OBSERWATORIUM SPOŁECZNE

Wobec długu: przystosowanie, ucieczka czy protest?  

AUTOR

Piotr Kowzan

Doktor nauk społecznych w zakresie pedagogiki, stopień ten uzyskał na podstawie pracy pt. „Monografia długu jako urządzenia wychowawczego”. Jego zainteresowania badawcze obejmują pedagogikę długu, organizację współpracy i zastosowanie gier w edukacji, a także uczenie się w ruchach społecznych oraz krytyczne studia nad uniwersytetem. Badania prowadził m.in. w Wielkiej Brytanii, Islandii, Danii, Słowacji i Polsce. Członek Zarządu Gdańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego.

 

Michał Wójtowski: Publikacje, które ukazały się w ostatnim dziesięcioleciu w dziedzinie nauk społecznych, by wspomnieć tylko książki Davida Graebera lub Jeffreya Williamsa, przedstawiły zjawisko długu w zupełnie nowym świetle. Zapewne nie sposób wyobrazić sobie społeczeństwo bez zobowiązań, ale dług – jako zobowiązanie szczególnego rodzaju – powołuje do życia hierarchię opartą na nierówności i dominacji wierzyciela nad indywidualnym dłużnikiem. Którędy poprowadziłby Pan granicę między obustronnie akceptowanym i respektującym obie strony zobowiązaniem a długiem jako formą niesprawiedliwego podporządkowania osoby zadłużonej?

Piotr Kowzan: W rozpatrywaniu tego zagadnienia pojęciem istotnym jest strach, obawa ludzi przed byciem zadłużonym. W trakcie badań natrafiłem na coś bardzo dziwnego. W badanej przeze mnie grupie, obok osób zadłużonych, znalazły się również osoby niezadłużone, które były motywowane do zmian w swoim życiu obawą przed życiem w długach. Gdy bada się migrantów, okazuje się, że część z nich ucieka dlatego, że są zadłużeni, a część emigruje, ponieważ nie chcą kupować mieszkania na kredyt, wolą na nie zarobić i zaoszczędzić. Deklarują często, że nie chcą żyć w kraju, gdzie trudno o mieszkania na wynajem. Można więc powiedzieć, że skoro nawet osoby niezadłużone emigrują, to dług stał się swego rodzaju mechanizmem opresyjnym, którego oddziaływanie jest bardzo szerokie.

Czy Polska jest pod tym względem krajem szczególnym?

W Polsce nie tyle może więcej jest pułapek zadłużeniowych, ile raczej instytucje, które powinny chronić konsumentów, nie działają na tyle szybko, by zakazywać pewnych form udzielania kredytów czy pożyczek. Gdy w krajach skandynawskich dostrzeżono, że udzielanie kredytów za pośrednictwem sms-ów doprowadziło do horrendalnego zadłużenia młodych ludzi, rozpoczęto regulowanie takich „produktów” pod groźbą ich zakazu. Rynek jest tam monitorowany pod kątem praktyk, które są szkodliwe społecznie, marginalizuje się je lub w ogóle eliminuje. W Polsce ludzie w większym stopniu są pozostawieni sami sobie. Muszą sami uczyć się unikania pułapek, odpowiedzialność jest zindywidualizowana, a życie społeczne jawi się jako groźne, jako sytuacja, w której wszyscy zdają się na siebie polować. Oprócz słabości instytucji ważną rolę odgrywa to, że jako społeczeństwo przeszliśmy transformację z systemu „realnego socjalizmu”, w którym dług nie był tak ważnym mechanizmem społecznym. Jeżeli nawet zadłużone były instytucje, bo to one raczej niż jednostki się zadłużały, to wola polityczna była powyżej tego zobowiązania finansowego, a rozliczenia były częściowo fikcyjne. Następnie weszliśmy w coś nowego, w system, do którego inne społeczeństwa w krajach kapitalistycznych zdążyły w mniejszym lub większym stopniu przywyknąć. Na kwestię zmian wywołanych transformacją systemową nakłada się także tradycja. Badania społeczne i etnograficzne dostarczają wiedzy o tym, co na temat zadłużenia mówią ludzie starsi lub mieszkańcy wsi. W regionie gdańskim na przykład rozpowszechniony jest etos, który zabrania się zadłużać. Wśród Kaszubów funkcjonują przykazania dotyczące dobrego gospodarowania, w których o tym, że należy żyć bez długów, wspomina się wielokrotnie. Można więc powiedzieć, że z przyczyn zakorzenionych w bliższej lub dalszej historii jesteśmy jako społeczeństwo nieprzygotowani do bycia zadłużonymi. W połączeniu ze słabością instytucji powstaje zatem w człowieku zadłużonym poczucie bezradności i osaczenia.

W ostatnich potransformacyjnych dekadach narodziło się i rozpowszechniło przekonanie, że Polaków należy wyedukować ekonomicznie. Czy ta nowa szkoła ekonomii w czymkolwiek pomaga, skoro tak wiele osób popada w zadłużenie?

Z jednej strony mamy w szkołach nauczanie podstaw przedsiębiorczości, w którym widać coś na kształt chęci wychowania „nowego człowieka”. Pojawiają się w niej elementy psychologiczne, mające przy tym silne osadzenie ideologiczne. Z drugiej strony mamy do czynienia z próbami prowadzenia edukacji finansowej. W 2005 roku pojawił się raport OECD dotyczący tego, jak uczyć o finansach. Ten rodzaj edukacji miał być skierowany do różnych kategorii osób. Po pierwsze, do tych, które korzystają z produktów bankowych, czyli z kredytów. Po drugie, do tych, którzy próbują oszczędzać na emerytury, czyli klientów funduszy emerytalnych. Po trzecie,  do ludzi tzw. nieubankowionych, czyli nieposiadających kont bankowych i niekorzystających z produktów bankowych. Co ciekawe, największą uwagę poświęcono w tej działalności edukacyjnej nieubankowionym, przy czym za takie właśnie osoby uznano przede wszystkim dzieci i młodzież. Część tej edukacji skierowana jest nawet do przedszkolaków, a całość okraszona jest pewnym prymitywizmem dydaktycznym. Organizuje się wiele konkursów z nagrodami, opartych na rywalizacji. Dzieci często przeżywają ten rodzaj edukacji jako coś bardzo opresyjnego, czasami płaczą. Ta akcja edukacyjna, prowadzona w krajach OECD przez różnego rodzaju fundacje i przez banki centralne okazuje się jednak nieskuteczna, przynajmniej o tyle, o ile nie oswaja nas z sytuacją bycia zadłużonymi. Dotyczy to nie tylko Polski, podobnie jest w innych krajach – z zadłużeniem nie radzą sobie także i uciekają przed nim choćby Szwedzi, Norwegowie lub Niemcy. Widać to na przykładzie studentów, którzy zadłużają się podczas studiów we własnych krajach albo za granicą. Na przykład w roku 2010 podniesienie limitu opłat za studia w Wielkiej Brytanii automatycznie spowodowało, że większość uczelni zwiększyła te  opłaty trzykrotnie, do wysokości limitu. Po krótkim czasie w parlamencie brytyjskim doszło do debaty o tym, co zrobić z dziurą budżetową w instytucjach udzielających stypendiów studentom. Okazało się bowiem, że wielka liczba studentów z kontynentu po skończeniu studiów w Wielkiej Brytanii rozpłynęła się po Europie i przestała spłacać swoje zobowiązania.

Czy na podstawie Pańskich badań w innych krajach można pokusić się o określenie specyfiki polskiego sposobu zadłużania się?

Na tle krajów europejskich Polskę wyróżnia bieda osób starszych i to, że często popadają one w zadłużenie. W innych krajach jest to nie do pomyślenia. Na przykład w Islandii o długach rozmawiałem głównie z młodymi ludźmi albo z ludźmi w wieku produkcyjnym, bo to te grupy zostały uderzone przez kryzys. Tymczasem ich rodzice, tzw. babyboomers, byli zupełnie poza jego zasięgiem:  mieli wysokie emerytury, zdołali już dawno spłacić swoje mieszkania, pozostawali beneficjentami sytemu. Sytuacja osób starszych u nas jest zupełnie inna, a gdy dodatkowo starsi zostają osobami samotnymi, to ich sytuacja jeszcze się pogarsza, np. przez to, że trudno im utrzymać własne mieszkania. Ponadto, uczestnicząc w Gdańsku w projekcie pomocy osobom z zadłużeniem czynszowym zauważyłem, że czynnikiem właściwie uniemożliwiającym wyjście z sytuacji zadłużenia jest niepełnosprawność, przy czym często doprowadza ona do zadłużenia się całych rodzin i utraty nadziei na zmianę tej sytuacji. Również życia rodzinnego dotyczy inna prawidłowość występująca w Polsce. W naszym kraju rodzice bardzo często biorą kredyty w zastępstwie dzieci, które w rzeczywistości owe kredyty spłacają. Przypomina to trochę sytuację z Islandii, gdzie nowo przybyłym migrantom w taki właśnie sposób pomagają osoby z dłuższym stażem w nowym kraju. W Polsce rozmycie się zadłużenia w tkance społecznej rodziny sprawia, że młodzi ludzie, którzy wraz z wiekiem powinni się coraz bardziej usamodzielniać – popadają w coraz większą zależność od starszych krewnych, a ci muszą stale „doglądać” swego dłużnika. Przejawia się w tym ogólniejsza cecha naszego welfare state – jest ono oparte na powiązaniach rodzinnych.

Jeśli oddziaływanie długu przenika do tak podstawowych relacji między ludźmi, chciałbym zapytać, jak wpływa on na życie rodzin i ich członków, jak daleko sięgają jego konsekwencje?

Często nawet niewielkie zaległości czynszowe lub inne długi to ogromne  obciążenie psychiczne. Także dlatego, że ów dług może być rozłożony na wielu członków rodziny, przyjaciół, kolegów z pracy. To powoduje, że zadłużenie rzutuje na wszystkie odcinki życia społecznego. Stąd wynika stres – osoba zadłużona unika kontaktów z osobami i instytucjami. Ludzie przyzwyczajają się do tego, że gdy ktoś do nich dzwoni, mówią, że są kimś innym, zapierają się własnej tożsamości. Jeśli notorycznie, po kilka razy w tygodniu, będąc we własnym domu, musimy mówić, że my to nie my, to musi to mieć ogromne konsekwencje psychiczne, edukacyjne, wychowawcze.

Co dzieje się wówczas, gdy takie zachowania występują masowo – za sprawą niesławnych chwilówek, kredytów hipotecznych czy innych „produktów”, które powodują w długotrwałe zadłużenie?

W badaniach nad tym problemem starałem się przyjąć perspektywę pedagogiczną. W przypadku osób zadłużonych moją uwagę zwróciło to, że wynik zadłużenia nie jest jednoznaczny. Innymi słowy – zadłużenie wpływa na ludzi, ale w sposób niekiedy skrajnie odmienny. Część osób zadłużonych, który uznają ten dług za niesprawiedliwy, wiedząc, że będą go spłacać przez 20 lat, czuje się związana z miejscem – z mieszkaniem lub krajem, potrafią zobaczyć siebie w nim w perspektywie dwudziestoletniej. Inne osoby, będące w podobnej sytuacji, dochodzą do przekonania, że nic ich z tymi miejscami nie łączy, że w każdej chwili mogą wyjechać, a o ich dług niech martwią się wierzyciele. Jedni czują się związani ze swoim miejscem, inni zaś wygonieni z niego przez dług, którego oddziaływania zmienia poczucie lojalności wobec kraju i innych mieszkających w nim ludzi. Poziom lojalności jest zaś bardzo ważny ze względu na to, czy ludzie będą wyrażać swoje niezadowolenie poprzez zabranie głosu, czy też poprzez wyjście, ucieczkę. Ekonomista Albert Hirschmann w książce „Voice, Exit, and Loyalty” („Lojalność, krytyka, rozstanie. Reakcje na kryzys państwa, organizacji i przedsiębiorstwa”, wyd. „Znak” – red. NP) twierdził, że w sytuacjach niezadowolenia społecznego dobrze jest, by ludzie mówili, że są niezadowoleni. Dzięki temu instytucje mają czas i możliwość korekty przyczyn niezadowolenia. Jesteśmy jednak przyzwyczajeni przez rynek, że zamiast wyrażać niezadowolenie, wybieramy coś innego. W kontekście długu możemy przedstawić to następująco: jeżeli dług wywołuje u nas zmiany w poczuciu lojalności, to zmienia też nasze nastawienie do demokracji. Ludzie, którzy poczują, że nie mają wyjścia, będą bardziej skłonni do tego, żeby o swym niezadowoleniu mówić. W przypadku ludzi, którzy czują się zdradzeni, dochodzi do tego, że tracimy ich głos. Gotowi są do wyjścia – z miasta, z instytucji, z kraju. A my nie dowiemy się dlaczego. To zjawisko jest destrukcyjne dla systemu, dla tego, co wyobraziliśmy sobie jako demokrację z funkcjonującą sferą publiczną. Mamy bowiem całą masę osób, które nie odczuwając lojalności względem nikogo i niczego, wybierają inny miejsce, inny kraj – taki, gdzie będzie im wygodniej. Część wyników moich badań każe mi podejrzewać, że poziom zadłużenia ma wpływ na sposób wykorzystania instytucji demokratycznych w Polsce.

Jak powyższe strategie „wyjścia” mają się do stratyfikacji społecznej?

Na pewno łatwiej zdecydować się na ucieczkę przed zadłużeniem ludziom młodszym i wykształconym. Widać to choćby w zjawisku, które w Niemczech nazwano „turystyką upadłościową”. Wynika ona z rozpoznania, że warunki życia dłużników w różnych krajach czy nawet regionach są odmienne. Decydują o tym różnice w legislacji, a jeśli legislacja jest podobna, różnice w orzekaniu sądów. Widać to było w Polsce pod rządami poprzedniej ustawy o upadłości konsumenckiej. Przy całej jej restrykcyjności można było zaobserwować, że na przykład w Małopolsce sądy szybciej decydowały się na podjęcie decyzji o upadłości konsumenckiej. Ale żeby mieć taką wiedzę, najlepiej być prawnikiem, zwłaszcza w przypadku upadłości międzynarodowych. Aby przenieść centrum interesów życiowych do Alzacji, Walii czy Anglii i tam po roku bycia rezydentem ubiegać się o anulowanie długów, trzeba było mieć niemałe środki i wiedzę. Z kapitału wykształcenia korzystali także absolwenci, którzy spłacali kredyty studenckie. Często decydowali się na wyjście z systemu i pozbycie się zadłużenia. Na przykład w Szwecji odnotowano 20 tysięcy takich przypadków. Ucieczka przed zadłużeniem wymaga opracowania pewnej strategii. Dlatego dłużnicy, którzy wiedzą, że będą ścigani, wybierali – jak wynika z prowadzonych przez mnie rozmów – średniej wielkości miasta z dobrymi usługami publicznymi. Chcieli, by w wybranym mieście był dobry rynek wynajmu mieszkań i niezły transport publiczny. Liczyli się z tym, że wierzyciele będą w stanie ściągnąć z nich wiele pieniędzy, co uniemożliwi im posiadanie na własność samochodu czy mieszkania. Chcąc żyć godnie i mieć dobrą pracę, poszukiwali krajów, w których funkcjonuje państwo opiekuńcze. Tak postępowali Islandczycy, którzy osiedlali się często w mniejszych miastach norweskich. Nie wiemy jednak, jak duża jest skala takich migracji z Polski. Wiemy tylko tyle, że podstawowym powodem emigracji są u nas przyczyny ekonomiczne. Dominujące domniemanie wskazuje tu na płace, ale rzeczywistość jest zapewne bardziej złożona, a wśród przyczyn znajduje się zapewne zadłużenie, do którego jednak o wiele trudniej się przyznać.

Chciałbym jeszcze poruszyć temat poniekąd – za sprawą planów reformy szkolnictwa wyższego – aktualny. W kontekście studiów wyższych, zwłaszcza na gruncie amerykańskim, mówi się za Jeffreyem Williamsem o pedagogice długu, czyli wpływie, jaki na wybory edukacyjne i zawodowy ma zadłużanie się poprzez kredyty studenckie. Czy mamy podstawy do obaw, że zadłużenie wpłynie również na sposób studiowania w naszym kraju?

W Stanach Zjednoczonych, które są laboratorium takich procesów, presja związana z zadłużeniem wpływa na wybór ścieżki kariery, światopogląd, a często, mówiąc wprost, unieszczęśliwia. Jest ona na tyle silna, że nawet profesorom zdarzało się wyrażać zdziwienie, że studenci deklarowali mimo wszystko przywiązanie do nauk społecznych i zawodów społecznie użytecznych. Studenci twierdzili, że chcieliby podjąć pracę w takich zawodach, ale jest to niemożliwe, bo nigdy nie spłaciliby swoich kredytów. Obecnie znajdują się w sytuacji gorszej niż przedsiębiorcy, bo z kredytu studenckiego nie da się zbankrutować. Stąd właśnie kuriozalne postulaty, by studenci mogli funkcjonować jak firmy – upadać czy nawet zmieniać nazwiska.

Kiedy spojrzymy na badania międzynarodowe, okazuje się, że udostępnienie kredytu studenckiego stanowiło wstęp do wprowadzenia, z niewielkim opóźnieniem, płatnych studiów. Jakkolwiek dziś w Polsce zasięg kredytów studenckich jest marginalny, to jednak mechanizmy finansowe, które miały poprzedzać wprowadzenie odpłatności za wszystkie rodzaje studiów, są już przygotowane. Jak dotąd jednak w żadnym momencie nie zaistniały sprzyjające okoliczności społeczne i polityczne dla takiej zmiany. Ponadto w spojrzeniu na tę kwestię wiele zmienił kryzys finansowy, a w Niemczech studentom udało się – land po landzie – doprowadzić do zniesienia odpłatności za studia. Jest więc nadzieja, że strategie „wyjścia” znajdą kontrapunkt w strategiach skutecznego wypowiadania niezadowolenia.

Dziękuję za rozmowę.

Gdańsk, 13 października 2017

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *