Filip Stańczyk

Woli ludu nie da się zdelegalizować – Katalończycy za niepodległością

AUTOR

Filip Stańczyk

Publicysta, absolwent socjologii i filologii portugalskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze o polityce, fotografii i problematyce społecznej do mediów polskich i zagranicznych. Twórca photography-critique.com, nowo powstałej strony poświęconej krytyce fotografii.

„Referendum nie pozostawiło wątpliwości, że woli ludu nie da się ani zdelegalizować, ani uciszyć” – tak kryzys kataloński skomentowała Ana Pontón, jedna z posłanek do Parlamentu Galicji. Wydaje się to celnym podsumowaniem zaistniałej sytuacji. Niezależnie od tego, jak się ona rozwinie, trzeba mieć świadomość – tu, w Polsce i tam, w Hiszpanii – że chęć utworzenia własnego państwa zawsze będzie stać w niezgodzie z jakimś prawem. Dziwi tylko łatwowierność, z jaką polscy komentatorzy przyjmują protekcjonalną argumentację hiszpańskich mediów, jakoby katalońscy politycy oszukali swoich obywateli, namawiając ich do głosowania za niepodległością.

 

Katalończyków można nie lubić i wcale nie trzeba być w tym celu Hiszpanem. Liczne są anegdoty o obywatelach tamtejszego regionu – od ulicznych przechodniów do wykładowców na uczelni – którzy w jakiś sposób dyskryminowali innych za to, że posługują się językiem hiszpańskim na ich katalońskiej ziemi. Najbardziej absurdalne sytuacje to te, kiedy za próbę komunikacji w mowie kastylijskiej ganiono turystów, szczęśliwych i dumnych zapewne, że nauczyli się paru słów w obcym języku. Nie w tym jednak, który na ulicach Katalonii dominuje, bo choć hiszpański to teoretycznie jeden z dwóch języków urzędowych na tym terytorium, to zewsząd biją napisy po katalońsku. Studenci przyjeżdżający do katalońskich szkół wyższych w ramach wymiany międzynarodowej też muszą pozostać czujni. Do wykładowców poszczególnych przedmiotów należy decyzja, w jakim języku poprowadzą zajęcia i raczej nie ma co liczyć na ich wyrozumiałość. Część studentów w ciemno jedzie do Barcelony z założeniem, że ich znajomość hiszpańskiego i angielskiego pozwoli bez problemu funkcjonować na uczelni. Tymczasem zajęcia po katalońsku są tam bardziej normą niż wyjątkiem i wydaje się, że katalońskie szkolnictwo wyższe nie zamierza specjalnie dostosowywać się do wymogów studenckich wymian. Sam kataloński wykazuje wiele podobieństw do kastylijskiego i francuskiego, podobnie jak oksytański. Jest więc trudny do zrozumienia zarówno dla Hiszpanów, jak i obcokrajowców uczących się kastylijskiego. Na komunikujących się po hiszpańsku osobach Katalończycy mogą zatem sprawić wrażenie wyniosłych albo hispanofobicznych. Pokazuje to jednak także, jak głęboko w tym narodzie zakorzenione jest poczucie odrębności i potrzeba podtrzymania lokalnej kultury oraz języka.

Partia, która nie lubi regionalizmów

Regionalna odmienność to coś, czego centrala każdego państwa boi się najbardziej. Dlatego właśnie – choćby nie wiadomo ile razy w stolicach świata wychwalano „różnorodność kulturową” i podkreślano znaczenie owej różnorodności „dla budowy wspólnego państwa” – władze zawsze starają się ludność homogenizować. Nawet jeśli niektórzy decydenci faktycznie postrzegają kulturowe bogactwo kraju jako atut, to tylko wtedy, kiedy trzyma się je na niezbyt długiej smyczy. Regionalizmy w oczach władzy centralnej zawsze najlepiej sprawdzają się jako eksponat muzealny albo atrakcja turystyczna do obejrzenia dwa razy do roku podczas jakiegoś święta. Powszechne szkolnictwo czy media publiczne działają w służbie procesów ujednolicających społeczeństwo. Dynamicznie postępujący zanik gwar, dialektów i języków to w dużej mierze zasługa tych dwóch instrumentów. Od 2011 roku, kiedy w hiszpańskiej polityce przewodzić zaczęli zwolennicy centralizacji państwa z Partido Popular z premierem Mariano Rajoyem na czele, przeciwnicy wszelkich regionalizmów zabierają głos dużo odważniej. Słynne stało się CV 29-letniej mieszkanki Madrytu i odpowiedź, jaką otrzymała z hotelu w Asturii, w którym ubiegała się o pracę. Poinformowano ją, że miejsce jest już zajęte, radząc przy okazji, by „usunęła ze swojego życiorysu informację o dobrej znajomości galisyjskiego, którą uznają za śmieszną, absurdalną i niepotrzebną”. Pracodawca nie omieszkał zaznaczyć, że „żal mu jej ze względu na stracony czas na naukę tego «języka»”, biorąc przy tym „język” w cudzysłów i dodając, że „lepiej, by uczyła się czegoś przydatnego, na przykład angielskiego”. Na końcu życzył jej „powodzenia w przyszłości, najlepiej w jej ukochanej Galicji”.

Katalończycy przeciwko unitaryzacji

Rząd Rajoya swoimi działaniami, nakierowanymi na centralizację państwa i hispanizowanie odrębnych kulturowo regionów, dodawał zatem odwagi osobom o ignoranckich i ksenofobicznych poglądach. Frankistowskie marzenia o państwie unitarnym to jednak wciąż mrzonka, bo Hiszpania nigdy nie była i nie jest krajem o takim charakterze. Kiedy wywodzący się z Partido Popular prezydent Balearów, José Ramón Bauzá, wydał w 2013 roku dekret o trójjęzyczności, na ulice wyszły tłumy, by zaprotestować, a tysiące nauczycieli ogłosiło strajk. Przepis o niepozornie brzmiącej nazwie miał na celu zrównanie liczby godzin nauki szkolnych przedmiotów w poszczególnych językach: po minimum 5 godzin tygodniowo przedmiotów prowadzonych po kastylijsku, katalońsku (to drugi język urzędowy na Balearach) i angielsku. Dotychczas obowiązujące tam rozwiązanie nazywane „immersją językową” funkcjonowało od lat 80. i sprowadzało się do tego, że 90% godzin lekcyjnych miało odbywać się w języku regionalnym, a pozostałe 10% po kastylijsku i angielsku. Oznaczało to, że dzieci na Balearach mają tyle samo kontaktu z językiem hiszpańskim, ile uczniowie z Madrytu z językiem angielskim. Dla partii o poglądach centralistycznych musiało to stanowić dyskomfort. Rzecz w tym, że ta jedna zmiana legislacyjna przysporzyła PP kolosalnych kłopotów i, jak przyznają sami posłowie tej partii, zrujnowała jej relacje z elektoratem, co przełożyło się z kolei na przegraną w wyborach lokalnych w 2015 roku. Władzę na wyspach przejęła centrolewicowa PSOE, ostatecznie równając z ziemią reformę poprzedników, która i tak została w latach 2013-2014 uznana przez Najwyższy Trybunał Sprawiedliwości Balearów za nieważną. Nowa prezydent Balearów, Francina Armengol, wycofała odwołanie od tego wyroku, złożone do Sądu Najwyższego w Madrycie przez PP, definitywnie zamykając dyskusję o losach niesławnego dekretu. Bauzá z kolei w ostatnich dwóch latach swej kadencji został poddany tak silnemu ostracyzmowi, że miał – w obawie przed kontaktem z wściekłymi wyborcami – nie   pojawiać się nawet na wiejskich festynach. W Katalonii także praktykuje się formułę immersji językowej. Jeszcze w 2012 roku Minister Edukacji, José Ignacio Wert, deklarował przy pełnych Kortezach, że „trzeba shispanizować katalońskich uczniów”. Łatwo zgadnąć, jaka była reakcja Katalończyków.

Kręta droga do hiszpańskiej państwowości

Państwa europejskie we współczesnej formie to wciąż młoda, XX-wieczna koncepcja, z natury rzeczy będąca do pewnego stopnia ideowym konstruktem. Zakłada on, że wszystkich obywateli jakiegoś terytorium łączy narodowość, a to predestynuje ich do posiadania swojego państwa. Nacjonaliści zawsze widzą państwo tak, jakby ta wspólnotowość obywateli nie podlegała dyskusji. W rzeczywistości poszczególne państwa silnie różnią się pod względem stopnia węwnętrznej spójności, a Hiszpania jest, bez cienia wątpliwości, najbardziej niehomogenicznym ze wszystkich państw europejskich. Hiszpańscy historycy nie są zgodni co do tego, kiedy de facto powstała Hiszpania. Choć najbardziej oczywistą datą wydaje się rok 1479, kiedy dwoje iberyjskich hegemonów – Ferdynand II Aragoński i Izabela Kastylijska – bierze ślub, to teorii na ten temat jest wiele. Są i tacy, którzy przekonują, że początki Hiszpanii sięgają epoki plemion germańskich. Jest to oczywista próba uzasadnienia dążeń unitarystycznych poprzez przekonanie, że paniberyjska hiszpańskość poprzedzała wszelkie tożsamości lokalne, takie jak katalońska. Trudno jednak takie tezy obronić, bo nawet proste mapy historyczno-lingwistyczne pokazują, że kastylijski – dziś główny język urzędowy w Hiszpanii – wyewoluował z czasów, kiedy wcale nie był najbardziej rozpowszechnionym językiem na Półwyspie. Dzisiejsza Hiszpania to przedłużenie dawnego imperium kastylijsko-aragońskiego, w obręb którego wchodziły wchłonięte, lecz różniące się kulturowo regiony, cieszące się pewnym stopniem niezależności. Dość powiedzieć, że kiedy w 1640 roku wybuchła w Księstwie Katalonii rewolta, jednym z powodów – choć nie najważniejszym – była obecność na jego terytorium kastylijskich i aragońskich wojsk. Hiszpania toczyła wówczas wojnę z Francją, a oddziały zostały wysłane, by bronić granic państwa, którego Katalonia była już od wielu lat częścią. Katalończykom było to jednak nie w smak, bo odczytywali tę sytuację tak, jakby na ich terytorium panoszyły się obce wojska. Co więcej, protestowali także przeciwko obejmowaniu stanowisk urzędniczych przez osoby niemające katalońskiego pochodzenia. Nie można mieć zatem wątpliwości, że poczucie odrębności było stale wśród Katalończyków obecne.

Budżetowe przepychanki

W wielu komentarzach dotyczących konfliktu hiszpańsko-katalońskiego szczególną uwagę poświęca się jego aspektowi finansowemu. Poniekąd słusznie, ponieważ Katalończycy faktycznie akcentują m.in. swój olbrzymi wkład w budżet centralny, z którego otrzymują znacznie mniej. Trzeba jednocześnie zaznaczyć, że Wspólnota Madrytu odnotowuje największy deficyt przychodów do budżetu względem kwot deponowanych we wspólnej kasie, co regularnie podnoszą madryccy politycy w sporach o pieniądze. Deficyt Katalonii jest dwukrotnie mniejszy, choć i tak drugi co do wielkości w kraju. Należy jednak pamiętać, że główną osią sporu są różnice etniczne. Trudno się dziwić, że tamtejsi obywatele nie chcą, by ich podatki wysyłano do urzędników obcego, z ich perspektywy, kraju. Kwestia składek do hiszpańskiego skarbca jest zresztą delikatnym tematem nie tylko w Katalonii. Każdy region chciałby dostawać więcej, Madryt z kolei oczekuje jak najlepszego zarządzania dystrybuowanymi pieniędzmi. W kwietniu tego roku andaluzyjska Junta [Junta de Andalucía – Rząd Wspólnoty Andaluzji, przyp. red.] zwróciła się do Madrytu o dodatkowe 157 milionów euro na rzecz walki z bezrobociem. Sęk w tym, że Andaluzja nie zdołała wydać ponad połowy z 1,1 miliarda euro wysłanych z centrali z takim przeznaczeniem pomiędzy 2012 a 2015 rokiem. Szereg postępowań sądowych prowadzonych w całej Andaluzji w sprawie oszustw w systemie szkoleń zawodowych i nieścisłości formalnych w kursach subsydiowanych przez Juntę zmusił ją do ograniczenia wydatków na ten cel. Władze andaluzyjskie uważają, że ich region jest przez Rajoya „źle traktowany”, a Ministerstwo Pracy odpowiada krótko: „wykorzystajcie fundusze z niezrealizowanych planów”. Andaluzja, jako najludniejszy region Hiszpanii, otrzymuje najwięcej pieniędzy z budżetu centralnego. Jest to też wspólnota o drugim (po Estremadurze) najwyższym wskaźniku bezrobocia w kraju, wciąż przekraczającym 26%. W 2013 roku Półwysep Iberyjski znajdował się w katastrofalnej zapaści ekonomicznej – bez pracy było ponad 57% Hiszpanów poniżej 25 roku życia. Ekipa Rajoya zabrała się do działań na rzecz wyjścia z kryzysu na rynku pracy, być może największego w historii tego kraju. Nie można jednak powiedzieć, by robili to w najlepszy możliwy sposób. W ostatnich latach wieloletnią burmistrzynię Walencji i lokalną baronową Partido Popular, Ritę Barberá, oskarżono o defraudację ogromnych kwot publicznych pieniędzy i korupcję. Takie skandale musiały przysporzyć katalońskim separatystom zwolenników.

Polsko-katalońskie porównania

Po wielu medialnych komentarzach w Polsce na temat katalońskiego referendum niepodległościowego dało się poznać, że polscy komentatorzy nie poświęcają na co dzień wiele uwagi polityce i kulturze Półwyspu Iberyjskiego. Można było nawet usłyszeć porównania łamania polskiej konstytucji przez PiS do łamania konstytucji hiszpańskiej przez Katalończyków. Podobne miały być także uzasadnienia tych czynów po obu stronach, oparte na odwołaniach do okoliczności powstawania wspomnianych aktów prawnych. To bardzo nieuczciwa wobec secesjonistów interpretacja wydarzeń. Po pierwsze, konstytucja hiszpańska, uchwalona w latach 70. faktycznie powstawała w bardzo specyficznych warunkach. Po dziesiątkach lat frankistowskiej dyktatury, tępiącej wszelkie regionalizmy, uzyskanie statusu autonomii przez Katalonię było i tak dużym krokiem naprzód. Trudno oczekiwać, by katalońskie społeczeństwo i politycy domagali się wówczas niepodległości po okresie, w którym nie wolno było im nawet używać własnego języka. Po drugie, nie można na poważnie rozpatrywać wariantu, wedle którego jakieś państwo dobrowolnie zgadza się na to, by jakaś część jego terytorium została odłączona. Jaki więc wybór mieli wówczas Katalończycy – głosować przeciw uchwaleniu konstytucji w tej formule? Następnym krokiem i tak musiałoby być unilateralne ogłoszenie niepodległości, które spotkałoby się ze sprzeciwem co najmniej równym dzisiejszemu. Madryt także wtedy nie zgodziłby się na secesję, dlatego droga do niej – niezależnie od jakości uzasadnień – musi być wyboista.

Głos obywateli przeciwko literze prawa

W bitwie na argumenty wątek legalistyczny wydaje się najsilniejszym orężem przeciwko Katalończykom. Niektórzy komentatorzy zbyt łatwo zawierzyli jednak wybranym interpretacjom stanu rzeczy w źródłach hiszpańskich, powołując się na przykład na argumentację dziennika „El País”. Pojawia się w niej między innymi uwaga o tym, jakoby Katalonia nigdy nie stworzyła własnego państwa. Nie dość, że to – ze względu na istnienie Księstwa Katalonii – nieprawda (choć można spierać się tu o adekwatność pojęcia „państwa”), to na dodatek jest to argument bardzo niebezpieczny. Przyjmując bowiem precedens istnienia jakiegoś kraju w przeszłości jako argument decydujący dla jego prawa do niepodległości, można by spokojnie kwestionować to prawo w przypadku m.in. takich państw, jak Ukraina, Słowenia czy Kosowo (Hiszpania do dziś nie uznaje istnienia tego ostatniego). To dowodzi, jak niedoświadczonym narodem w tematyce separatyzmu są Polacy. Nie wiedząc, do jakich obiektywnych argumentów się odwoływać, wybrani eksperci i komentatorzy sięgają po paragrafy czy mgliste fakty historyczne. Tymczasem niezależność państwowa to w gruncie rzeczy zawsze kwestia obywatelskiej decyzji i zdolności do jej usankcjonowania.

„Referendum nie pozostawiło wątpliwości, że woli ludu nie da się ani zdelegalizować, ani uciszyć” – tak kryzys kataloński skomentowała Ana Pontón, jedna z posłanek do Parlamentu Galicji. Wydaje się to celnym podsumowaniem zaistniałej sytuacji. Niezależnie od tego, jak się ona rozwinie, trzeba mieć świadomość – tu, w Polsce i tam, w Hiszpanii – że chęć utworzenia własnego państwa zawsze będzie stać w niezgodzie z jakimś prawem. Dziwi tylko łatwowierność, z jaką polscy komentatorzy przyjmują protekcjonalną argumentację hiszpańskich mediów, jakoby katalońscy politycy oszukali swoich obywateli, namawiając ich do głosowania za niepodległością. Kto był w Katalonii, ten wie, że katalońska odrębność kulturowa jest odczuwalna, a katalońska świadomość tej odrębności głęboko zakorzeniona. Właśnie dlatego Katalończyków można nie lubić, ale nie sposób upierać się, że ich przynależność do Hiszpanii jest w jakiejkolwiek mierze oczywistością.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *