AUTOR

Łukasz Maślanka

urodzony w 1986 roku, romanista i niepraktykujący prawnik. Jego działalność publicystyczna polega na nieustannym odbijaniu się już to od prawicowej, już to od lewicowej ściany. Postrzeganie polskiej rzeczywistości przez pryzmat postkolonialny, związana z tym konieczność redystrybucji oligarchicznych fortun oraz relatywny obyczajowy permisywizm zbliżają go do lewicy, podczas gdy pragnienie silnego państwa, docenienie kulturotwórczej roli religii oraz znudzenie ideologią antydemokratycznych postępowców – do prawicy.

Choć od upadku realnego socjalizmu w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej upłynęło już ponad ćwierćwiecze, to wydarzenia lat 1944-1989 nadal są jednym z istotnych punktów odniesienia we współczesnej debacie politycznej. Ważną cezurą był z całą pewnością rok 2005, kiedy to wynik wyborów przesądził o marginalizacji potężnego niegdyś ugrupowania postkomunistycznego. Scena parlamentarna została zdominowana przez dwie wielkie partie o rodowodzie postsolidarnościowym i nominalnie antykomunistyczne, które stanęły przed koniecznością zagospodarowania dwóch grup elektoratów z różnych przyczyn nastawionych nostalgicznie w stosunku do PRL-u. Współpraca PO i PiS-u niezwykle szybko zamieniła się w bezlitosną rywalizację, która trwa do dzisiaj i obejmuje także zagadnienia związane z oceną ancien régime’u. Jak to zazwyczaj bywa, prawda historyczna i ocena etyczna stały się funkcją (a może nawet ofiarą) walki politycznej.

 

Analiza stosunku hegemonów polskiej sceny politycznej do komunizmu i PRL-u wymaga uprzedniego zdefiniowania składu społecznego wspomnianych przeze mnie przed chwilą dwóch elektoratów postkomunistycznych. Pierwsza grupa obejmowała tych beneficjentów dawnego systemu, którzy odnaleźli swoje miejsce w krajobrazie politycznym, biznesowym, dyplomatycznym, medialnym, policyjnym czy wywiadowczym III RP. Interesy klasowe w naturalny sposób skłaniały ich do poparcia ugrupowania reprezentującego liberalną klasę średnią. Ich droga do Platformy Obywatelskiej nie była prosta: przed dekadą twarzą tego ugrupowania były przecież takie osobowości, jak Jan Maria Rokita, Zyta Gilowska, Jacek Saryusz Wolski czy małżeństwo Soników, które wolnorynkową ortodoksję łączyły z osobistą i ideologiczną niechęcią do dziedzictwa komunizmu. Dopiero wewnątrzpartyjna marginalizacja, a następnie wypchnięcie tych postaci przez środowiska dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego umożliwiło bardziej pragmatyczną politykę w stosunku do osób i środowisk wpływowych w III RP, a legitymujących się rodowodem peerelowskim. Ważnymi łącznikami na tej drodze były z pewnością niektóre środowiska medialne, takie jak grupa ITI, która, jak się wydaje, w okolicach 2004 roku podjęła strategiczną decyzję sprzyjania Platformie, jako jedynej sile zdolnej odsunąć od władzy SLD, a następnie PiS i jego koalicjantów. Nie można zapomnieć o skupiającej byłych rewizjonistów Agorze: dialog z „liberalnym” skrzydłem byłej kompartii był wpisany w program rewizjonistów, toteż można – na zasadzie bardzo dalekiej analogii – dojść do wniosku, że w latach 2005-2010 Platforma Obywatelska szła drogą podobną do tej, którą podążali Adam Michnik i Jacek Kuroń w latach 1985-1990. Tej kooptacji sprzyjały również niszowe, ale wpływowe w ówczesnym establishmencie środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i „Więzi”, które – choć opozycyjne w stosunku do PRL-u – poprzez konieczność funkcjonowania w warunkach realnego socjalizmu nastawione były na ciągły dialog z elitami komunistycznymi, i ta postawa pozostawała aktualna także po 1989 roku.

Zupełnie inne były motywacje drugiej grupy elektoratu postkomunistycznego. Skupia ona, po pierwsze, tych beneficjentów PRL-u, którzy po 1989 utracili swoje przywileje (czy to w wyniku walk wewnątrzfrakcyjnych w PZPR i partiach satelickich, czy to poprzez rolę w strukturach dawnego systemu zbyt poślednią, by móc wnieść do nowej Polski jakiś wartościowy kapitał) oraz, po drugie, te grupy społeczne, których warunki życia po 1989 roku uległy pogorszeniu w stosunku do okresu komunistycznego. W przeciwieństwie do wszystkich pozostałych, obejmujących w najlepszym razie dziesiątki tysięcy osób, tylko ta ostatnia podgrupa może zostać uznana za masową. „Rozbitkowie” z byłych PGR-ów, kombinatów przemysłowych, urzędów niższego szczebla stali się najpierw klientelą ugrupowań postkomunistycznych, następnie partii protestu (np. Samoobrony), by w końcu, często w drugim i w trzecim pokoleniu, dodryfować do Prawa i Sprawiedliwości. Nie trzeba dodawać, że „zaopiekowanie się” dwóch głównych aktorów współczesnej polskiej sceny politycznej tymi dwiema grupami elektoratu postkomunistycznego bardzo głęboko zmieniło ich charakter.

Przez pierwsze pięć lat swojego istnienia Platforma Obywatelska przedstawiała radykalny program antyestablishmentowy, posługując się w walce politycznej zarówno retoryką historyczną, jak i – niezwykle aktualną po 2003 roku – antyaferalną. Było to dość paradoksalne, gdyż jednocześnie reprezentowała tworzącą się klasę średnią, która rzadko wykazuje tendencje rewolucyjne. Jednak sytuację PO za czasów rządów SLD można porównać do położenia zwolenników rosyjskich kadetów w okresie caratu lub francuskiej burżuazji epoki Ludwika XVI. Uprzywilejowanie ekonomiczne nie szło w parze z wpływami politycznymi, które na pewnym poziomie były zarezerwowane do tworzącej się wówczas wąskiej warstwy oligarchii postkomunistycznej. Dojście do władzy Prawa i Sprawiedliwości w 2006 roku, a także sprzymierzenie się tego ugrupowania z partiami protestu, wytworzyło realną lub medialnie wpojoną wspólnotę interesu między klasą średnią a establishmentem postkomunistycznym. Otworzyło to drogę do stopniowego zlewania się tych dwóch elektoratów w poparciu dla Platformy Obywatelskiej. Okazało się ono błogosławieństwem zwłaszcza dla establishmentu postkomunistycznego, który uzyskał możliwość tuszowania swojego pochodzenia poprzez występowanie na tle – bardzo skądinąd zasłużonych dla walki z komunizmem – postaci i środowisk. Do sojuszu przyłączyły się także te grupy byłych rewizjonistów. Mimo swojego opozycyjnego rodowodu bardzo wcześnie, bo jeszcze na przełomie lat 80. i 90., przystąpiły one do funkcjonalnego sojuszu z częścią środowisk postkomunistycznych. Przekazały Platformie Obywatelskiej swoje główne aktywa, do których należał prestiż wśród elit świata zachodniego. W zamian za to te ekonomicznie słabnące od początku lat 2000. grupy uzyskały wsparcie finansowe, chociażby w postaci umieszczanych w ich mediach reklam spółek skarbu państwa i samorządów. Znacznie gorzej wyglądał bilans tej symbiozy po stronie dominującej wciąż w trzonie elektoratu PO klasy średniej oraz grup do niej aspirujących (w tym zwłaszcza ludzi wchodzących w dorosłe życie w warunkach kryzysu gospodarczego). Model państwa, jaki zaproponowały społeczeństwu rządy Platformy w latach 2007-2015, nie był w stanie na dłuższą metę jednocześnie zaspokajać sprzecznych aspiracji tych dwóch grup elektoratu. Kadrowa grupa postkomunistyczna i postrewizjonistyczna, a także środowiska biznesowe skupione wokół gdańskich i dolnośląskich liberałów jeszcze od lat 90., domagały się dalszego rozwoju w duchu kapitalizmu korporacyjnego, w którym o dostępie do rynku oraz do awansu społecznego decyduje znalezienie się w dość szerokiej sieci powiązań, obejmującej jednak w najlepszym wypadku, w skali całego kraju, kilkaset tysięcy osób. Niesprawiedliwy i charakterystyczny dla krajów Trzeciego Świata model selekcji elit oraz zablokowanie awansu społecznego doprowadziło do stopniowej kumulacji niezadowolenia, która zaowocowała klęską wyborczą w roku 2015. Przyczyną tej porażki była zdrada „masowej” części elektoratu PO na rzecz nielicznej, ale bardzo wpływowej części „kadrowej”. Możliwe jednak, że gdyby do tej zdrady nie doszło, to „kadrowa” część elektoratu znacznie wcześniej zmobilizowałaby swoje zasoby i stanęłaby na drodze hegemonii partii Donalda Tuska.

Również lider Prawa i Sprawiedliwości musiał dokonać pewnej zdrady, by przekształcić kadrowe ugrupowanie konserwatywnej inteligencji, jaką było Porozumienie Centrum oraz Prawo i Sprawiedliwość na początku lat 2000., w cieszącą się masowym poparciem partię ludowo-narodową. W tym wypadku chodzi przede wszystkim o wyrzeczenie się własnych korzeni politycznych i ideowych, etosu związanego z tradycją niepodległościowego polskiego socjalizmu (Jan Józef Lipski), niezależnej, lecz do pewnego stopnia konformistycznej w stosunku do komunizmu części inteligencji (Rajmund Kaczyński, Stanisław Erhlich czy nawet Igor Andrejew) lub niezadowolonych z kształtu III RP, ale niezwiązanych z tradycją katolicko-narodową intelektualistów (Jadwiga Staniszkis, Ryszard Bugaj). W historii ugrupowania braci Kaczyńskich nieustannie widać to napięcie między pragnieniem przynależności do elity a wymaganiami nieznoszącego tych elit elektoratu. Doskonałą egzemplifikacją tego napięcia jest droga polityczna Ludwika Dorna, który w 2006 roku groził wrogom IV RP „wzięciem w kamasze”, by dekadę później gwałtownie krytykować antyislamską retorykę PiS-u z pozycji wrażliwego intelektualisty. Zarówno w przypadku PO, jak i PiS-u zdrada miała charakter założycielski i warunkowała awans w sondażach z poziomu 8-15% do poziomu 25-45%. O ile jednak PO zdradziła „masy” dla „kadr”, o tyle PiS zdradził „kadry” dla „mas”. Umiejętność przezwyciężenia w sobie inteligenckiego wstrętu do demagogii jest jedną z dróg inicjacji do wąskiego kręgu doradców prezesa Jarosława Kaczyńskiego, o czym świadczy wysoka pozycja w strukturach partyjnych profesorów Ryszarda Legutki, Zdzisława Krasnodębskiego czy Ryszarda Terleckiego. Natomiast ci intelektualiści, którzy – jak chociażby wcześniej wspomniani Dorn, Staniszkis czy Bugaj – okażą się na populizm nieodporni, traktowani są nieomal jak heretycy, pozbawieni wstępu do państwowych mediów i wyśmiewani przez usłużne portale. Inteligencki gniew na niesprawiedliwość III RP to jednak zbyt mało, by połączyć siły grupki prawicowo-republikańskich inteligentów z poszkodowanymi społecznie masami. Koniecznym łącznikiem stała się tutaj wytrwała praca środowisk związanych z Radiem Maryja, która doprowadziła do religijnej i światopoglądowej radykalizacji tych indyferentnych dotychczas grup. Media o. Rydzyka spełniły zatem w mariażu środowiska PC z „ludową” częścią elektoratu postkomunistycznego rolę podobną do działań środowiska rewizjonistów, które zaangażowały się w zawarcie sojuszu elit postkomunistycznych z wierchuszką dawnego KLD, a obecnej PO. Ważnym przełomem psychologicznym był także czas koalicji PiS-Samoobrona-LPR, który pozwolił partii braci Kaczyńskich na przejęcie elektoratów swoich partnerów przy ich jednoczesnej politycznej marginalizacji.

Sojusze obydwu partii postsolidarnościowych z dwiema grupami elektoratu postkomunistycznego, choć efektywne funkcjonalnie, nie mogły się obyć bez pewnych zgrzytów na płaszczyźnie ideologicznej. Nie jest przypadkiem, że stały się one możliwe dopiero w połowie lat 2000. Stawiam tezę, że sprawę ułatwił tutaj burzliwy rozwój środków komunikacji elektronicznej: pojawienie się całodobowych telewizji informacyjnych, decentralizacja przekazu mediów internetowych. Otworzyły się ogromne możliwości manipulacji świadomością odbiorców. Błyskawiczność i jednocześnie ulotność przekazywanych przez media informacji, ich emocjonalnie angażująca agresywność nie sprzyjają refleksji. Obserwator sceny politycznej ma coraz większą skłonność do zamieniania się w kibica, a następnie w kibola. Stąd coraz więcej w polskiej polityce zjawisk parareligijnych, jak chociażby kult Lecha Wałęsy (i to mimo otaczania się takimi archaniołami jak Mieczysław Wachowski), pomnikomania smoleńska czy swoista deifikacja liderów partyjnych (brat męczennika za Polskę mocarstwową vs. cesarz Europy). Spór AWS z SLD, choć daleki jestem od idealizowania przeszłości, miał jednak w sobie jeszcze coś z powagi historycznego remanentu, podczas gdy ideologiczne podstawy walk PiS-u i PO stają się coraz bardziej komiksowe. Stąd wzajemne oskarżenia o agenturalność, które mogą nawet stać się jednym z głównych tematów kampanii wyborczych, aby następnie gwałtownie ucichnąć i nie mieć żadnych praktycznych konsekwencji; tragikomiczne sytuacje, gdy wysoko postawiony aparatczyk PZPR oskarża Jarosława Kaczyńskiego o bolszewizm lub gdy tenże Kaczyński czyni postkomunistycznego prokuratora twarzą sporu między władzą sądowniczą a legislatywą.

Po przejęciu przez PiS i PO elektoratów postkomunistycznych posługiwanie się komunizmem w debacie politycznej stało się po prostu jedną z metod dyskredytacji przeciwnika. Warto zauważyć, że obecnie obowiązująca polityka historyczna w pełni utożsamia komunizm z agenturalnością: Bolesław Bierut objęty jest anatemą nie dlatego, że dał się w młodym wieku i w określonych warunkach społecznych zaangażować w błędną ideologię, tylko dlatego, że był „ruskim agentem”, choć ta ostatnia okoliczność była logiczną konsekwencją akcesu do międzynarodowego ruchu komunistycznego. Cofnięcie polskiej refleksji nad komunizmem do epoki Kucharzewskiego bardzo zubaża nasz krajobraz historyczny i jest świadectwem wzrastających tendencji zaściankowych. Obecna władza zdaje się chcieć, korzystając tu z wzorców rosyjskich, objąć całe społeczeństwo ideologią „naszości” rozumianej jako odporność na panujące w ramach naszej cywilizacji prądy kulturowe. Jeżeli pozostajesz dobrym Polakiem i katolikiem, to nie dasz się opętać faszyzmowi, komunizmowi, „multi-kulti” czy „dżenderyzmowi”, których rozumienie podporządkowane jest oczywiście interesom władzy. Polskość staje się po raz kolejny odmianą mesjanizmu i szczepionką na przychodzące z zewnątrz trucizny, które najczęściej mają oblicze niemieckie, rosyjskie a ostatnio arabskie (oraz, w podziemnym dyskursie, żydowskie i ukraińskie). Jakkolwiek działania te, zdaniem ich inicjatorów, mają za zadanie wzmocnić podmiotowość Polski, to w efekcie prowadzą do czegoś dokładnie odwrotnego. Skomplikowane drogi dziejowe i ideowe Polaków w ubiegłych dekadach i stuleciach ulegają uniformizacji, zaś polifoniczny intelektualnie naród – zgodnie z tą historiozofią dostosowaną do możliwości percepcyjnych pseudokibica – zamienia się w totalitarną masę o ujednoliconych interesach i dążeniach.

Polska kultura gwałtownie potrzebuje odtrutki na tę politykę. Gdyby wśród poważnych grup opozycyjnych istniały środowiska zainteresowane czymś więcej niż obroną własnego ego i osobistych interesów, mogłyby zaproponować – w odpowiedzi na usypiającą połaniecczyznę obozu władzy – chociażby Narodowe Czytanie Mojego wieku Aleksandra Wata. To jednak utopia. Opozycja do obecnej władzy operuje na podobnym poziomie uogólnień i manipulacji. O ile w interesie nacjonalizmu polskiego leży eksterioryzacja ideologicznych zagrożeń, jako integralnie niezgodnych z rzekomym duchem polskości (stąd tak histeryczna walka z oskarżeniami o współudział pewnego odłamu polskiego społeczeństwa w Holokauście czy niedostrzeganie tego, że ukochana przez obecnych przywódców przedwojenna Polska szybkimi krokami szła w drugiej połowie lat 30. ku faszyzmowi), o tyle opozycja, wobec kryzysu społecznego poparcia, ogranicza się do bycia ekspozyturą dążeń obcych polityk historycznych, co słusznie zauważył w trakcie wiosennego kongresu PiS Jarosław Kaczyński. Również celem nacjonalizmu niemieckiego jest maksymalne odizolowanie zjawiska narodowego socjalizmu od kultury niemieckiej i podzielenie się nim z sąsiadami przy całkowitym zaburzeniu proporcji. Przykład serialu Nasze matki, nasi ojcowie ukazuje, że połączone jest to ze swego rodzaju orientalizacją Polaków, którzy przedstawiani bywają w niemieckich mediach tak, jak mieszkańcy Bliskiego Wschodu w programach propagandowych TVP. Rachunek jest prosty: im więcej „polskich obozów koncentracyjnych” w światowej prasie, tym większy posłuch w Polsce będą miały mesjanistyczni nacjonaliści. Ponieważ polityka historyczna, jak każda inna, wymaga nakładów finansowych, Polska w ewentualnym starciu nacjonalizmów lokuje się na przegranej pozycji. Komiksowa historia stała się w Europie Środkowej ostatniej dekady bardzo ważnym narzędziem walki politycznej, co nie napawa optymizmem.

Wraz z uprzywilejowaną częścią elektoratu postkomunistycznego opozycja liberalna przejęła także obowiązek walki o jego dobre imię. Stąd rosnąca niechęć Platformy Obywatelskiej do IPN-u (którego idiosynkrazje oraz sekciarsko-inkwizytorskie zacięcie części personelu mogą oczywiście drażnić) oraz wielka wstrzemięźliwość poprzedniej władzy do wspominania rocznic historycznych czy czczenia bohaterów, co zaowocowało m.in. nadmiernie już wybujałym kultem Żołnierzy Wyklętych (kosztem tradycji AK, walki cywilnej, legalnej opozycji drugiej połowy lat 40.), który jest niczym innym jak pośrednią próbą rehabilitacji kontrowersyjnej tradycji NSZ. Opozycja liberalna wydaje się w ogóle niezainteresowana historią, chyba że chodzi o okolicznościowe zdjęcie z „legendą opozycji” lub bezkrytyczną adaptację dyskursu zza zachodniej granicy (oczywiście w zamian za hojny grant). Choć może to wydawać się absurdalne, to połączenie wpływów europejskiej (głównie niemieckiej) polityki historycznej z rehabilitacją części tradycji peerelowskiej z jednej strony, a z drugiej ograniczanie komunizmu tylko do zagadnienia agenturalnego, bez chęci zajmowania się jego istotą ideologiczną, prowadzi do odnowienia się dawnego sporu między puławianami a natolińczykami. Sposób, w jaki Prawo i Sprawiedliwość uzasadnia kooptację niektórych aparatczyków partyjnych do swoich szeregów, rzeczywiście przypomina nieco moczarowski „patriotyzm”, natomiast obóz liberalny daje do zrozumienia całemu elektoratowi antynacjonalistycznemu, że jest jedynym ratunkiem przed trybalistyczną ochlokracją.

Ponad dekadę temu dwaj obecni hegemoni polskiej sceny politycznej ochoczo podzielili się elektoratami postkomunistycznymi. Ich absorpcja przez obydwie partie była możliwa za cenę pewnej zdrady, której naturę starałem się tutaj skrótowo opisać. Zdrada ta skutkuje poważnymi deformacjami polskiej sceny politycznej w stosunku do klasycznych demokracji zachodnich. Nie są one jednak niczym niezwykłym dla innych społeczeństw dotkniętych w przeszłości zjawiskiem totalitaryzmu lub kolonializmu. Czy oznacza to, że w ostatecznym rozrachunku to społeczeństwo ponosi odpowiedzialność za stan polskiej polityki? Joseph de Maistre pisał, że każdy naród ma taki rząd, na jaki zasługuje, ale nie można abstrahować od odpowiedzialności elit, które dopuściły się wielu zaniedbań w ciągu ostatnich dwóch dekad, zbyt często myląc dbanie o interesy słabszych z paternalizmem i tanim moralizatorstwem.

drukuj

KOMENTARZE

  1. Staranne opracowanie. Jednak zupełnie pomija światowe tło procesów zachodzących w Polsce. PiS nie wygrałby, gdyby nie kryzys uchodźczy, gdyby nie dążenie do budowy federalnej Europy pod auspicjami Niemiec i margnalizowania roli państw narodowych. Bo poza przeszłością i różnicami w rodowodzie, to właśnie spojrzenie na przyszłość najbardziej dzieli liberalno-internacjonalistyczną PO i zaściankowo-narodowe PiS. Z dwojga złego trudno wybrać.

  2. Bardzo dobry artykuł. Właściwie to takich analiz teraz ani w prasie ani w internecie zupełnie nie ma. Mnie się podoba ujęcie zarówno PO jak i PiS w kategoriach „zdrady”, czyli odejścia od czegoś czym te partie (lub ich poprzedniczki) były wcześniej. Co do PiSu, to cieszę się, że autor pamięta, że to jeszcze niedawno nie była partia narodowo-katolicka. Bo o tym już chyba niewielu pamięta. Ciekawe czy kierownictwo PiSu chciałoby być partią bardziej centrową, tylko im to nie wychodzi? A może chodzi o coś jeszcze innego: albo bierzesz cały elektorat narodowo-katolicki (za cenę własnej tożsamości) i rządzisz, albo rządzi oligarchia postkomunistyczna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *