Marcin Giełzak

Dlaczego Rumunia jest dla nas ważna?

AUTOR

Marcin Giełzak

Urodzony w roku 1987. Przedsiębiorca, publicysta, badacz dziejów lewicy antykomunistycznej. Absolwent historii oraz zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim. Autor książki "Antykomuniści lewicy" (2014), współautor pracy "Crowdfunding" (2015).

Rosję od Europy i wojnę od pokoju oddziela pas państw, który umownie nazywamy Międzymorzem. Geografia, demografia i historia wyznaczyły Polskę na północny zwornik tej niepewnej konstrukcji. Na południu taką samą rolę musi pełnić Rumunia.

Wasal albo wróg

Cel Bukaresztu jest takim sam, jak nasz: przeciwstawić się nieprzyjacielowi, jednocześnie unikając wojny. Kryjąca się za nim kalkulacja jest równie prosta: Rosja nie uderzy, jeśli będzie miała powody sądzić, że atak zostanie odparty albo jeśli uzna, że będzie on zbyt kosztowny w wymiarze strat ludzkich, materialnych czy politycznych. Innymi słowy, naszym zadaniem jest budować w kremlowskich elitach przekonanie, że agresja nie leży w ich interesie.

Musimy jednak zadbać, aby te sygnały były we właściwy sposób przez Moskwę odczytane. Jeśli wyczuje w nich blef, powie „sprawdzam”. Nie będzie wtedy miało znaczenia, czy jej ocena sytuacji była prawidłowa; tak czy inaczej będziemy mieć wojnę, której chcieliśmy uniknąć. Wadliwie realizowana strategia odstraszania przyciąga rosyjską agresję zamiast ją oddalać. Kreml obserwuje nasze zbrojenia, dostrzega nasze próby utrwalania wysuniętej obecności wojskowej wiodących mocarstw Zachodu w naszym regionie. To tworzy naturalną pokusę, aby położyć całej sprawie kres, zanim urośnie ona do rangi problemu. Przekonali się o tym Gruzini w 2008 r.

Na tym samym oddechu trzeba dodać, że uległość również nie jest rozwiązaniem. Współczesna Rosja, jak za Aleksandra III, ma tylko dwóch sojuszników: armię i flotę. Oprócz tego, szczególnie w odniesieniu Europy Wschodniej, zna tylko wrogów i wasali. Demokratyczna Rumunia dobre relacje z Moskwą miała tylko w latach 1989-1992, kiedy pierwsze postkomunistyczne rządy realizowały politykę utrzymywania kraju w strefie wpływów Kremla. Znalazło to wyraz w traktacie o przyjaźni i dobrym sąsiedztwie z 1991 r., który m.in. ograniczał suwerenność Rumunii poprzez zrzeczenie się aspiracji NATO-wskich oraz uznawał granice wynikłe z Paktu Ribbentrop-Mołotow za obowiązujące. Również polityka gospodarcza Rumunii była rażąco niesuwerenna. Rumuńskie firmy nie chciały eksportować na rynek rosyjski, bo tamtejsi partnerzy zwyczajnie odmawiali płacenia, a miejscowe sądy jawnie ignorowały jakiekolwiek skargi. Chcąc utrzymać wymianę handlową z Moskwą za wszelką cenę, rumuński rząd uruchomił program pokrywania strat swoich przedsiębiorców ze środków publicznych. Bukareszt zatem pozwalał okradać swoich obywateli, a następnie jeszcze do tego dopłacał. Na tej samej zasadzie dotowano z pieniędzy podatnika służące wyłącznie jednej stronie joint ventures. Za przykład może posłużyć tutaj pompowanie przez Rumunię środków w huty stali w Ukrainie, choć o zyskach, rzecz jasna, nie mogło być mowy.

Nie było tajemnicą, że wszystkie te, jawnie premiujące Moskwę, rozwiązania były wynikiem nie tylko prorosyjskich sympatii postkomunistycznego rządu, ale także jawnego szantażu energetycznego i głębokiej zależności ekonomicznej. Warto też pamiętać o tym, że gdy Bukareszt poparł rząd mołdawski w walce z kontrolowanymi przez Rosję separatystami z Naddniestrza w czerwcu 1992 r., Moskwa niedwuznacznie zagroziła wojną. Tym samym Rumunii znowu nie pozostało nic innego jak ustąpić. Aby zatem rumuński dyplomata, minister czy przedsiębiorca nie byli wobec byle czynownika bezradni, potrzeba było stworzyć odpowiednią infrastrukturę wojskową, gospodarczą i administracyjną. Należało też, wobec braku sił własnych, szukać źródeł siły na zewnątrz – w strukturach NATO oraz lokalnych partnerstwach z innymi krajami, które mają powody, by czuć się przez Rosję zagrożone. Na tę ścieżkę Rumunia weszła, początkowo jeszcze z pewnymi wahaniami, w latach 1993-1995. Zapoczątkowane wtedy procesy doprowadziły do akcesu do NATO (2004) oraz Unii Europejskiej (2007). Dały też państwu rząd, armię i skarb z prawdziwego zdarzenia oraz poprawiły jakość ustawodawstwa i uczciwość życia publicznego, trzeba byłoby bowiem doszlusować do euroatlantyckich standardów. W trzecim kwartale 2017 r. przyrost PKB wyniósł niemal 9%. Mówiąc obrazowo: Rumunia rozwija się teraz szybciej niż Chiny. Wszystko to znamionuje jej „awans” z wasala na wroga.

Wniosek płynie stąd jeden: w czasach pokoju, zupełnie jak na wojnie, ważą się losy narodów. Armie i floty manewrują, strategiczne przyczółki są obsadzane, trwa próba sił. Pokój wymaga odwagi, ofiarności, wytężenia zbiorowego wysiłku i woli; w gruncie rzeczy potrzebuje on cnót żołnierskich. Rozumieją to Szwajcarzy, którzy swoim wojskowym doby dwóch wojen światowych stawiają pomniki. Nie za bitwy wygrane czy honorowo przegrane, ale za bitwy, do których nie dopuścili. Dwustutysięczna armia, dobrze uzbrojona i wyszkolona; gotowe do działania, równie liczne wojska terytorialne jako zarzewie przyszłej partyzantki; sieć alpejskich fortyfikacji; i wreszcie ponadpartyjna zgoda wokół obronności oraz wojny-do-końca-jeśli-trzeba czyniły inwazję z punktu widzenia potencjalnych agresorów nieopłacalną. Warto ten przykład naśladować.

Szwajcaria Wschodu

Prowadząc dalej te szwajcarskie analogie, można wskazać na jeszcze jedno podobieństwo: wieloetniczny, wieloreligijny, niemal kantonalny charakter Rumunii. Kraj ten dzieli się na trzy części. Na południu rozciąga się Wołoszczyzna (Valahia, albo po prostu Țara Românească, „ziemia rumuńska”). Kulturowo romańska, choć prawosławna i naznaczona sąsiedztwem Bałkanów, stanowi kolebkę nowoczesnej rumuńskiej państwowości. W uproszczeniu można powiedzieć, że była ona tym, czym Prusy dla Niemiec albo Piemont dla Włoch. Stanowiła też zwyczajowo dominującą siłą gospodarczą, dawniej – dzięki złożom ropy naftowej, dzisiaj choćby za sprawą rozwiniętych sektorów usług IT czy produkcji samochodów. Wiodący charakter tej prowincji podkreśla fakt, że to tutaj znajduje się stolica kraju, Bukareszt. W średniowieczu i wczesnej nowożytności Wołoszczyzna dzielnie stawiała opór silniejszym – Mircza Starszy wojował z powodzeniem z Węgrami, jego wnuk Wład Dracula bronił kraju przed Habsburgami i Turkami. Później naddunajskie księstewko stało się jednak już tylko polem bitwy między mocarstwami – Portą Otomańską, Austrią i Rosją.

Choć ulokowana daleko na wschodzie i zdominowana tradycyjnie przez pozaeuropejskie potęgi, Wołoszczyzna należała do romańskiej rodziny narodów, wraz Francją, Włochami, Hiszpanią i Portugalią. W kontekście formowania się rumuńskiej tożsamości ważne były zwłaszcza związki z tym pierwszym krajem. W czasach, gdy budziła się na ziemiach dzisiejszej Rumunii świadomość narodowa, Francja pozostawała najsilniejszym państwem na kontynencie, a jej język i kultura dominowały. Umiała też rozbić mocarstwa bezkarnie okupujące i grabiące księstwa naddunajskie: najpierw pobiła Rosję (1853-1856), później Austrię (1859). Wołosi, budując romańską tożsamość w kontrze do słowiańskiej, węgierskiej czy tureckiej, zapożyczali więc od Francji wszystko, co mogli – alfabet, architekturę, instytucje polityczne. Jeszcze 50 lat temu nie byłoby żadnym problemem dogadać się w Bukareszcie po francusku. Współcześnie wpływy te znacznie osłabły, co nie znaczy, że zanikły. Rumunia pozostaje członkiem obserwatorem Frankofonii, Francja zaś chętnie w tym kraju inwestuje. Renault, jako właściciel Dacii, kontroluje tamtejszy przemysł samochodowy, analogicznie branży bankowej przewodzi Société Générale, a telekomunikacyjnej – Orange.

Północny zachód obejmuje Siedmiogród, zwany przez Rumunów Transylwanią (Transilvania, czyli „ziemie za lasami”). Historycznie ukształtowały go związki z Węgrami oraz silne osadnictwo niemieckie. Choć bowiem większość populacji od zawsze stanowili tam rumuńscy chłopi, warstwami kulturotwórczymi były katolicka i kalwińska madziarska szlachta oraz luterańskie mieszczaństwo saskie. Węgrzy panowali nad tą ziemią przez 500 lat, później przez dwa i pół stulecia wchodziła ona w skład państwa habsburskiego. O ile zatem Bukareszt zwykło się nazywać „małym Paryżem”, o tyle stolica Siedmiogrodu, Timișoara, określana jest mianem „małego Wiednia”. Jest to więc region mniej „romański”, a bardziej „środkowoeuropejski”. Transylwania dołączyła do Rumunii jako ostatnia, bo dopiero wraz z końcem I wojny światowej. Spory z Budapesztem o status węgierskiej mniejszości, a czasem i przebieg granicy, toczą się do dziś, mimo że odbywa kraje są traktatowymi sojusznikami w ramach NATO. Mimo tradycyjnej sympatii polsko-węgierskiej w tej mierze mamy pełną wspólnotę interesów z Bukaresztem. Nie chcemy bowiem otwierania na nowo dyskusji o granicach i mniejszościach. Powinniśmy też docenić fakt, że Rumunia, jako kraj większy i silniejszy, jest dla nas cenniejszym sojusznikiem antyrosyjskim. Dawne związki z Niemcami znajdują zaś kontynuację w dobrych relacjach handlowych, to w Transylwanii mają siedziby i fabryki rumuńskie oddziały m.in. DHL, Continental czy Hochland.

Wschodnią część Rumunii, zarówno w sensie geograficznym, jak i kulturowym, stanowi Mołdawia czy, jak wolą ją nazywać mieszkańcy, Moldova albo Țara Moldovei. Można powiedzieć, że obok Rumunii „romańskiej” oraz „niemiecko-madziarskiej” istnieje też jej część „greko-słowiańska”. Choć naturalne granice dawnego hospodarstwa wyznaczają Karpaty Wschodnie (Carpații Orientali) oraz rzeka Dniestr, to ich praktyczny przebieg określili Mołotow i Ribbentrop. Na mocy porozumień niemiecko-sowieckich Stalin sięgnął po wschodnie rubieże tej prowincji, zwane przez Rosjan Besarabią. Ich północna część, zdominowana przez ludność słowiańską, została wcielona do Ukraińskiej SRR; z reszty utworzoną nową, mołdawską republiką sowiecką. W tej historii zawarta jest jednocześnie geneza dzisiejszej Republiki Mołdowy. Zachodnie partie tego regionu pozostały przy Rumunii i stanowią dziś piątą część jej terytorium i populacji. Tradycyjnie obszary te stanowiły przedmiot rywalizacji polsko- a następnie rosyjsko-tureckiej. Porta chętnie powierzała zarząd tych ziem grecko-bizantyjskiej arystokracji – fanariotom. Ich potomkowie nadal odgrywają zresztą rolę w rumuńskiej polityce, dyplomacji i biznesie. Rosjanie na terenach opanowanych przez siebie w 1812 r., i znowu w 1940 r., prowadzili politykę intensywnej rusyfikacji, a później sowietyzacji. To oni stworzyli pojęcia „mołdawskiej” tożsamości, narodu czy języka; ten ostatni zresztą to nic innego jak rumuński pisany cyrylicą. Można powiedzieć, że II wojna światowa przecięła wieloetniczny węzeł mołdawski jednym, czystym cięciem – ludność rumuńska znalazła się na zachodzie, a ludność słowiańska została wchłonięta przez wschodnie, również słowiańskie, mocarstwo. Dla wielu zamieszkujących po zachodniej stronie granicy Republika Mołdawii pozostaje sztucznym tworem. Tradycyjnym celem rumuńskich nacjonalistów jest powrót do granic România Mare, Wielkiej Rumunii, obejmującej także Kiszyniów. Jednakże jakikolwiek praktyczny ruch w tym kierunku stanowiłby dla Rosji oczywisty casus belli. Bardziej odpowiedzialne elementy w Bukareszcie obawiają się destabilizacji w Republice Mołdowy, toteż wspierały one to państwo w walkach z prorosyjskimi separatystami z Naddniestrza. Zaangażowanie Rumunii w sprawy mołdawskie będzie także w przyszłości punktem zapalnym w relacjach z Moskwą.

Jednym z naczelnych zadań rumuńskiej polityki musi być przeciwdziałanie rosyjskim prowokacjom. Istnieją zadawnione konflikty graniczne między tym krajem a Węgrami (Siedmiogród), Bułgarią (Dobrudża) czy Serbią (Banat), przy czym warto odnotować, że ta ostatnia posiada silne więzi z Kremlem oraz kupuje w Rosji niemało uzbrojenia. Rumunia powinna też wyrzec się ambicji ponownego połączenia z Mołdową; w miejsce tego trzeba jej starać się o to, aby mieć „zachód na wschodzie”, czyli sprzyjać europejskim i atlantyckim tendencjom w sąsiednich państwach. Wspólny paszport i brak przejść granicznych leżą w interesie Rumunii, tak jak analogicznie rozstrzygnięcia pomogły Irlandii, która przecież też graniczy na północy „sama ze sobą”.

Przedmurze rumuńskie

Rumunia, inaczej niż Polska, Czechy albo Węgry, nie miała swojego złotego wieku, a cała jej historia to walka o przetrwanie. To znamienne, że najstarszy zabytek rumuńskiego piśmiennictwa to list jednego z urzędników do hospodara, ostrzegający przed ruchami wojsk tureckich blisko południowej granicy.

Armia jest Rumunii niezbędna. Jak mawiano przed wojną, la sécurité d’abord, najpierw bezpieczeństwo. Aby bowiem prowadzić jakąkolwiek politykę, najpierw trzeba istnieć, i to w dodatku jako suwerenny podmiot. Choć Rumunia należy do UE i NATO, nie może ulegać – popularnym także u nas – złudzeniom, że bezpieczeństwo zapewnić mają inni. Ameryce nie będzie zależeć na niepodległości Rumunii bardziej niż samym Rumunom. Aby zatem przyciągać wysuniętą amerykańską obecność, trzeba pokazać, że traktuje się sprawy bezpieczeństwa poważnie, podporządkowuje się mu plany oraz ich realizację, a nawet ponosi na jego rzecz ofiary.

W tej mierze Rumunia wypada lepiej nawet od regionalnego lidera, jakim jest Polska. W sierpniu bieżącego roku Najwyższa Rada Obrony Kraju (CSAT), której z urzędu przewodniczy prezydent, przyjęła plan zbrojeń na kolejną dekadę. Według jego założeń Rumunia ma osiągnąć wymagany NATO-wski standard wydatków na obronność, wynoszący 2% PKB. Nowo uruchomione środki, przekraczające 10 mld euro, mają być rozdysponowane m.in. na zakup 48 nowoczesnych, wielozadaniowych myśliwców F-16, które zastąpią muzealne, sowieckie MiGi-21, zakup zestawów przeciwlotniczych i przeciwrakietowych Patriot, obejmujących radary, stacje kontroli, wyrzutnie wielofunkcyjne i pociski, wzmocnienie armii lądowej przez kupno transporterów opancerzonych oraz floty – czterema korwetami wielozadaniowymi. Równocześnie rozwijana jest własna infrastruktura wojskowo-przemysłowa: na użytek zbrojeń na Morzu Czarnym rozbudowywana jest stocznia w Galați. Wysiłki te dostrzegają czynniki opiniotwórcze oraz decyzyjne na Zachodzie. Widzi je też Rosja, co może tłumaczyć nerwowe słowa Władimira Putina, który zagroził, że Rumunia znalazła się „na celowniku” Kremla.

Rumunia ma jeszcze jedną kartę do rozegrania: surowce naturalne. Posiada ona mianowicie złoża ropy naftowej i gazu, jedne z największych na kontynencie. Oprócz tego eksploatuje się tam węgiel, rudę żelaza, cynk, nikiel, ołów, miedź i mangan. Istnieją też nietknięte rezerwy ropy i gazu na szelfie Morza Czarnego, których wydobycie ma rozpocząć się w 2020 r. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w drugiej dekadzie tego stulecia Rumunia odwróci negatywne tendencje zapoczątkowane w czasach komunizmu i z importera stanie się eksporterem tych kluczowych surowców. To pozwoli jej nie tylko podjąć starania o energetyczną niezależność od Rosji, ale także stać się ważnym partnerem handlowym dla wielu krajów regionu. Tamtejszym gazem łupkowym żywo zainteresowane są także Stany Zjednoczone. Przyciąganie zagranicznego kapitału to ważny element zabezpieczania suwerenności kraju: jeśli Zachód będzie inwestować, będzie też musiał tych inwestycji bronić. Ponad wszystko jednak kraje nasze regionu muszą być w stanie bronić się same.

Jeśli rozumieć Międzymorze jako pierścień posterunków osłaniających narody Środkowej i Wschodniej Europy przed kolejną agresją rosyjską, rzeczą jasną staje się to, że każdy naród musi brać udział w urzeczywistnianiu tej koncepcji poprzez umacnianie własnego odcinka „antyrosyjskiego muru”. Im trudniej będzie go sforsować, tym mniejsza szansa, że kiedykolwiek będzie oblegany. Tymczasem, jeśli dać Rumunii – pierwszy raz w jej dziejach – sto lat pokoju, to złoty wiek może ona mieć jeszcze przed sobą.

Ilustracja z kolekcji Polony

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *