Dorota Kotas

Mały czarny tekst z cukrem, mlekiem i ogórkiem, czyli: ludzie są najgorsi

AUTOR

Dorota Kotas

Urodzona w 1994 roku, studiuje socjologię w ISNS na UW. Publikuje wpisy na fb. Nie odnosi zbyt wielu sukcesów. Mieszka w Warszawie z rudym psem. Zbiera rośliny doniczkowe i pieniądze na trampolinę.

Bezdomny mężczyzna z foliową reklamówką made in Biedronka przychodzi rankiem do kawiarni, staje w drzwiach, zawiesza na mnie wzrok, i mówi: „Popatrzmy sobie w oczy”. Nosi kamizelkę w wędkarskim stylu i ubranie, w którym wszystko jest podwinięte, to znaczy obie nogawki i oba rękawy, trochę tak, jakby chronił ciuchy, żeby nie zamokły mu całe naraz, i jakby chociaż trochę swoich rzeczy chciał oszczędzić w duchu zero waste.

I nigdy, chociaż jest już zimno, Wędkarz nie ma na sobie kurtki ani czapki. A widuję go prawie codziennie, jak krąży po Niemcewicza tam i z powrotem, i jak każdego pyta: „Przepraszam, czy może mnie pan/pani uratować?”, co bardzo mnie porusza, bo ja też bym chciała tak chodzić i pytać, i może w końcu kogoś znaleźć, a przynajmniej podnieść szansę.

Codziennie jego włosy są mokre. Są mokre od lipca do listopada, od czoła po wędkarski faszyn, i po zmęczony kołnierzyk khaki kamizelki z kieszeniami, w których nie ma nic poza kolekcją foliowych woreczków i mydłem (wiem, bo kiedyś mi pokazał). Jego włosy sprawiają wrażenie, jakby pewnego dnia zmokły i były już zbyt mokre, żeby móc kiedykolwiek wyschnąć. Ale Wędkarz niczym się nie przejmuje. Przywykł do niewygody. Jest przyzwyczajony do: deszczu, lepkich włosów, siąpania nosem, spluwania na chodnik, ocierania czerwonych strużek krwi z twarzy, kiedy zdarzy mu się dostać w nos, i do musujących płynów w nieprzezroczystych butelkach w tonacjach kojących brązów, i procentów, ekstra super full dla prawdziwych mężczyzn polskich tradycyjnych strong.

Tylko tym razem nie ma kto wyrzucić Wędkarza za drzwi. Czasami tak się zdarza. Że, na przykład, inni prawdziwi mężczyźni są bez reszty pochłonięci, bo wszyscy naraz w promieniu 40 metrów kwadratowych czytają swoje komputery, gazety wyborcze i smartfony, a ja jestem naprawdę bezradna, i nikt nie może mnie uratować, naprawdę nikt. Dlatego Wędkarz stoi u nas dłuższą chwilę, patrzy sobie w moje oczy, a ja nie wiem już nawet, czy one są nadal moje, tylko nieruchomieję z nakładanym na talerz ciastkiem z kremem mascarpone, i czekam, aż patrzenie w oczy się skończy. Albo aż mnie ktoś uratuje.

Pracuję w kawiarni po 12 godzin dziennie, a czasami po 15, i codziennie jadę 32 minuty tramwajem, a potem idę o 6:28 rano po gazety, i do piekarni o 6:45, w której kupuję ciabatty dla całej dzielnicy, i robię z nich 25 kanapek. Pani, która je sprzedaje, zamiast dzień dobry mówi do mnie: „Ile dzisiaj?”, a ja od lat mówię, że tyle samo, ale pielęgnujemy ten rytuał, chociaż wiem, że tak naprawdę bułki dla mnie stoją policzone w foliowych reklamówkach, jeszcze zanim otworzę drzwi, i są już nabite na kasę. I że kiedy tylko to powiem, pani z piekarni zapyta, jak ja dam radę tyle zjeść, a później będzie się z tego długo i głośno śmiać, nawet kiedy dawno już nie będzie mnie u niej w sklepie, tylko zniknę za wystawką, czyli artystyczną kompozycją z chleba i kabanosów. A już za chwilę ona wyjdzie na pierwszego papierosa tego dnia, stanie obok piramidy z niebieskich plastikowych skrzynek dostawczych, i będzie patrzyła, jak wszyscy idą w tych samych kierunkach, co poprzedniego dnia o tej porze, i sprawdzała wektory sąsiadów z całej Filtrowej, codziennie tak samo.

Polityka mojej firmy jest taka, że zawsze musi czegoś brakować, przynajmniej trzech rzeczy. Czasami brakuje prądu, i wtedy mogę zalewać kawę wodą z czajnika, którą pożyczam z salonu art paznokci po sąsiedzku. Albo brakuje wolnych stolików, dzięki czemu ludzie mogą stać i zazdrościć, i uzmysłowić sobie, jeśli nie zdążyli zrobić tego wcześniej, w jak znamienitym znaleźli się miejscu. Ale najczęściej brakuje kanapki atlantyckiej z tuńczykiem, sałatą, cebulą, ogórkiem i majonezem. Bo standardy są takie, że nawet jeśli mogłabym nie sprzedawać nic innego, sam majonez, tuńczyka i chleb, i nawet gdyby ludzie przychodzili i mówili, że pragną kanapki atlantyckiej, i gdyby każdy mówił, że zapłaci od razu za trzy, po jednej na oba śniadania i deser albo lunch dnia, i gdyby klienci mieli budżet specjalnie na tę kanapkę i tylko na nią, a jedli ją codziennie i wydawali na nią fortunę – wcale nie byłoby dobrze. Bo, po prostu, ona ma smakować tym, że jej brakuje, i to jest zaplanowane przez managerów, czyli najwyższych business planistów ever. Jest zaplanowane, że kanapki nie są dla wszystkich, i że jest optymalnie, kiedy tej, której każdy chce, robię rano najmniej, i dzięki temu wszyscy mogą później już tylko żałować, że znowu jej nie dostaną, i zobaczyć, że na nic zdadzą się ich pieniądze i całe materialne zaplecze. A ja wierzę, że to musi uczyć wielkiej pokory, i jestem całkiem dumna z tej misji wychowawczej, bo wyobrażam sobie, że to perwersja na skalę światową. A ludzie i tak są.

Jestem certyfikowaną podglądaczką. Nie mam swojego życia, ale mam swoje zmiany w kawiarni po 12 zł za godzinę do ręki, które spędzam na podglądaniu ludzi, dla których jestem niemiła. Ukończyłam kurs szpiegostwa, który trwał 23 lata, i przez cały ten czas prawie nigdy nie zajmowałam się sobą, tylko patrzeniem i słuchaniem. Pracuję przez 7 dni w tygodniu. Spędzam w pracy 12 lub 15 godzin, i kończę ją o 23:00, a zaczynam o 7:00. Pracuję we wszystkie weekendy w miesiącu, w Wigilię, Święto Zmarłych i we wszystkie inne dni, w które nikomu innemu się nie chce, bo każdy inny woli wtedy leżeć i oglądać seriale na Netflixie, albo umawiać się przez Tindera na randki, i przychodzić do mnie na kawę. Za to ja w tym czasie nie mam żadnego życia. Ale nie martwię się, bo mam dużo historii, i czasami mogę nawet udawać, że przydarzyły się mnie, a nie komuś innemu. Chociaż to i tak nie ma znaczenia, bo i tak nie mam ich komu opowiedzieć, bo w mojej pracy mówię tylko dzień dobry, dziękuję, czy ma pani jakieś drobne, i czy robić białą kawę bez mleka, czy z cukrem, hej!

Wczoraj zaczepiła mnie pani Jadzia, która podobno ma wolny zawód (mój w ogóle nie jest wolny, zwłaszcza jak jest ruch, więc jej też zazdroszczę), i zapytała mnie, czy oszalała. Pani Jadzia spędza u nas przeważnie cały dzień. Chyba nigdy nie chciała kanapki atlantyckiej, i już to jest trochę niepojęte, może nawet rebelianckie z jej strony. Ale za to często kradnie mi cienkopisy, które kupuję do wypełniania raportów w pracowniczych segregatorach, a potem siedzi przy kaloryferze, i pisze na serwetkach (nikt nie wie co). Kiedyś udało mi się znaleźć ją na Facebooku. Zrobiłam to trochę przez przypadek, a trochę z tego powodu, że jestem sumiennym szpiegiem, i chciałam sprawdzić, czy pani Jadzia istnieje naprawdę. No i wtedy okazało się, że tak, dlatego mogę o tym teraz napisać. A oprócz tego dowiedziałam się, że publikuje dużo memów z informacjami o energii kosmosu, i regularnie zamieszcza newsy związane z fazami księżyca, i fakty z życia drzew, ale nie zainteresowała mnie na tyle, żebym chciała ją subskrybować – nawet gdybym miała życie, i gdybym miała czas, żeby to robić. W każdym razie – zapytała mnie, czy oszalała, a ja nie bardzo wiedziałam, co jej powiedzieć, bo na rzeczy, które mówią do mnie ludzie, po szkoleniu baristy, kursach mleko art i 12h+ w pracy codziennie, umiem reagować już tylko tak, że robię małe sojowe latte z syropem albo flat white na wynos z mlekiem bez laktozy.

Chciałam napisać opowiadanie, ale nie mogę, ponieważ nie mam życia. Nie czytam też książek, i dlatego nigdy nie umiałabym żadnej napisać, ale za to wiem, jak dobrze spienić mleko do cappuccino i jakie parametry w refraktometrze ma kawa z Etiopii w Fetco. Rzeczy, które robię w życiu, a które nie są kawą, to tylko rysowanie kredą cipek na lustrze w toalecie albo ustawianie na ladzie pustej patery i obok niej etykiety z napisem „Niewidzialne ciasto” oraz ceną 11 zł, ale właściwie nie ma o czym mówić, bo rano i tak nikt nie zwraca na to uwagi, i wszyscy ludzie, których spotykam w życiu, pragną ode mnie wyłącznie kanapki atlantyckiej z tuńczykiem i kiszonym ogórkiem.

Ilustracje: Emilia Ptak-Gwiazda

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *