DOM KULTURY

Przemoc w Polsce na pięć liter

AUTOR

Olga Stawińska

Urodzona w 1986 roku w Krakowie. Absolwentka słowacystyki, przerwana doktorantka na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisze i tłumaczy. Bored teenager.

Jesień w Polsce jest okropna i wcale mnie nie dziwi, że krytycznie nastawione do rynku pracy w Polsce książki wychodzą właśnie w tej porze roku. Albo może też, ze względu na październik, ku przestrodze studentów: ucz się ucz, bo zostaniesz nikim, jak twoja matka.

Ja, ty, on, ona, ono. Że nie hańbi, że nie zając, że wzbogaca, że jaka płaca taka…
Data ważności przytoczonych porzekadełek minęła jakiś czas temu, a jednak kapitalizm wciąż nie wyprowadza ich ze sprzedaży, co najwyżej przecenia, przebrandowuje, zakleja etykiety, robi promki. Bezczelnie, bo przecież dziś każdy chyba wie, że rymuje się raczej z „nie popłaca” i „mam kaca”, a nie rymuje z „zadowolenie” „pieniądze” ani „stabilizacja”. Zgadza się tylko jedno: bez niej nie ma kołaczy. Ani ubezpieczenia. Ani nawet zasiłku dla bezrobotnych.

Pod koniec września wiał wiatr i niektórzy chodzili już w czapkach – wtedy ukazały się dwie książki: prześmiewczy „Zawód. Opowieść o pracy w Polsce. To o nas” Kamila Fejfera (twórcy „Magazynu Porażka”) i „To nie jest kraj dla pracowników” Rafała Wosia. W jeszcze chłodniejszym i deszczowym październiku swój reportaż „Nie hańbi” wydała Olga Gitkiewicz.
Książka Wosia jest pozycją naukową, ale tak normalnie naukową, czyli – dla ludzi. Woś korzysta z dorobku i narzędzi, a także opinii, teorii i prognoz z dziedziny ekonomii, socjologii, politologii czy filozofii. Opisuje i wyjaśnia napięcia zachodzące na linii pracodawca-pracownik czy kapitał-praca; redefiniuje pojęcie pracy; stawia pytania o status polskiego pracownika i pracownicy teraz i w niedalekiej przyszłości.

Gitkiewicz w „Nie hańbi” robi właściwie to samo, z tym że za pomocą reportażu: opowiadając historie zwykłych ludzi. Kierowca pracujący dla firmy rzeźniczej; kasjerki niegdyś ekskluzywnej sieci spożywczej; pracownica Amiki Wronki, która z powodu mobbingu w firmie popełniła samobójstwo. Elastyczni, szybko się uczące, dynamiczni, nie bojący się wyzwań (to z CV). Sfrustrowani, załamane, wkurzone, z brakiem perspektyw na przyszłość (to z rozmów z rodziną i przyjaciółmi).
Dla Gitkiewicz użyte przez Fejfera w tytule „to o nas” znaczy też tyle, że wplata ona w swoją narrację wątki autobiograficzne – książkę spaja opowieść o Żyrardowie, rodzinnym mieście autorki, i znajdującej się w nim fabryce wyrobów lnianych. Przyznam, że choć historia funkcjonowania tego miejsca, buntów, strajków i pracowniczych sporów opisana została szczegółowo i ciekawie, interesowała mnie najmniej. Szybko przerzucałam kartki, żeby czytać już o tym co teraz, o pracy, jaką znamy dziś.

Pierwsza ze współczesnych opowieści o pracy w „Nie hańbi” dotyczy korporacji. Uważam, że jest to najsłabszy fragment książki, jednak to tu pierwszy raz pomyślałam: to o mnie.

Najsłabszy, bo Gitkiewicz bazując również na własnych doświadczeniach (dowiaduję się tego z zamieszczonej z tyłu książki notatki o autorce, w której – o zgrozo – czytam obśmiany na wszystkie strony świata komunał: „w czasie pisania książki >>Nie hańbi<< rzuciła pracę w korporacji i przeprowadziła się z Wrocławia do Żyrardowa”) odwołując się do stereotypów kpi z miliona młodych ludzi, którzy w trakcie studiów albo po studiach decydują się na pracę w korpo.
W rozdziale „Coaching dla Orków” Gitkiewicz przytacza znany wszystkim menadżerski bełkot o podnoszeniu produktywności, wywoływaniu efektu wow; obśmiewa dress code „korposzczurów” oraz życie piątkiem i targetami.

Pisze: „Zasiedlamy szklane wieże w centrum Mordoru. Każdy z nas ma swoją zagrodę i raczej się z niej nie wychyla. Piszemy dużo maili, bo rozmowy na polu nie są mile widziane. Mętnym wzrokiem spoglądamy na rzędy równo ustawionych monitorów, liczby w tabeli Excela zlewają się nam w jedną plamę. Zaglądamy na Facebooka”.
Nie chodzi tylko o to, że metafora Korpo – Orwell już się chyba wszystkim przejadła. Chodzi o to, że jest niekoniecznie prawdziwa i z pewnością krzywdząca dla milionów pracujących w korporacjach ludzi.
Pracowałam w Warszawie w trzech korporacjach, a teraz robię w czwartej, do której się przeniosłam po dość nieprzyjemnym romansie zawodowym z jedną z czołowych ogólnopolskich gazet, której podobno „nie jest wszystko jedno”.

Nie zamierzam bronić korpo, ale ich pracowników i pracowniczek już tak. Po pierwsze dlatego, że nie dziwię się im (oraz sobie), że wybierają stabilną pracę na umowę, z prywatnym ubezpieczeniem i sensowną wypłatą na czas w międzynarodowych firmach, które tak bardzo boją się szwedzkich związków zawodowych, że dość rzadko dochodzi w nich do łamania praw pracowniczych czy mobbingu. Wolę je, jak się okazuje, niż „prestiżową” pracę we wspomnianej gazecie czy prywatnej firmie, w której warunki umowy są tajne jak akta Watykanu, wypłata spóźniona i w wysokości trudnej do przewidzenia (czasem jest premia, czasem nie, a czasem powinna być, ale jakoś nie wpłynęła), umowa śmieciowa, a mobbing na dzień dobry, i to w jednej z bardziej chamskich odsłon.

Lewica, ze szkodą dla siebie moim zdaniem, powtarza te bajki o wyścigu szczurów, o młodych yuppies – pędzących po trupach do celu karierowiczów z kubkiem wiadomej kawy w ręce i zestawem słuchawkowym na uszach.
Może kiedyś tak rzeczywiście było, a może tylko uwierzyliśmy rodzicom, że „tam tak jest”, bo w polskich serialach w korporacji ktoś zawsze kradnie komuś projekt i jest molestowany.
Niedawno jeden z lewicowych publicystów, którego skądinąd bardzo cenię, też odpłynął na Facebooku na podobnej fali, pisząc o latte i rzekomych olbrzymich zarobkach w Mordorze. To akurat dość łatwo sprawdzić. W „moich” korpach pensje wahały się od 2 do 3 tys. netto, każdy chodził ubrany jak chciał – od garsonek po swetry i sandały – nikt na poważnie nie mówił o asapach i nie było wyścigu szczurów, bo zajmowaliśmy stanowiska bez szans na awans. Zamiast podkopywać się nawzajem, jak chcą scenarzyści TVP1 i TVN, śmialiśmy się z szefów i team leaderów.
Zapomnijmy na chwilę o tej wpadce. Szalenie wzruszający jest kolejny rozdział: „Grillowanie”, którego bohaterką jest doświadczająca mobbingu w pracy 45-letnia Maria. Opisane przez Gitkiewicz pokrętne sztuczki szefowej i prezesa firmy Marii są i znajome, i odrażające, zwłaszcza w tych momentach, w których szefowa bohaterki stosuje emocjonalny terror, ohydny miks „Jestem twoją szefową, ale i przyjaciółką. Na mnie możesz liczyć” i paskudnej gry za plecami pracownicy. Klasyka. Tutaj znów pomyślałam: to o mnie.

Maria po jakimś czasie została zwolniona, szczęśliwie znalazła jednak nową pracę. Mocno jej kibicuję i dziękuję zwłaszcza za ten fragment, który moim zdaniem jest najważniejszy w całej książce:
„Nie chciałam analizować, dlaczego ona to robiła, dlaczego w ten sposób. Bo to jest jak życie z przemocowcem. Analizujesz: on mnie uderzył, może zasłużyłam… No nie, tak nie może być, mówisz w pewnym momencie nie i koniec. Analizowanie wkręca cię w jakiś układ, a trzeba chronić przede wszystkim siebie. Jak czujesz, że dokonuje się w stosunku do ciebie jakieś nadużycie, to musisz postawić jasno granicę”.
Ilona Pujanek miała 44 lata, kiedy popełniła samobójstwo. To między innymi o niej opowiada rozdział „Siła Wyższa”. Córka samobójczyni jest zdania, że stało się tak z powodu nękania psychicznego, którego mama doświadczała w pracy, w zakładzie Amica Wronki. Ta sprawa była głośna. W styczniu tego roku pod siedzibą firmy protestowali członkowie Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Zarząd firmy odpowiadał na zarzuty o mobbing stwierdzeniem, że są one bezpodstawne i nieprawdziwe. W maju 2017 roku pozwał Piotra Ikonowicza do sądu między innymi za wypowiedź o krwi na rękach szefostwa Amiki. Gitkiewicz przygląda się tej sprawie delikatnie i z czułością. Rozmawia z córką Pujanek, jej mężem i koleżankami; z zarządem Amiki.

Co ciekawe, Pujanek jako jedyna występuje pod nazwiskiem, jakby dopiero po śmierci można było przestać się bać.
Nie dziwię się wcale pozostałym bohaterom i bohaterkom, że niekoniecznie chcą ujawniać pełne personalia, bo wiem, że Zemsta Szefów ma długie ręce i może cię dorwać jeszcze długo po „ustaniu stosunku pracy” lub wywaleniu na pysk, jeśli pracowało się na śmieciówce.
Wiedzą o tym bohaterowie rozdziału „Umowa”, czyli pracownicy burgerowni Krowarzywa z ul. Hożej w Warszawie, wyrzuceni z pracy za założenie związku zawodowego. Kiedy szukali nowego zajęcia w wegańskiej gastronomii, niejednokrotnie dowiadywali się, bez żadnej rozmowy wstępnej, że oferta już jest nieaktualna. Sytuacje, w których ekspracodawcy wkładają dużo wysiłku w to, by utrudnić rozpoczęcie byłym pracownikom nowej pracy, nie należą do rzadkości. I tu również: doświadczyłam tego na własnej skórze. Kiedy dzieje się tak w milionowych miastach, to może wkurzać. W małych miasteczkach często decyduje o mieć czy nie mieć pracy.

Kolejnym bardzo ważnym rozdziałem jest ten dotyczący sposobów funkcjonowania Urzędów Pracy. Kto nigdy nie był w PUPie, niech pierwszy rzuci kamień. Obojętne, czy po ubezpieczenie, czy żeby faktycznie znaleźć pracę, czy dostać się na staż albo zapytać o szanse na dofinansowanie własnej działalności gospodarczej. Gitkiewicz przygląda się systemowi, który każdy – z obu stron barykady – stara się obejść na swój sposób. Jak odpowiedzieć w teście profilującym, żeby otrzymać kategorię, której przysługuje najwięcej benefitów? I jak potem walczyć o ich utrzymanie?
Ubezpieczenie można stracić. Na przykład jeśli odmówi się proponowanej przez urząd oferty pracy w odległym o 30 km miasteczku, do której przecież i tak nie dałoby się dojechać na ósmą, bo o tej godzinie PKS nie jeździ, a pociągów nie ma. No i nie byłoby jak wrócić, ale urząd jest zły i odebraniem świadczeń zdrowotnych pragnie ukarać roszczeniowego bezrobotnego.
Gitkiewicz pisze:
„Nigdzie nie pracuję.

Nie jestem bezrobotna.
Nie jestem ubezpieczona.

Stresuję się”.

i sama próbuje zarejestrować się w urzędzie pracy. Po szamotaninie z ZUS-em i zaświadczeniami udaje jej się to, choć bez prawa do zasiłku. „Wycieczka do urzędu to nie jest wycieczka do kosmetyczki. To bardziej wizyta u dentysty i proktologa w jednym” – czytamy.

Mogłabym się przyczepić jeszcze bardziej do rozdziału o korporacji i do laudacji na cześć Mariusza Szczygła, która się pojawia w „Nie hańbi” (autorka jest absolwentką Polskiej Szkoły Reportażu – wysokopłatnego kursu organizowanego przez Instytut Reportażu, którego prezesem jest Szczygieł) – ale nie zmieni to faktu, że jest to bardzo wzruszająca, potrzebna i dobra książka, która mimo wszystko daje czytelnikom i czytelniczkom nadzieję.

I tą nadzieją są związki zawodowe.

Z reportaży Gitkiewicz dowiadujemy się, że dzięki zaangażowaniu się Inicjatywy Pracowniczej w spór w Krowierzywej zwolnieni pracownicy otrzymali natychmiastowe wsparcie i pomoc prawną. Bez IP prawdopodobnie nie doszłoby również do negocjacji z pracodawcami, którzy, jak wynika z relacji związkowców, wcześniej nie byli zainteresowani żadnym dialogiem.
Gdyby nie Piotr Ikonowicz i Ruch Sprawiedliwości Społecznej, którzy pikietowali pod siedzibą Amiki we Wronkach – czy sprawą sporu na linii pracodawca-pracownik, zwykłą, nudną, normalną i starą jak świat zainteresowałyby się media?
W zeszłym roku zaufanie do związków zawodowych deklarowało 26% ankietowanych – wynika z raportów CBOS. Lata neoliberalnej indoktrynacji mają w tym swój udział. Że kłótliwe, roszczeniowe, komunistyczne, hamujące przedsiębiorczość, że dbają tylko o swój interes – słyszeliśmy w mediach.
Dziś zaczynamy rozumieć, że „ich” interes to „nasza”, pracowników i pracowniczek, sprawa. A takie książki jak „Nie hańbi” pomagają sobie to uświadomić.

Olga Gitkiewicz „Nie hańbi”
wyd. Dowody Na Istnienie, Warszawa 2017
Liczba stron 224.

Zdjęcie: Wikipedia

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *