AUTOR

Krzysiek Posłajko

Urodzony w 1981. Doktor filozofii i niedoszły socjolog ze stajni UJ. W idealnym świecie nauki interesuje się analityczną filozofią języka i ontologią. Używa słowa „socjolog” w liczbie pojedynczej na oznaczenie Pierre’a Bourdieu. Pracował jako tłumacz i leksykograf. W wolnych chwilach publicysta-amator. Nieuleczalny socjaldemokrata. Z lewackiego tłumu wyróżnia go negatywny stosunek do jazdy na rowerze, mieszkań w zapuszczonych kamienicach i psychoanalizy.

Francis Fukuyama nie ma u nas dobrej prasy, zwłaszcza na lewicy. Oskarżany o ślepą wiarę w koniec historii (co opierało się na niezrozumieniu lub nieznajomości jego wczesnych prac), współpracownik administracji George’a W. Busha nie może raczej liczyć na przychylność odbiorców w polskich środowiskach progresywnych. Jednak warto czasem dla higieny intelektualnej przeczytać myśliciela obcego ideowo, zwłaszcza jeśli jest on tak inteligentny jak Fukuyama.

 

Historia ładu politycznego to książka nieco bardziej „empiryczna” niż niesławny Koniec historii, aczkolwiek i tu widać, że celem autora jest bardziej stworzenie ogólnej syntezy historiozoficznej niż szczegółowa robota historyczna. Po raz kolejny ujawnia się fascynacja Fukuyamy demokracją liberalną jako najlepszym z możliwych ustrojów, skutkiem czego dwa opasłe tomiszcza autor poświęca poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego jedne kraje doszły do tego modelu, a innym (większości) się to nie udało.

Odpowiedź Fukuyamy jest frapująca w swej prostocie: otóż demokracja liberalna ma szanse narodzić się wyłącznie w sytuacji, gdy silne państwo napotyka na przeciwnika w postaci silnego i zorganizowanego społeczeństwa – i to właśnie miało stać się w Europie Zachodniej. Liberalna demokracja nie może się natomiast udać, gdy państwo jest zbyt silne. Wówczas nie pojawia się impuls do ograniczania autokratycznych zapędów władzy, traktującej państwo jak prywatną własność. Warunkiem takiego ograniczenia autokracji jest istnienie społeczeństwa silnego zdolnością do samoorganizacji i ekspresji własnych interesów, takiego, które jest w stanie tworzyć autentycznie oddolne ruchy społeczne, niepoddające się ani klientelistycznej korupcji, ani przemocy ze strony państwa.

Paradoksalnie jednak liberalna demokracja nie może powstać również wówczas, gdy państwo jest zbyt słabe. Ta myśl wyda się zapewne horrendum libertarianom czy teoretykom społeczeństwa obywatelskiego, więc pozwolę sobie ją rozwinąć. Fukuyama siłę państwa definiuje nie jako prostą zdolność do egzekwowania swoich decyzji przemocą, ale jako zdolność urzędników i władców do przeciwstawienia się interesom możnych i wpływowych. Jeśli państwo nie jest w stanie tego uczynić, lecz ogranicza się do gnębienia biednych, nie jest silne. Przeciwnie – stanowi wówczas jedynie narzędzie egzekucji interesów górnych warstw społeczeństwa. Za historyczny przykład sytuacji słabego państwa w tym sensie posłużyły Fukuyamie późnośredniowieczne Węgry, gdzie wykształcały się proto-demoratyczne instytucje analogiczne do angielskich. Jednak brak silnej władzy centralnej sprawił, że władze przejęło możnowładztwo, co doprowadziło do degeneracji instytucji, a ostatecznie do upadku osłabionego kraju.

Rzecz jasna, takie obrazy historyczne, malowane szerokimi pociągnięciami pędzla, są kontrowersyjne z punktu widzenia historii jako nauki. Jednak ogólny model Fukuyamy, oparty na równowadze sił państwa i społeczeństwa, wydaje się cenną wskazówką do rozważań na tematy bliższe naszej polskiej teraźniejszości.

Od dwóch lat jesteśmy bowiem zasypywani coraz bardziej dramatycznymi tekstami o tym, jak w Polsce umiera demokracja liberalna. Nasuwa się tu złośliwa refleksja, że stan zdrowia owej nieboszczki nie był chyba najlepszy, skoro wystarczyły jedne wybory wygrane przez nie tych, co trzeba, aby doszło do jej agonii.

Czy Polska między 1990 a 2015 w ogóle była demokracją liberalną? Dla zwolenników legalistycznego podejścia do rzeczywistości społecznej odpowiedź twierdząca wydaje się trywialna – mieliśmy przecież bardzo ładnie napisaną konstytucję, wolne wybory, Trybunał Konstytutcyjny, Rzecznika Praw i co tam jeszcze się komu zamarzyło. Fukuyama jednak bardzo sprawnie, acz złośliwie, pokazuje, jak absurdalne jest podejście, które kwestie bycia liberalną demokracją sprowadza do formalnych zapisów prawnych. Gdyby było ono słuszne, Papua-Nowa Gwinea byłaby demokracją liberalną w takim samym stopniu jak Wielka Brytania, wszak w tej byłej brytyjskiej kolonii po prostu mechanicznie wprowadzono system westminsterski. Zrobiono to, rzecz jasna, wyłącznie na papierze, co nijak nie sprawiło, że system polityczny działa tu tak, jak w byłej metropolii – różnice kulturowe i społeczne są zbyt wielkie, aby taki eksperyment mógł się udać. W ten sposób w Papui nadal uprawia się tradycyjną trybalistyczno-klientelistyczną politykę, lecz jest ona pokryta cienką warstwą brytyjsko wyglądających instytucji (jak parlament z jednomandatowymi okręgami wyborczymi). Fukuyama niezmordowanie podkreśla, że w praktyce politycznej liczy się wyłącznie faktyczne działanie państwa, a nie to, co ktoś sobie zapisze w prawie stanowionym.

Wziąwszy kryteria Fukuyamy za dobrą monetę, możemy postawić tezę, że liberalnej demokracji w Polsce w poprzednim ćwierćwieczu po prostu nie było. Mieliśmy do czynienia z sytuacją słabego państwa stojącego naprzeciw słabego społeczeństwa. Słabość państwa przejawiała się w tym, że nie było ono w stanie przeciwstawić się różnym lobbies – począwszy od niejasnych postkomunistycznych układów uwikłanych w proces szemranej prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, poprzez kompromitującą państwo kwestie reprywatyzacje, skończywszy na całkowitym podłożeniu się zagranicznym koncernom zarówno w kwestii podatków, jak i ochrony antymonopolowej.

Diagnoza, w myśl której „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”, zbyt wielu rodakom miała prawo wydawać się trafną. Dla wielu Polaków sugestia, że w sytuacji, gdy ich pracodawca łamie prawo pracy, albo gdy są świadkami nadużyć – czy to firm czy to instytucji państwowych – mogą udać z się ze swoim problemem sądu, miała jedynie posmak gorzkiej ironii. Instytucje państwowe okazywały siłę jedynie wobec słabych, na przykład gdy trzeba było przegnać bezdomnych z Dworca Centralnego czy rozgonić protestujących rolników, natomiast w starciu z podmiotami uprzywilejowanymi wykazywały się całkowitą indolencją.

Naprzeciwko słabego państwa stało słabe społeczeństwo. Klęska „Solidarności”, wnikliwie opisana przez Davida Osta , sprawiła, że główna siła samoorganizacji społecznej schyłkowego PRL-u, czyli związki zawodowe, szybko straciła znaczenie. Z powodu zmiany struktury zatrudnienia, nieprzychylnych zapisów prawnych etc., związki straciły oparcie w szerokich masach społecznych. Poza tym fakt, że hierarchiczne „góry” tych organizacji nazbyt często widziały swoją rolę w byciu przystawkami różnych obozów władzy i firmowaniu aspołecznych rozwiązań sprawił, że związki przestały być wiarygodne. Do tego dochodziły okazjonalne zjawiska „zblatowania” działaczy średniego szczebla z zarządami firm pochodzącymi z politycznego nadania. Wszystko to sprawiało, że główne centrale związkowe przestały spełniać funkcję reprezentowania interesów przeciętnych pracowników.

Wielkim marzeniem obozu „lewicy laickiej” okresu późnego PRL-u było stworzenie w Polsce „społeczeństwa obywatelskiego”. Niestety, w III RP nic takiego nie nastąpiło – poziom zaangażowania Polaków w działalność społeczną i realizujące ją organizacje jest żenująco niski w porównaniu do innych krajów Europy. Zamiast społeczeństwa obywatelskiego dostaliśmy za to sektor NGO’sów – słabo finansowanych, zależnych od politycznych i biznesowych sponsorów organizacji, które – jakkolwiek często zaludniane przez szczerych społeczników – faktycznie wypełniały jedynie ubytki w likwidowanym w ekspresowym tempie systemie zabezpieczeń społecznych. Mówiąc brutalnie: organizacje pozarządowe, finansowane przez system grantów państwowych, samorządowych i europejskich, zajmujące się przysłowiowym pomaganiem biednym dzieciom i bezdomnym kotkom, nie są przejawem społeczeństwa obywatelskiego. Aby takie społeczeństwo mogło zaistnieć, obywatele muszą działać sami i sami fundować działalność społeczną. To nie oskarżenie działaczy NGO’sów, którzy niejednokroć wykonują świetną robotę w trudnych warunkach, ale smutna konstatacja na temat stanu organizacji społeczeństwa polskiego. I jakkolwiek zdarzały się społeczne zrywy (jak np. do pewnego momentu Samoobrona), czy też istniały organizacje mające charakter konfesyjny, to duża część Polaków przez ostatnie dekady nie uczestniczyła w żadnych formach społecznej, autentycznie oddolnej samoorganizacji.

Społeczna natura nie znosi próżni i przestrzeń opuszczoną przez słabe państwo i słabe społeczeństwo wypełniły różne mniej lub bardziej korupcyjne grupy interesu, wykorzystujące do realizacji własnych celów prywatyzowane zasoby państwowe i brak mechanizmów obronnych społeczeństwa. Złote żniwa zebrały też w Polsce międzynarodowe korporacje, traktujące nasz kraj jako źródło taniej siły roboczej oraz miejsce zbytu niskiej jakości produktów (a w bonusie dostawały praktyczny brak podatków). Ostatecznie zaś na tę jałową ziemię przyszli populiści, którzy wykorzystali gniew oraz frustrację zmęczonego i wyalienowanego społeczeństwa.

O liberalnej demokracji w Polsce nie warto zatem myśleć w kategoriach utraconego raju, z którego wygnali nas źli prawicowi populiści, ale raczej jak o nigdy nie zrealizowanym w praktyce postulacie politycznym. Trawestując znany bon mot przypisywany Gandhiemu, można powiedzieć, że polska demokracja liberalna byłaby świetnym pomysłem, gdyby tylko udało się go kiedyś zrealizować. Nawet z perspektywy osoby, która uważa, że optymalnym ustrojem politycznym w dłuższej perspektywie byłby autentycznie demokratyczny socjalizm, mogę stwierdzić, że autentyczna demokracja liberalna – z silnym państwem i silnym społeczeństwem – miałaby szansę być przyjemniejszym ustrojem niż populistyczny półautorytaryzm, który zdaje się nam montować aktualnie rządząca większość parlamentarna (nawet jeśli ten autorytaryzm jest okraszany cienką warstwą socjalu). Jednak aby o liberalną demokrację w Polsce walczyć realnie, należy mieć świadomość, że naprawdę nigdy jej tu nie było. Mieliśmy jedynie papierową fasadę, za którą kryła się postkolonialna oligarchia.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *