Marcin Giełzak

Hiszpanię trzeba wymyślić na nowo

AUTOR

Marcin Giełzak

Urodzony w roku 1987. Przedsiębiorca, publicysta, badacz dziejów lewicy antykomunistycznej. Absolwent historii oraz zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim. Autor książki "Antykomuniści lewicy" (2014), współautor pracy "Crowdfunding" (2015).

Walka za nami, walka przed nami. Wobec narastającego przez ostatnie tygodnie kryzysu dwie kwestie wydają się pewne. Po pierwsze, Hiszpanię trzeba wymyślić na nowo. Obecny ład, ze wszystkimi swoimi kompromisami i sprzecznościami, nie jest w stanie dłużej służyć stabilności państwa i pomyślności obywateli. Po drugie, Carles Puigdemont i Mariano Rajoy nie podołają zadaniu przebudowy ani teraz, ani w przyszłości.

 

Przemoc jest wyrazem niemocy

Piszę wstęp do tego tekstu po raz trzeci albo czwarty – i ciągle przeglądam najnowsze doniesienia medialne, aby upewnić się, że znowu nie nastąpiło coś, co wymagałoby dalszych korekt i aktualizacji. Nic, co wydarzyło się przez ostatnie dni, nie podważyło jednak tezy, którą nakreśliłem w pierwszym akapicie – wobec kryzysu konstytucyjnego obecne elity polityczne okazały się zadziwiające bezbronne.

Hiszpański premier musiał wybierać między rozwiązaniem siłowym, kapitulacją i negocjacjami. Wybrał czwartą drogę, łączącą wady wszystkich wyżej wymienionych. Najpierw przez pół roku czekał bezczynnie na zbliżające się referendum, umacniając w Katalończykach fałszywe poczucie siły, a Hiszpanię pozostawiając nieprzygotowaną na nadchodzący kryzys. Następnie podjął próby rozmów, kiedy na rozmowy było już za późno. Odpowiadając na katalońską politykę faktów dokonanych, wreszcie – odwołał się do siły, której zaaplikował na tyle dużo, aby skutecznie rozjuszyć stronę przeciwną i oburzyć opinię światową, ale jednocześnie za mało, aby złamać opór protestujących. Jakby nie rozumiejąc, że perswazja poparta przemocą przestaje być perswazją, zmarnował znakomitą okazję, by odwołać się do większości przeciwnej oderwaniu od Hiszpanii, a pewnie niemałą jej część pchnął prosto w objęcia nacjonalistów. Mógł, podobnie jak David Cameron w przypadku Szkocji, szukać drogi do zalegalizowania referendum, przeprowadzenia go na własnych zasadach. Miałby za sobą nie tylko swoją partię, ale i całą opozycję, od prawa do lewa (wyjąwszy jedynie Podemos). Wszystko wskazuje na to, że wygrałby ten plebiscyt i rozwiązałby problem kataloński na całe pokolenie. Wystarczy spojrzeć na liczby.

W referendum, które odbyło się 1 października, 90% głosujących opowiedziało się za niepodległością. W głosowaniu wzięło udział jednak tylko 47% uprawnionych osób, bowiem przeciwnicy niepodległości je zbojkotowali. Nawet jeśli przyjmiemy bez zastrzeżeń wyniki zakomunikowane przez władze autonomii, czyli stronę sporu , to i tak pozostajemy z wnioskiem, że Generalitat nie ma realnego mandatu demokratycznego do ogłoszenia niepodległości.

Gdyby z przyczyn prawnych lub politycznych ścieżka Camerona faktycznie nie była dostępna, Rajoy mógł też uczynić to, co większość mieszkańców Katalonii – zignorować referendum, a następnie odmówić uznania jego wyników. Wzruszenie ramion zabolałoby separatystów znacznie bardziej niż razy bezmyślnie wymierzane policyjną pałką. Oczywiście mogłoby to doprowadzić ostatecznie do pata, a następnie do wprowadzenia bezpośrednich rządów Madrytu nad zbuntowaną prowincją. Ale gdyby obyło się bez przemocy i chaosu, jakie w pierwszej chwili zdominowały hiszpańską odpowiedź, pozycja Rajoya i jego rządu byłyby znacznie silniejsze.

Węzeł kataloński

Szefowi gabinetu w Madrycie można zarzucić brak zręczności i wizji, trudno jednak zaprzeczyć, że realizuje on jedyną politykę, jaką w takiej sytuacji może prowadzić hiszpański premier. Nie po to przecież postawiono go na czele państwa, aby przewodniczył komisji likwidacyjnej Królestwa Hiszpanii. Inaczej jest w przypadku przewodniczącego katalońskiej Generalitat.

Carles Puigedemont musi zdawać sobie sprawę z faktu, że posłał swoich rodaków w bój  bez broni. Katalonia nie ma żadnych środków, którymi mogłaby przymusić Madryt, a cóż dopiero Brukselę, Berlin, Paryż czy Waszyngton, do uznania swojej państwowości. Nawet na poziomie słów i deklaracji żaden rząd nie poparł jej roszczeń. Oznacza to, że nawet gdyby udało jej się wybić na niepodległość, młoda republika znalazłaby się poza Unią Europejską oraz po niewłaściwej stronie nowej komory celnej na granicach z Hiszpanią i Francją.   Tymczasem odbiorcami aż 35% katalońskiej produkcji są inne prowincje kraju.  Najwięksi pracodawcy w regionie już zapowiedzieli, że opuszczą Katalonię, jeśli miałoby do tego dojść. Tymczasem posiadanie własnego państwa kosztuje. W poważnie uszczuplonym budżecie trzeba by było znaleźć miejsce na stworzenie urzędów centralnych, banku narodowego, armii, służby dyplomatycznej. Ponadto, znając stosunek największych europejskich gospodarek do wzmacniania sił separatystycznych, z którymi same mają problemy, należałoby się liczyć z tym, że Niemcy, Anglia, Francja i Włochy będą prowadzić dyplomatyczny i ekonomiczny bojkot nowego państwa.

Oczywiście, względy gospodarcze nie decydują o wszystkim – ziemie polskie, przykładowo, wytwarzały większy PKB w roku 1913 aniżeli w 1939 – jest jeszcze narodowa duma, tożsamość, potrzeba samookreślenia. Należy zatem postawić pytanie, czy te wartości są w jakikolwiek sposób zagrożone przez Kastylijczyków? Czy należy się obawiać o prawo do posługiwania się językiem katalońskim, do wywieszania flagi, do posiadania własnych mediów, szkół, instytucji kulturalnych i politycznych? Nic, co wydarzyło się przez ostatnie dekady w demokratycznej Hiszpanii, nie uzasadnia tego rodzaju lęków. Są one raczej zakorzenione w zbiorowej pamięci, wynikają z trudnej historii. Być może Puigdemont uważa się właśnie za ostatniego żołnierza wojny domowej lat 1936-1939, która w jego optyce byłaby tylko rozdziałem w licznych starciach między Katalonią a Kastylią. Problem w tym, że pozostali spadkobiercy Republiki mają w tej kwestii inne zdanie. Wojna domowa była konfliktem o kształt i tożsamość całej Hiszpanii, nie zaś którejkolwiek z jej prowincji. Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE), która najpełniej dziedziczy tradycje republikańskie, pozostaje gorącą zwolenniczką jedności kraju. To jednak nie oznacza, że akceptuje ona bezkrytycznie zastany ład polityczny i instytucjonalny czy też ignoruje fakt, że są w Hiszpanii rachunki krzywd sięgające całe stulecia wstecz.

Republika Federalna Hiszpanii?

11 września 1977 roku odbyły się pierwsze od czasów wojny domowej uroczystości związane z Narodowym Dniem Katalonii. Na ulice Barcelony wyszło ponad półtora miliona ludzi. Na tym etapie nawet najbardziej zagorzały frankista nie mógł udawać, że sprawa katalońska nie istnieje albo popiera ją ledwie garstka ekstremistów.

Kolejne wystąpienia Katalończyków dowodzą, że jedność na Półwyspie Iberyjskim nie jest niczym naturalnym czy samonarzucającym się. Trzeba nad nią pracować, pielęgnować ją. Już u zarania swoich dziejów Hiszpania wykuwała się w toku rekonkwisty, kiedy to przeciw Maurom walczyło nie jedno, a wiele królestw. Wśród nich Aragonia, z grubsza odpowiadająca granicom dzisiejszej autonomicznej Katalonii. Decydujące były tutaj nie różnice języka, kultury czy narodowości, ale ambicje lokalnych władców. Nawet w czasach największej świetności Hiszpanii fakt, że była ona częścią imperium Habsburgów, do którego należały tak samo Czechy, Holandia czy znaczna część Włoch, sprzyjał raczej decentralizacji władzy. Także sprowadzane z Nowego Świata złoto pomniejszało presję na budowę jednego z najważniejszych filarów państwowej jedności – sprawnego systemu podatkowego. Kiedy zaś imperium runęło (1898-99), najbardziej uprzemysłowiona i nastawiona na eksport część kraju, Katalonia, utraciła rynki zbytu, a wraz z nimi ostatnie ekonomiczne uzasadnienie trwania przy Madrycie.

Katalonia wiele razy próbowała rozluźnić, a trzykrotnie wręcz zrzucić zależność od Madrytu (1643, 1714, 1810) i za każdym razy przypłaciła to popadnięciem w zależność od Francji. Zanim Ludwik XIV usadził swojego wnuka na hiszpańskim tronie (jego potomkowie panują w tym kraju do dzisiaj), zdołał jeszcze wyrwać dla siebie część Katalonii, szczególnie opornej wobec prób narzucenia jej francuskiego króla. Traktat pirenejski z 1659 roku, kończący wiele lat zmagań między obydwoma krajami, wymusił na Hiszpanii zrzeczenie się północnej części Katalonii na rzecz Francji. Niedługo później prowincję tę przemianowano na bardziej francuskobrzmiący Roussillon. W 1700 roku Król-Słońce zadbał o to, aby cała prowincja stała się bardziej frankofońska, wtedy bowiem formalnie zakazano nauki języka katalońskiego w szkołach oraz posługiwania się nim w urzędach. Pierwsze, w dodatku dość nieśmiałe, odstępstwa od tej surowej polityki Paryż dopuścił dopiero w latach 70. XX wieku. Do dziś jedynie co czwarte katalońskie dziecko w Roussillon odebrało w szkole jakąkolwiek edukację z zakresu języka ojczystego. Francja, obok zmagających się z własnymi separatystami Włoch, to główny zagraniczny przeciwnik samostanowienia Katalonii.

Wnuk Ludwika, Filip (w Hiszpanii panujący jako Filip V) doszedł do władzy po trupach Katalończyków, których francuskie i kastylijskie wojska obległy w Barcelonie. Obrońcy miasta, nim ulegli wobec oczywistej przewagi wroga, stawiali dzielny opór przez 13 miesięcy. Biorąc przykład z dziadka, Filip szybko usunął wszelkie przejawy politycznej i kulturalnej niezależności tej prowincji. Polityka ta była realizowana na tyle sprawnie i konsekwentnie, że tamtejszy ruch narodowy odrodził się dopiero po stu latach. Krótkotrwała Druga Republika odnosiła się do nich z tolerancją. Później nastąpiły jednak długie dekady reżimu Franco, który na jakiekolwiek katalońskie postulaty odpowiadał tylko represjami, cenzurą i przemocą.

Po śmierci dyktatora Hiszpania miała swój „okrągły stół”. Nowa forma ustrojowa, demokratyczna monarchia konstytucyjna, stała się wyrazem dziejowego kompromisu między prawicą a lewicą, po którym nastąpiło porozumienia zawarte między kastylijskim centrum a prowincjami. Choć ten kompromis dobrze służył Hiszpanii przez ostatnie dekady, dziś trzeba przyznać, że jego czas minął.

Monarchia, zamiast być symbolem jedności narodowej, wzmacnia jedynie podziały. Na dalszą metę ani Katalończycy, ani Baskowie i Galisyjczycy nie będą w stanie pogodzić się z byciem poddanymi późnego wnuka Króla-Słońce, który uzyskał tron na mocy wynegocjowanego pokoju ze starym reżimem. Wydaje się, że czas dojrzał do tego, aby powrócić do idei III Republiki Hiszpańskiej. W 2012 roku, czyli w czasach sprzed kryzysu w Katalonii i jeszcze za panowania popularnego Jana Karola, Gallup zapytał Hiszpanów o stanowisko w sprawie rozpisania referendum dotyczącego zniesienia monarchii. 54% opowiedziało się za przeprowadzeniem referendum, zaś w grupie wiekowej 18-24 było to aż 73%.

Zajścia katalońskie dowodzą natomiast, że odnowiona republika powinna być federalna. Zamiast statutów gwarantujących autonomię powstałaby nowa konstytucja, która jasno określałaby, że wszystko, co nie jest wyraźnie wskazane jako kompetencja Madrytu, podlega rządom lokalnym. Powinno to dotyczyć również kwestii światopoglądowych, takich jak aborcja, eutanazja czy dostęp do narkotyków. Należałoby ponadto rozważyć reformę Senatu w kierunku izby regionów, którą dziś jest jedynie częściowo. Wskazane byłoby wprowadzenie – na podobieństwo niemieckiego Bundesratu – ordynacji, która wzmacniałaby mniejsze regiony kosztem większych. Głosowania powinny też odbywać się en bloc – znowu na podobieństwo RFN. Zamiast liczyć głosy indywidualnych deputowanych, powinniśmy raczej pytać o uzgodnione stanowiska delegacji katalońskiej, baskijskiej czy andaluzyjskiej.

Tego rodzaju reforma dałaby Katalonii satysfakcję i możliwość wyjścia z kryzysu z twarzą, dla całej Hiszpanii stanowiłaby zaś logiczne zwieńczenie i tak postępującego procesu federalizacji państwa. Aby jednak ten proces miał jakiekolwiek widoki na porozumienie i trwałość, należałoby najpierw zjednać Katalończyków dla takiej wizji Hiszpanii. Trzeba przekonać ich, że byłoby to państwo, które chcieliby współtworzyć; że warto postawić na kompromis między byciem osobnym, samorządnym narodem a pozostaniem częścią dużego, ważnego, europejskiego kraju o bogatej kulturze. Taką drogę wybrali Szkoci. Lewicowy charakter ruchu narodowego powinien sprawić, że będzie on podatny na argumenty dotyczące solidarności regionu najbogatszego z tymi mniej zamożnymi. Chciałoby się też, aby Katalonia dzieliła się z Hiszpanią nie tylko swoim dobrobytem, ale także swoją lewicowością, liberalizmem, świeckością, otwartością na świat. Region ten ma dość finansowego, kulturowego i moralnego kapitału, aby móc Hiszpanię współtworzyć – i zmieniać. Być może więc zmagania, jakich teraz jesteśmy świadkami, nie zaowocują powstaniem nowego państwa katalońskiego, ale przyniosą odnowę państwa hiszpańskiego.

W tym miejscu, niestety, zataczamy pełne koło, i powracamy do drugiego z wniosków postawionych na początku tekstu. Nie ma powodów, aby uważać, że Rajoy i Puigdemont są gotowi na zmianę czy choćby korektę dotychczasowej polityki. Obywaj stali się zakładnikami własnych, błędnych decyzji oraz opinii publicznej, której emocje rozbudzili w stopniu, który uniemożliwia rzeczową rozmowę o tym, jak najlepiej ułożyć relacje między Madrytem a Barceloną. Potwierdzają to wyniki najnowszego sondażu przeprowadzonego w Katalonii, który daje zwolennikom niepodległości za wszelką cenę chybotliwą, ale jednak – większość. Osobiście pokładam nadzieję w zmęczeniu. Przedłużający się kryzys musi wieść do erozji zaufania względem przywódców, którzy nie potrafią mu zaradzić. Stan mobilizacji również nie może trwać wiecznie –  w końcu znużenie rozproszy demonstrujących skuteczniej niż policja. Wtedy może pojawić się szansa na nowe otwarcie. Czas pokaże, czy znajdą się siły zdolne je wykorzystać dla dobra zarówno Hiszpanii, jak i Katalonii.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *