pisania prostym językiem. To książka, którą się dobrze i łatwo czyta, nawet jeżeli czasami opowiada o nieprzyjemnych rzeczach. Bardzo chciałam, aby była zrozumiała dla wszystkich, którzy po nią sięgną.

Z drugiej strony myślę, że mój warsztat socjologiczny widać jak na dłoni, jeśli tylko czytelnik również go zna. Jednak nawet wtedy, gdy pracowałam naukowo, nie byłam „typową” socjolożką – recenzenci moich poprzednich książek zwracali uwagę na to, że mój sposób pisania sprawia, że granica między socjologią a literaturą się zamazuje. Co nie zawsze było komplementem.

Dziękuję za rozmowę.

Ilustracja: Edvard Munch, The sick child, 1985-86,  Nasjonalgalleriet, Oslo.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *