AUTOR

Andrzej Muszyński

Autor m.in. „Miedzy” i „Podkrzywdzia”, nominowany do Paszportów Polityki i dwukrotnie do Nagrody Literackiej Gdynia. Wiosną 2017 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jego powieść „Fajrant” o doświadczeniu prekariatu. Ostatnio otrzymał Nagrodę A. Włodka przyznawaną przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

W ubiegłym roku politycy pozwolili na dłuższe wakacje. Dziś szarga się nawet świętość lipca. Kwiat czarnego bzu przez społeczny niepokój niemal przegapiłem, o kwitnącej lipie nic nie wiem, wiśnie pomarzły.

W ubiegłym roku o tej porze leżałem beztrosko na plaży na zachód od Łukęcina. Po paru deszczowych dniach słońce wyzłociło wodę. Powietrze sprężyło się od woni sośniny tak, że unosiło człowieka. Toteż szedłem i szedłem na Reich. Zdyszany przycupnąłem za wydemką pod klifem nietkniętą ludzką stopą przynajmniej od poprzedniego dnia. Po małych sztormach promienie łatwo przekłuwały toń do dna jasnego jak tafla soli. Paręset metrów dalej, schowane za kolejnym piaszczyskiem, szczebiotały dwie dziewczyny. Jedna zdjęła bluzkę, rozpięła stanik, ale za chwilę szybko się czymś okryła, raczej z chłodu niż ze wstydu przed moją daleką obecnością. Po pół godzinie ktoś przebiegł, szczęśliwy i opalony jak w „Słonecznym Patrolu”. Wyglądało to jak w świecie, w którym jakieś szczególne wydarzenie przerzedziło naród i ocalonych łączy silna zmowa, by pod żadnym pozorem do sprawy nie wracać. Promienny uśmiech zamienia się tu przez sekundę w paroksyzm gniewu. Budowa wszystkiego od nowa na prawdzie nie udała się.

Ocknąłem się. Kolano było gorące jak żelazko. Przyszedł wiatr. Naniósł piachu, otworzył Dostojewskiego, przekartkował Hellera. Tylko Schabowskiego się nie tknął. Schabowski leżał sobie pod kocem, zasypany do imentu kwarcem. Zdmuchnąłem spomiędzy pożółkłych kartek ostatnie ziarnka i zabrałem się za kolejne opowiadanie.

W jego opowieściach bywa często jak na tej plaży. Wybrzeże niedługo po wojnie jest pustawe i spokojne. Ryby generalnie biorą, miejscowi kłusownicy zawijają z kobietami do wsi zatopionych w sosnowych lasach, w których kryją ich miejscowi rybacy. Historia i pejzaż komunikują nowy początek. Jest od cholery miejsca. Jest czas na miłość i długie rozmowy. Swojski western kręci się w swoim tempie pod Międzywodziem. W pierwszym znanym zbiorze opowiadań pt. „Pirat i Magdalenka” autor zdradza swoją nietutejszość, a kolejny tom morskich opowieści dowodzi, że szło mu o realistyczny zoom na społeczność nadmorskich rybaków. Za „Pirata…” dostał nagrodę literacką, za którą kupił łódź, piął się w rybackiej hierarchii aż do rybaka morskiego. Dlatego w drugim, równie mocno autobiograficznym zbiorze wydanym w 1967 roku pod tytułem „Wielka zatoka” przemawia już autentycznym głosem rybaka, którego pochodzenie pozwoliło zachować akuratną miarę opisywanych zdarzeń.

Czesław Schabowski, jak na człowieka morza przystało, urodził się w 1908 roku w Tarnobrzegu nad Wisłą. Wychował się nad wodą i od dziecka ciągnęło go do rybałki. Przed wojną pracował w Druskiennikach jako działacz kulturalny. Zanim w latach pięćdziesiątych trafił na wybrzeże, w czasie wojny tyrał w Magnitogorsku i w kombinacie drzewnym pod Kirowabadem. Po powrocie, po najeździe hitlerowskim na Rosję, pracował na roli w czeskich Sudetach. Niemcy przyskrzynili go wcześniej w Pradze. Chwilę po wojnie włóczy się po Polsce i kształci się na opowiadacza, łapiąc się każdej roboty: szyje buty, muruje, rzeźbi, zasuwa w kamieniołomach, produkuje narty, jest wędrownym aktorem, pomocnikiem rakarza. Zanim na dobre zajął się sprawami morza, pisał felietony dla polskiego radia w Szczecinie i załamał się psychicznie po nieformalnym, dwuletnim zakazie publikacji po emisji jego materiału pt. „Dżungla”. Do prozy zachęcił go osobiście Julian Przyboś.

Od dawna za przewodnik po świecie służy mi literatura stworzona przez miejscowych autorów, bądź inspirowana regionem. Częściej wożę ze sobą w podróży „Literaturę na świecie” niż „Lonely Planet”, bo jawny subiektywizm pozwala nieraz uchwycić tak zwany obiektywny stan rzeczy sprawniej niż niejeden reportaż. Poza tym to często prawdziwe opowieści, a więc wyznania z trzewi. Kiedy po latach wybierałem się nad Bałtyk, zapragnąłem za pomocą książek pobyć z rybakami. Nigdy nie wierzyłem, że można wykreślić kraj od jednej kreski, dlatego kołyszące się we mgle kutry wydawały mi się jego ruchomymi ambasadami, archipelagiem stalowych wysp, które oswajają inność i pustkę, a sieci zarzucają tylko przy okazji.

Kiedy Google z bezradnością zasugerowało, że proza bałtycka, poza mitotwórstwem historii, utworami ściśle marynistycznymi czy związanymi z Trójmiastem, w zasadzie nie istnieje, zamówiłem opracowanie Stanisława Teligi (brata Leopolda) „Odkrycie Bałtyku w literaturze”. Krytyk stwierdza: Schabowski ożywił puste dotychczas rejestry literackiej topografii szczecińskiego przymorza i stworzył w niejednym opowiadaniu oryginalne, rodzajowe obrazki tego świata. Na moje oko w paru z nich jest lepszy od Hłaski. No więc, co? Przed Schabowskim zupełnie nic? Aż tak rzadko inteligenci zdobywają zaufanie ludu? Ten tak sporadycznie wydaje opowiadacza, który potrafi wyzwolić się z przekleństw, jakie narzuca mała społeczność, obrócić jednostkowe przypadki w uniwersalną opowieść? Teliga kreśli to zagadnienie. W zasadzie nie ma o czym mówić przed datą publikacji trylogii Wandy Brzeskiej, zawodowej etnografki, która w wydanej w 1938 roku „Sprawie gminy Ceynowa” (dziś Chałupy) opisała autentyczną historię z końca XIX wieku związaną ze zwyczajem topienia w morzu kobiet posądzonych o czary. Lekarz z zawodu, Mieczysław Jarosławski napisał parę prościutkich opowiadań o życiu przymorskich wsi w czasie międzywojnia, które ukazały się dopiero po wojnie w zbiorze „Bunt na Dalmorze”. Dopiero Schabowski daje przekonujący obraz układającej się na nowo społeczności. A później, dziś? Z literatury tatrzańskiej można by usypać nowe góry. Tatry to spiętrzenie literackich łatwizn, przekrwienie. A Bałtyk? No tak, o płaskim trudniej pisać. Poza tym gdy autorzy wili sobie gniazdko pod Giewontem, Bałtykiem zajmowali się Niemcy. Po 1918 roku potrzeba było lat, by naród nawiązał emocjonalną relację z wybrzeżem.

To morze zostało nam przyznane przez historię, byśmy chłodzili głowy. Maksymalna temperatura wody, 19 stopni Celsjusza, powinna zostać wpisana w traktaty międzynarodowe ze względu na jej nieprzewidywalnego sygnatariusza. Przyglądajmy się Bałtykowi uważnie, bo kto wie, czy kiedyś nie wybierzemy się przez niego na pontonach z nadzieją na ujrzenie pokrytego tajgą szkieru. A może na odwrót, to do nas spływać będą pognębieni Skandynawowie i Bałtyk zdobędą polscy przemytnicy i piraci jak Miarka, Pirat Zatoki Pomorskiej z kapitalnego opowiadania Schabowskiego „Wielka Zatoka”? Znów dopiero ludzki dramat przywróci Bałtykowi należne miejsce w literaturze? Widzowie bić się będą o bilety na spektakl „Rybacy” o dwóch bohaterach szmuglujących Wikingów? Smarzowski nakręci o tym kolejne movie w rodzaju „Drogówki”, a Polakom znów taka wizja spasuje i będą powtarzać: „Taka prawda!”?

Bałtyk to nadzieja dla polskiego czytelnictwa. Nigdzie nie widziałem tylu zainteresowanych w namiotach z książkami. Po tygodniu zaczyna się nieco nudzić. Pada. Ileż można tłuc w minigolfa? Ileż wytrzyma wątroba? Człowiek przypomina sobie, jak książka wygląda i pachnie. Było tam wszystko, „Pan Kleks” i osiem tysięcy kryminałów, tylko prozy bałtyckiej nie było, ba, nawet reportaży o życiu na wybrzeżu. Dlatego niezobowiązująco zaproponowałem zacnemu wydawnictwu antologię, ulubiony gatunek Polaków, z opowiadaniami, reportażami i wspomnieniami o polskim morzu, choćby fragmentami gawędy ks. Pawła Stefańskiego „Wspomnienia z Jastarni 1917-1939”. Nie odezwali się. Nie bójcie się – kupią [1].

[1] Gdyby któreś wydawnictwo podjęło ten zaszczytny i niezwykle dochodowy temat, autor prosi uprzejmie o kontakt.

Ilustracje: Wacław Andrzej Marat

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *