AUTOR

Andrzej Muszyński

Autor m.in. „Miedzy” i „Podkrzywdzia”, nominowany do Paszportów Polityki i dwukrotnie do Nagrody Literackiej Gdynia. Wiosną 2017 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jego powieść „Fajrant” o doświadczeniu prekariatu. Ostatnio otrzymał Nagrodę A. Włodka przyznawaną przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Po zmierzchu robiło się już chłodno. Tamtego wieczoru przeszedłem z Saplunary na drugą stronę wyspy. W zatoczce o nabrzeże obijały się ze dwie łódki, których dziwnie wygięte żagle sterczały w niebo jak pióra. Cykot miliarda insektów w rzeczywistości nie narastał, ale gdy człowiek uspokaja oddech, to świat się nieco przybliża.

Dźwięk wydawał się przemieszczać w górę pni, jakby u progu jesieni kolonia tych stworzeń próbowała się stąd wydostać. Tylko gdzie, skoro wokół morze? Na Lastovo? W czasach nowożytnych, o ile mi wiadomo, morza się nie rozstępują, ale księżyc w pełni rzucił na toń, po sam brzeg, srebrzystą prążkę, jak nadprzyrodzoną groblę dla lekkich stworzeń.

Otok Mljet. Chorwacka wyspa Mljet. Ma ze sześćdziesiąt kilometrów długości i parę kilometrów szerokości. Żyje na niej tysiąc ludzi i wszystko wskazuje na to, że żadnemu z nich specjalnie nie zależy, by ją chwalić. Nocą nad tą zatoczką już czuć było horroryczność wyspy po sezonie. Cypel w oddali przypominał grudkę węgla. Korony pinii rozrosłe nienaturalnie dla tej sfery klimatycznej ogarnął w powiewie wiatru jakiś florystyczny szał. Przychodziłem tam, bo widać było stamtąd światła Dubrownika. Podejrzewam, że tak czynią miejscowi, bo człowiek w monochromatycznych przestrzeniach lubi zaczepić wzrok na odległym punkcie. Myślę, że przychodzili tu w czasie wojny, dwadzieścia lat temu, i oglądali, jak dym i ogień kalają świętość adriatyckiego lata. To prawda, w takiej scenerii żołdacy zdobywają przewagę dzięki konsternacji obserwatorów. Na Mljecie było spokojnie. Owszem, wojny toczą się na morzach, czyli statkach, ale generalnie żołnierze lubią stały ląd pod stopami, a już na pewno nie wąskie i skaliste wyspy. Nie widziałem poza tym żadnego opracowania o historii Mljetu, choćby czegoś w rodzaju tych laminowanych broszur spadających na głowę z kurortowych straganów.

Trwał jeszcze sezon, a kamienne wioski były przeraźliwie puste. W jednej z nich facet, który wydawał się jedynym mieszkańcem, stał bezczynnie na dachu i na mnie patrzał. Nie widziałem zwierząt. Wzrok nie miał się na czym zatrzymać poza hipnotyzującymi reakcjami lazurów i malachitów. Wieczorami cykady klikały jak w najprawdziwszym tropiku. Większą przyjemność dawał zmysł dotyku, bo krystalicznie przejrzysta woda wydawała się posiadać oleistą, rozciągłą konsystencję. Cienie kajaków odbijały się na pigwowozłotym dnie i przypominały tresowane ryby. W końcu się tym wszystkim znudziłem. Mapa sugerowała, że od głównej drogi, z pół kilometra powyżej Saplunary, odbija ścieżka prowadząca przez las do dzikiej zatoki.

No więc idę. Najpierw oliwki, parę plantacji winorośli, przełączka i kamienista ścieżka stromo w dół tam, gdzie szumi woda. Łącznie ze trzy kilometry. Tam jest okropnie gęsty las przetkany woniejącą makią. Nagle zobaczyłem w nim pomarańczową plamkę. Serpentynka w lewo, w prawo i stoję przed porzuconym autobusem. Pierwsza myśl: pewnie sprzed pół wieku, może wtedy jeszcze prowadziła tu jakaś droga. Ale maszyna publicznego przewoźnika Libertas wyglądała na nienajstarszą. Więc jak ją tu sprowadzono? Pojęcia nie mam. Wydawało mi się, że po prostu chcieli ją zrzucić do morza stromym zboczem, ale w takiej sytuacji zatrzymałaby się na drzewach dużo wcześniej. Pewnie działo się to po sezonie i po rakii i kto wie, czy kogo nie zabili, bo wyglądało to jak rekwizyt nieumyślnej zbrodni po utracie kontroli nad przednią zabawą. A może jednak w czasie wojny? Od kiedy po chorwackich drogach jeździ Libertas?

Ostatecznie złamałem się i pojechałem do Dubrownika, gdzie nadal ta firma wozi ludzi. Skoro na swoim profilu wypadem do perły Adriatyku chwali się sam Marcelo z Realu Madryt… Otworzyłem w hostelu broszurę o atrakcjach miasta, w którym hordy w białych fatałachach testują wytrzymałość średniowiecznych murów. Była to pozycja promująca miasto, wręcz książka, i na jednej ze stron o urokach nocnego życia, dużą, pogrubioną czcionką twórcy informowali mnie, że hedonism is a lifestyle.

Natychmiast pomyślałem: Boże, co by pomyślała Dobravka Ugrešić? Pewnie napisałaby kolejny esej do swojej „Kultury kłamstwa”. Dziwnie czyta się książkę o obcym kraju sprzed dwudziestu lat, która trafniej niż sto innych diagnozuje aktualny stan dosyć jednak odległej ojczyzny. To, że tu i tam prawie wszyscy kłamią, i wiedzą o tym, że kłamią, to pewne, ale Ugrešić rozpoznała i nazwała gen tej manipulacji. A jugo-disco i jego rola na Bałkanach? Ukłony TVP w kierunku disco-polo? Instrumentalne wykorzystanie folkloru w serbskiej polityce i brak zgody na jakąkolwiek regionalizację? A kiedyż to była w Polsce zgoda na regionalizację? Gęśle z okowitą, którą grzeje się stołeczna władza – owszem, ale wizja pomysłowo, choćby lajtowo autonomicznego Podhala, Śląska? Folklor tylko ośmieszył i zniszczył więź z ziemią, którą trudniej odtworzyć niż zdarty humus. I kto wie, czy ta ciągła podskórna niechęć prowincji do Warszawy trwa już nie ze względu na dysproporcje majątkowe, coraz przecież mniejsze, ale siłą tradycji i pamięci o sprawnym radarze, który tym sprawniej przeczesuje teren od Helu po Tomanową Przełęcz w poszukiwaniu zdrajców i przemytników heretyckich idei, im bardziej nacjonalistyczny rząd. Nawet, paradoksalnie, demonstracyjna niechęć tej części narodu, która sprzyja aktualnej władzy. I kto wie, czy jakiejkolwiek natury autonomizacja nie popuściłaby zaworu, przez który uciekłoby trochę niebezpiecznego już ciśnienia.

Trudno było w Dubrowniku oprzeć się wrażeniu, że niektórym, nie tylko w tym mieście, myli się hedonizm z liberalizmem. Pół tysiąca lat temu renesansowe fasady takich miast miały lud przybyły z zadupi nie tyle rzucić na kolana, co go uszlachetnić. I, jak wierzy Muratow, w nieodległej Toskanii to się w dużej mierze udało. Ale dziś w fotoszopnym świecie już niewiele dziwi i międzynarodówka umęczona nierealnością opowieści historycznych opychała pod wejściem do Pałacu Rektorów suche kanapki z półcentymetrowymi plastrami wiejskiej, krążyła do oporu wąskimi ulicami, płaciła dwadzieścia euro za wejście na miejskie mury, nie wiedząc w końcu, co z sobą począć, aż przejęci turystycznym tsunami Chorwaci zaoferowali jej hedonism as a lifestyle. Postawa hedonistyczna może generalnie sporo kosztować. Jako prawdziwy Polak nie mogę przy okazji nie ponarzekać na ceny, bo takich absurdów nie widziałem w żadnym przybytku czy to Wschodu, czy Zachodu. Tak bardzo chcą się Chorwaci wyrzec bizantyjskości, zamknąć ją w piwnicy, ugnieść kolanem, a ona zaraz wyłazi w innym przebraniu.

Droga z Dubrownika do domu, słynna „Autostrada Słońca” podobała mi się, bo dawno nie jechałem arterią tak równą i pustą, ale po lekturze książek Ugrešić trudno zatrzymać myśl, która frunie do samotnego światła u podnóża gór. Takie punkty wabiły serbskich sołdatów, bo często oznaczały dach na jedną noc, jedzenie i kobiety, choćby osiemdziesięciolatki, bo przecież gwałty na staruszkach nie były niczym nadzwyczajnym. Poprowadzili tę drogę w pustce, pośród kamieni, jakby chcieli oszukać ludzką pamięć. Największymi ofiarami wojen są starcy, bo trudno wyobrazić sobie coś gorszego niż odebranie komuś wiary w takiej chwili życia, gdy człowiek nie ma już czasu jej odzyskać.

Starcy na Saplunarze tylko to sobie wyobrażali. Następnego dnia chmury rozproszyły światło księżyca, dzięki czemu wśród atramentowej toni rozbłysła prawdziwa aleja – jakby dla istot mniej odważnych i nieco cięższych.

Ilustracje: Wacław Andrzej Marat

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *