Tutaj publikujemy krótkie i treściwe recenzje tego, co w twórczości innych nas poruszyło albo wręcz przeciwnie. Chętnie zamieścimy recenzje gościnne, jeśli uznamy je za ciekawe.

„Moja walka”, według cyklu powieściowego Karla Ove Knausgårda „Moja walka” / „Min kamp”, reż. Michał Borczuch, TR.

Gdyby Karl Ove Knausgard nie żył, przewracałby się w grobie.
Na początku podobało mi się – bezpretensjonalne scenografia i kostiumy; dobrze wkomponowane materiały wideo; sceny oparte na zabawie zjawiskiem czasu. Podobało mi się nawet wyświetlanie dialogów na ścianie. Głęboko wierzyłam, że to wszystko dokądś prowadzi.
Tymczasem nie prowadziło donikąd.
Relacje pomiędzy bohaterami – płaskie i banalne. Dzieciństwo z ojcem potworem – całkowicie pominięte (sic!). Szpital dla osób chorujących psychicznie – pokazany w 100% stereotypowo. Pierwszy seks głównego bohatera – sztampa.
Sposób wykorzystania wideo z przeprowadzonych przed premierą warsztatów na temat książki (co było świetnym swoją drogą pomysłem) – upokarzający zarówno dla uczestniczek warsztatów tekstu, jak i dla samego tekstu.
Jedyną naprawdę dobrą sceną była ta z udziałem dzieci aktorów w roli dzieci Karla Ovego, w dużej mierze improwizowana.
Borczuch wyciągnął z pisania Knausgarda wszystko to, co jest wspólnym doświadczeniem całego pokolenia, i na tym poprzestał. Tak produkuje się banał. Ten jest ładnie opakowany.

KM

 

Valeria Luiselli, „Nieważcy”, tłum. Katarzyna Okrasko, Wyd. WAB, Warszawa 2016

To moje objawienie roku 2017. Rzeczy dzieją się tam na tylu planach! Ciągłe zmiany w życiu, choć szukamy stabilności; wspomnienia, które nas kradną rzeczywistości; związek, bliskość i samotność w relacji; rodzicielstwo, dziecięce narracje; pisanie; codzienne życie; śmierć i nieśmiertelność; poczucie niemocy; nieuzasadnione faktami poczucie porażki; uciekanie przed obowiązkami; uciekanie przed tym, co się samej wybrało – i to wszystko skąpane w ironiczno-onirycznym poczuciu humoru. Krótkie, sprawiające wrażenie pisanych z doskoku cząstki układają się w genialną całość.
Okropny jest tylko polski tytuł. Tytuł oryginału to „Faces in the Crowd” i naprawdę nie rozumiem, czemu nie można było przetłumaczyć na chociażby „Twarze w metrze”.
Płakałam ze wzruszenia nad pięknem tego tekstu. Czego sporą zasługą jest tłumaczenie Katarzyny Okrasko.

KM

 

Andre Spicer, Carl Cederström, Pętla dobrego samopoczucia, tłum. Łukasz Żurek, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2016

Zacząłem się zastanawiać, czy kiedy jestem szczęśliwy, to tak naprawdę jestem szczęśliwy, czy może tylko udaję, wmawiam to sobie, dlatego, że odczuwam presję społeczno-kulturową bycia szczęśliwym. Czy to że rano się gimnastykuję jest moje czy wymuszone? Przecież nie lubię za bardzo ruchu. Zacząłem z pogardą patrzeć na mój kalendarz, dzięki któremu jestem bardziej, okropne słowo, produktywny. Zacząłem wątpić, czy freelancerstwo to taki dobry wybór – do tej pory myślałem, że „Wow! Ekstra! Jestem wolny!”, a teraz jestem sfrustrowany, bo czuję się w sprytny sposób wmanipulowany w pełną odpowiedzialność za siebie. Czemu państwo już o mnie nie dba? Gdzie jest miejsce na moje słabości?
Ta książka jest opartym na rozległej wiedzy antyporadnikiem, który wsadza kij w szprychy biznesowi generowanie szczęścia. Cederstrom i Spicer piszą zjadliwie, ironicznie, a jednocześnie konkretnie, dotykając wielu wątków. Na końcu sami przyznają, że właściwie to nie mają nic w zamian. Szkoda, ale jednocześnie mam wrażenie, że wtedy bym im mniej wierzył.

TN

„Dobranocka. Historia animacji”, Spichlerz Opacki/Oddział Etnografii Muzeum Narodowego w Gdańsku, kurator: Waldemar Elwart (do 31.12.2017)

Na wystawie spotkacie bohaterów dzieciństwa kilku pokoleń – Reksia, Misia Uszatka, Pingwina Pik-Poka. Poznacie także ich genealogię, przedstawioną za pomocą kilku wyrazistych epizodów z historii ruchomych obrazów i animacyjnej awangardy. „Dobranocka” może zachęcić do poddania się bezpiecznej nostalgii, gdzie wieczorynki staną wśród przysłowiowych już śniegowców „Relaks”.
Od tęsknoty za przeszłością wolę namysł nad współczesną dewaluacją ruchomych obrazów. To z ich nadprodukcji wynika zniknięcie stałego pasma dobranocki z głównego kanału telewizji publicznej. Niemal całodobowa konsumpcja kreskówek ma wiele wspólnego z niedzielnymi zakupami w dyskontach: oba zjawiska są częścią procesu niszczenia przez późny kapitalizm norm społecznej organizacji czasu i jego rytmów. Miś Uszatek ma więc dla nas bajkowy morał: w rozkładzie dnia i tygodnia potrzebujemy konserwatywnej rewolucji, wolnych od handlu niedziel i dobranocki o 19.00. To może być pierwszy krok ku byciu razem na wystawach i – kto wie? – wspólnemu knuciu planów przyjaźniejszego świata.

MW

„Blade Runner 2049”, reż. Denis Villeneuve

Sequel „Łowcy androidów”, podobnie jak oryginał, jest wyrafinowaną wizualnie dystopią, stawiającą pytania o społeczne i moralne konsekwencje zacierania się granicy między człowiekiem a inteligentnymi maszynami. „Jedynka”, przy wszystkich swoich słabościach, urzekała zręcznym łączeniem konwencji (od filmu noir po rodzący się cyberpunk), angażującą fabułą oraz charyzmatycznymi bohaterami. Tymczasem właśnie na tych polach obraz Villeneuve’a wypada zaskakująco słabo. Nie sprawdza się jako film akcji – scenariusz jest zbyt przewidywalny i miejscami mało logiczny – ani jako pożywka dla refleksji. Zapowiadana filozoficzna głębia okazuje się bowiem chaotyczną kompilacją wątków, które inni twórcy podjęli w bardziej satysfakcjonujący sposób („Dystrykt 9”, „Ona” czy „Ex Machina” to tylko kilka przykładów). Za dużo tu również koncesji na rzecz masowego widza, takich jak dosłowność pojawiającej się symboliki. Obejrzeć trzeba, ale zachwycić się trudno.

DP

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *