AUTOR

Karol Templewicz

Urodzony w 1985 roku, socjolog, publikował m.in. w Krytyce Politycznej, Dzienniku Opinii i Tygodniku Powszechnym. Stale prowadzi blog w witrynie Nowych Peryferii. Od 2011 roku związany zawodowo z Instytutem Adama Mickiewicza.

Na wstępie muszę przyznać, że pomimo ciągłego połączenia z siecią, nie czuję się swobodnie w internecie. Słowne gierki, memy i inne przejawy onlajnowego życia docierają do mnie z opóźnieniem. Nawet przy najszczerszych chęciach trudno mnie uznać za trendsettera. Czytając kolejne książki Cory’ego Doctorowa wyraźnie odczuwam, że gamerzy, biegłe w programowaniu geeki zaludniające strony tych powieści stanowią odrębny gatunek. Gatunek, który trzeba poznać, bo tak zwane „nowe technologie” coraz wyraźniej wpływają na nasze życie. Tym bardziej warto poznać książki, które pokazują, w jaki sposób wciąż rozdzielane w publicznych dyskusjach real i świat sieci są ze sobą rzeczywiście splecione. Taką książką jest „Kill All Normies” Angeli Nagle.

Nie zamierzam dołączać do chóru technologicznych optymistów. Daleko mi do poglądu, który Evgeny Morozov nazwał solucjonizmem: przekonania, że odpowiedni rozwój mocy obliczeniowych, wynalezienie nowych maszyn, aplikacji i tak dalej może rozwiązać problemy ludzkości. W samego Morozova, choć go cenię, także bawić się nie zamierzam. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na jedną z jego niezwykle trafnych obserwacji, zresztą dla obeznanych choćby z klasycznymi pozycjami szkoły krytycznej, jak „Społeczna funkcja filozofii” Horkheimera, niezbyt odkrywczą: nie ma czegoś takiego jak „czysta” technologia. Już choćby to, kto daną rzecz produkuje, zamierza czerpać z niej zyski i jak sobie wyobraża użytkowników sprawia, że technologia jest polityczna.

Być może sieć jako taka nie jest prawicowa czy lewicowa, koniecznie reakcyjna lub progresywna. Niemniej różne tendencje ideologiczne dochodzą w niej do głosu w określonych momentach z różną siłą. W swojej książce Angela Nagle śledzi wojnę kulturową, która toczy się on-line. Jest to przede wszystkim wojna domowa pomiędzy różnymi odłamami amerykańskich „internetów”. Dlaczego zatem mielibyśmy się nią interesować w naszej części Europy? Po pierwsze dlatego, że jedna z armii tej wojny pomogła dojść do władzy Donaldowi Trumpowi, co autorka pokazuje może w odrobinę zbyt dużym uproszczeniu, ale bardzo przekonująco. Po drugie, logika tej wojny jest odczuwalna w całym świecie zachodnim i zwiastuje, zdaniem Nagle, upadek nadziei na stworzenie „społeczeństwa sieci”.

Zamiast demokratycznej, otwartej globalnej społeczności, której nadejście prorokowali, jak nam się w „Kill All Normies” przypomina, „Manuel Castells i liczni komentatorzy związani z magazynem Wired”, mamy raczej do czynienia z dwoma plemionami, które oskrzydlają zupełnie skostniały, bełkotliwy i pozbawiony siły mainstream. Książkę Nagle można czytać także jako oskarżenie rozmemłanej postpolityki, która pozwala wyznawcom neoliberalnych dogmatów spokojnie demolować świat. Odpowiedzią na to jest polityka tożsamości.

Z jednej strony mamy zatem trolli z alt-rightu (i alt-lightu) – nowej prawicy. Od konserwatystów w starym stylu różni ich dystans do wiary i otwarty cynizm. Nagle pokazuje, że mizoginia i seksizm są centralnym punktem ich tożsamości. Bo w zasadzie trudno znaleźć inny punkt zaczepienia. Według autorki kultura chanów, z której wyrosło szersze zjawisko alt-rightu, hołduje wartości transgresji dla samej transgresji. Chany (czany) pierwotnie były neutralną, importowaną z japońskiego internetu formą wymiany treści. Czanowe tablice służące do wymiany treści fanowskich sprzyjają tworzeniu się wątków poświęconych niszowym tematom. Po przejściu do anglojęzycznej sieci czany stały się zaczynem wspólnoty, która wytworzyła własny język i kod postępowania; miejscem narodzin wielu memów i internetowych leitmotiwów. Ich twórcy niekoniecznie przejmowali się kwestiami poprawności politycznej, ale nie byli też od początku nastawieni na testowanie czy rozsadzanie jej ram.

Kampanie nienawiści, długotrwałe nękanie, groźby zabójstw i gwałtów, wysyłanie pornograficznych obrazów – to wszystko jest opisywane przez alt-right w kategoriach „dystansu”, „żartu” i „przesuwania granic”. Te kampanie wymierzone są w osoby, które postrzega się jako wrogów „wolności”. Dotyka to zwłaszcza kobiet i krytyków brutalnej alt-rightowej kultury. Z opisów wynika, że armie męskich mizoginistycznych trolli gotowe są poświęcić wiele wysiłku, by pomścić wszelkie wyobrażone krzywdy.

Jak mogą robić tak straszne rzeczy – grozić gwałtem, wysyłać pornograficzne obrazki rodzicom samobójców – i czuć się z tym dobrze? Nagle proponuje ciekawą odpowiedź. Tych, którzy pamiętają, jak w polskich naukach społecznych wyglądała recepcja zachodnich postmodernistycznych teorii – wyrosłych skądinąd w znacznym stopniu ze środowisk lewicowych – przez konserwatystów (dobrym przykładem jest tu Andrzej Zybertowicz), pewnie ona nie zdziwi. Bardzo mocno wybrzmiewa oskarżenie autorki pod adresem kontrkultury. Wyrosłe z ruchów 1968 roku ideologie głosiły wszak także „zabrania się zabraniać” i żądały absolutnego prawa do samorealizacji. Moim zdaniem akt oskarżenia pod adresem kontrkultury powinien opierać się na tym, że to z tych ideologii wzięła się reaganomika i ślepa wiara we wzrost (samorealizacja przez rynek). Angela Nagle akcentuje raczej, że głoszenie absolutnej wolności, podłączanie się pod tradycję transgresji (De Sade, Bataille), wbrew temu, co zwykło się sądzić na lewicy, nie gwarantuje wyzwolenia. Przynajmniej jeśli przyjmiemy za progresywną lewicą, że celem emancypacji jest więcej rzeczywistej wolności dla wszystkich, że jest nim pozyskanie sprawczości przez możliwie szeroką grupę ludzi. Jak pokazuje historia portalu 4chan i ruchów nowej prawicy – te same idee wyzwolenia poprzez akty transgresji panującego porządku mogą zostać wykorzystane przez seksistowskich i faszystowskich trolli. A jeszcze gorszą wiadomością dla lewicy (w sumie dla wszystkich, jak sądzę) jest, że to „prawica hipisowska” (przez analogię do „prawicy heglowskiej”) jest skuteczna politycznie. To właśnie ta formacja jest w stanie najlepiej wykorzystać zjawisko backlashu: przekształcenia walk klasowych w wojny kulturowe. Nie musząc przejmować się ograniczeniami klasycznego konserwatyzmu są w stanie narzucać język debaty publicznej, trafiając ze swoim przekazem do kolejnych grup rozczarowanych status quo.

Jeśli po pierwszej połowie książki czytelniczka Nagle nie jest dostatecznie przygnębiona i przerażona zanikiem wspólnej przestrzeni, to po opisie „hipisowskiej lewicy” porzuca wszelką nadzieję, że baumanowska pusta agora kiedykolwiek jeszcze się zapełni. Lewa strona, skupiona wokół serwisu Tumblr i zrzeszająca między innymi kampusowych aktywistów, jest do tego stopnia skoncentrowana na dzieleniu włosa na czworo, że nie ma czasu na nic innego. W tym wydaniu polityka tożsamości, wyprana z jakichkolwiek aspektów ekonomicznych, polega na wymyślaniu kolejnych podkategorii. Okazuje się zatem, że należy uważać na mniejszość seksualną osób, których płeć zależy od rodzaju muzyki, która akurat leci, albo pory dnia, a to tylko niektóre z przykładów podawanych przez Nagle. Przy czym kultura wokółtumblrowa oparta jest na podkreślaniu pozycji słabości i uznaniu jakiejkolwiek autoidentyfikacji. Wyklucza się wszelkie głosy krytyczne. Każdą niewygodną krytykę można zatem uciszyć oskarżeniami o homofobię, transfobię albo, bardziej ogólnie, „niedostateczną wrażliwość”.

To właśnie ta kultura odpowiada za wprowadzenie na amerykańskich kampusach tak zwanych trigger warnings. W moim przekonaniu, a o ile dobrze wyczuwam, stanowisko Nagle jest raczej podobne, jest to szkodliwa instytucja, która ogranicza wolność dyskusji i źle robi kulturze intelektualnej. Założenie, że dorosłe osoby muszą być ostrzegane przed treściami, które mogą „wywołać wzburzenie” jest ogromnie szkodliwe. Pokazuje to bowiem, że celem instytucji nie jest przekazanie wiedzy, uformowanie pracownicy czy intelektualisty, ale zapewnienie komfortu. Nie wiem, czy jest coś dalszego od oświeceniowych idei, niż założenie, że najważniejsze jest niekonfrontowanie studentów z potencjalnie niepokojącymi lekturami.

Jak stwierdza Nagle, ta lewica tożsamościowa jest wobec alt-rightu kompletnie bezbronna. I to bynajmniej nie z powodu własnego braku agresji. Autorka „Kill All Normies” przytacza kilka mocno niepokojących ataków strony progresywnej na „niedostatecznie wrażliwe” osoby publiczne. Najgłośniejsze przykłady dotyczą polityków lewicy próbujących skierować dyskusję na tematy ekonomiczne: Berniego Sandersa w USA i Jeremy’ego Corbyna w Wielkiej Brytanii. Nagle okazało się, że Berniego Sandersa popierają wyłącznie tzw. „berniebros” – młodzi biali mężczyźni, którzy nie szanują kobiet. Dla aktywistów z okolic Tumblra to, że Sanders był w dużej mierze popierany także przez młode kobiety, co pokazywały dane, nie miało znaczenia. Ta awantura była jedną z przyczyn porażki senatora z Hillary Clinton w wyścigu o nominację prezydencką. A tym samym ułatwiła zadanie Trumpowi. Podobnie w wypadku Corbyna: przylepieniu łatki homofoba i transfoba nie przeszkadzał fakt, że zawsze sprzyjał mniejszościom i odpowiednio do tego głosował w parlamencie.

Lewica tożsamościowa jest bezbronna, ponieważ jej zasadniczym celem nie jest budowanie wspólnoty, ale nieskończony ruch w wyróżnianiu kolejnych, coraz mniejszych mniejszości. Nawiasem mówiąc, ostatnio zwrócono mi uwagę, że pierwszym etapem było rozszerzenie ruchu walczącego o równouprawnienie dla mniejszości seksualnych o „T”. Według mojego rozmówcy transseksualność różni od LGB skupienie na jednostce: na tożsamości konkretnej osoby. Nie chcę przez to powiedzieć, że bycie uwięzionym w pułapce nieswojej płci nie stanowi źródła cierpienia, a więc, że takim osobom nie należy ułatwiać jej zmiany. Sądzę tylko, że nieprzypadkowo jednym z ulubionych oskarżeń lewicy tożsamościowej okazuje się zarzut transfobii. To jest zresztą centralny problem: głównym orężem są oskarżenia o niedostateczną wrażliwość (arbitrem w tej sprawie jest zazwyczaj osoba oskarżająca). Jest to jednak metoda nieskuteczna w walce z przeciwnikiem, dla którego brak wrażliwości jest programowy. Co więcej, jak zauważa Nagle, ktoś przyzwyczajony, że w razie czego otrzyma trigger warning, zwyczajnie nie potrafi dyskutować. Nie potrafi zatem intelektualnie poradzić sobie z zalewem nowego faszyzmu.

Czy jest zatem jakaś nadzieja na odzyskanie wspólnego? Czy możliwa jest odnowa polityki? Nagle nie daje odpowiedzi na te pytania. Skupia się na zagadnieniu walk o hegemonię kulturową – i jej recepta jego dotyczy. Podstawowym postulatem jest więc sprzeciw wobec tolerowania transgresji dla samej transgresji. Problem w tym, że to wymagałoby na przykład przemodelowania całego świata sztuki współczesnej. Ten rodzaj dyskursu jest w krytyce sztuki absolutnie dominujący, z czego zresztą kpiła cała rzesza (niekoniecznie konserwatywnych) autorów z Michelem Houellbecqiem na czele. A to byłaby zmiana najłatwiejsza. Bo zmiana popkulturowego przekazu, wedle którego wartość mężczyzny ocenia się na podstawie liczby podbojów erotycznych, co zasugerował w charakterze rozwiązania Krzysztof Posłajko w fejsbukowej dyskusji o książce, to już kwestia znacznie cięższa.

Dodatkowo, jeśli spojrzeć z perspektywy technologii, sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. W jednym z wywiadów amerykański komik Louis C. K. opowiada o tym, że uczenie dzieci empatii jest obecnie znacznie trudniejsze. Napisanie komuś na ekranie czegoś przykrego lub obraźliwego jest znacznie, znacznie łatwiejsze, niż powiedzenie tego w twarz. Co więcej, dziecko, które dopiero uczy się konsekwencji swoich działań, nie ma szans zobaczyć, jakie emocje wywołuje u rozmówcy. Dodajmy do tego drobny fakt, że aplikacje specjalnie projektuje się tak, by uzależniały, oferując stale drobne gratyfikacje w trakcie ich użytkowania. I jeszcze, że algorytmy rozmaitych portali coraz dokładniej kroją ofertę pod konkretne osoby. Z każdym krokiem trudniej zatem o dostęp do opinii osób o odmiennych poglądach, a co za tym idzie, o wyjście z bańki. Nie wygląda to zbyt pocieszająco, prawda?

A jak to się ma do polskiego internetu? Nie przeprowadziwszy poważniejszych badań, mogę zaoferować jedynie opinię opartą na doświadczeniach własnej bańki informacyjnej. „Mój” internet składa się w sporej części z osób powiązanych z tym lub innym lewicowym medium, ruchem czy inicjatywą. Wiele z opisanych w „Kill All Normies” procesów dostrzegam także w polskiej sieci. Miewam poczucie, że zupełnie nie rozumiem problemów, które ożywiają walle i feedy moich lewicowych znajomych.

Chciałbym zakończyć tę recenzję jakimś pozytywnym akcentem. Niestety wszystko, co mogę zrobić, to podzielić się przekonaniem, że po III Wojnie Światowej oparta na w pełni zautomatyzowanej produkcji gospodarka centralnie planowana przez uczące się programy komputerowe będzie prawdopodobnie działać naprawdę świetnie. W każdym razie „Kill All Normies” warto przeczytać.

Angela Nagle

Kill All Normies: The online culture wars from Tumblr and 4chan to the alt-right and Trump

wyd. Zero Books, Winchester, UK; Washington, USA 2017

Zdjęcie: Wikipedia

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *