AUTOR

Grzegorz Uzdański

Urodzony w 1979 roku. Nauczyciel filozofii i etyki w warszawskim Społecznym Gimnazjum nr 20 ,,Raszyńska”, autor strony Nowe wiersze sławnych poetów i powieści „Wakacje” (Wydawnictwo W.A.B., 2016). Śpiewa i pisze teksty w zespole Ryby, pisał też część tekstów na płyty zespołów Extra i Jerz Igor. Występuje w grupie improwizacji teatralnej Dobrze, duecie impro MiG i grupie skeczowej Wszystko Będzie Dobrze. Działał w Porozumieniu Kobiet 8 Marca przy organizacji warszawskich Manif. W 2015 r. pod kierunkiem profesora Jacka Migasińskiego obronił w IF UW pracę doktorską „Płynność pojęć. Próba interpretacji >>Sein und Zeit<<”. Mieszka w Warszawie.

Jadwiga

– Jadziu, pobudka.
– Wstajemy.
– Jadziu wstajemy.
– Nie chce pani na śniadanie? Wstajemy.
Czekaj, uważaj. Nie tak ostro siostro. Au. Co za idiotka. Nie umie tak pomóc wstać, żeby nie zabolało. Nie chcę. Obóz koncentracyjny, nikogo nie obchodzi, że przez całą noc nie spałam, bo ta wariatka pięć godzin jęczała, potem zaczęła się drzeć, po prostu Tworki, jak można żyć w takich warunkach, niech mnie przeniosą do innego pokoju. Nie chcę. Nie ma miejsca, nie ma miejsca. Sratatata. Jakby ten gruby babsztyl chciał, to by załatwił. Ale jej się nie chce, nie lubi mnie, bo jej prawdę mówię, jak mi się nie podoba. I tak wszystko jedno, w innych pokojach też stare wariatki. Wszystko przez to, że wtedy nie patrzyłam. Dlaczego nie patrzyłam. Wszystko przez to. Dopiero nad ranem zasnęłam, a teraz oczywiście budzą.
Jak tylko się obudzę, zaraz czuję ten cewnik. Ohyda. Robią się od tego infekcje. Założyły mi, a ja nie jestem żadną z tych wariatek i się nie moczę jak one. Ale się jaśnie paniom nie chciało basenu podawać. Za duży wysiłek. I nawet nie pytały, tylko wsadziły mi to świństwo jak byłam chora i nie mogłam powiedzieć nie. Jeszcze ten niby-lekarz mówił, że tak zdrowiej i wygodniej. Zdrowiej to ja już nie wiem jaka to bzdura, a wygodniej owszem, ale dla nich.
– Możesz mi ten worek wymienić? Nie widzisz, że pełny? Czekasz, żeby pękł?
– Już, zaraz, spokojnie.
– Co Jadzia dzisiaj taka nerwowa znowu jesteś.
– Bo pół nocy nie spałam, przez tę wariatkę całą.
(Co było w tym śnie, który ci ucieka? Chyba Marcin? I co on robił, zaraz, już sobie nie przypomnisz, bo przyszły, i cię budzą, i myślisz o tym, że cię budzą. One cię ciągną w górę, a sen ucieka w dół).
– Nie chcesz na śniadanie? Trzeba iść na śniadanie.
– Iść to bym może poszła.
Idiotki. Iść. Może pobiec jeszcze. Jakby jedna z drugą też musiała na wózku, to by inaczej śpiewały. Młode toto, zdrowe, i nie rozumie. Czy one umieją na wózek przesadzić w ogóle.
– No, na trzy cztery, tak?
Upuszczą mnie, upadnę.
– Trzy czteeery!
Zaraz mnie upuści.
– Au.
– Spokojnie, pani nie krzyczy.
Upuści mnie.
– No to zaraz jedziemy.
– Nie ubieracie mnie?
– Dzisiaj środa, wasza kolej na mycie.
O Boże. Jeszcze tego brakowało. To już cały dzień z głowy. Jaki ten korytarz brzydki. Od razu widać, że ćwierćinteligenci urządzali. Ten sraczkowato-zielonkawy kolor, ohyda. Jakie ja miałam piękne mieszkanie. Wszystko ze smakiem. Dlaczego nie patrzyłam pod nogi, stara idiotka. Wszystko przez to. O, z piątki wychodzi ten cały Andrzej, już szura kapciami po podłodze, zaraz orła wywinie, tak się śpieszy. Niby nic nie rozumie, a że dali jeść, to rozumie.
Cerata, talerze i kubki na ceracie, u nas nigdy nie jedliśmy na ceracie, równie dobrze na Trybunie Ludu już można. Marcin tak kiedyś powiedział. Dlatego nigdy na ceracie, po prostu na stole, z serwetkami, a jak były imieniny albo inna okazja, to na obrusie. A tu tylko cerata. Żeby łatwiej zmyć, jak poplamią te wszystkie staruchy. Znowu mnie nie przysunęła, nic ta dziewucha nie rozumie.
– Możesz mnie dosunąć do stołu?
– Co się denerwujesz? Już.
Denerwuję się, bo mogłaby się nauczyć, że nie mam rąk jak jakiś olbrzym, i że pół metra od stołu niewygodnie się je, a ten wózek cholerny taki ciężki, sama go ledwo przesuwam, ale co to ją obchodzi, to nie ona na nim siedzi.
– Smacznego.
O, jakim głosem to ,,smacznego”. To już lepiej nie mówić, niż takim tonem mówić. I o co taka obrażona pani hrabina, że jej raz uwagę zwróciłam. Hrabina herbu Ćwierćinteligencja. Nie przywykły do tego, bo tu już wszyscy otumanieni, to kto się o swoje upomni, nikt. A ja jedno, co jeszcze mogę, to mówić, i właśnie się upomnę. Poszła.
Śniadanie jak zwykle ohydne. Dwa kawałki chleba z jakąś margaryną, kawałek pomidora i ta niby-szynka. Z szynką to ma tyle wspólnego, co ja z baletnicą. Mielonka jakaś, oszczędzają na nas. I ser biały, a ja nie lubię. Umrzyj człowieku z głodu. Jasno, chyba słońce będzie dzisiaj. I ta ich niby-herbata jeszcze, pomyje jakieś, oczywiście najtańszą kupują tylko że to już nie herbata. Nie piję, potem mi może zaleją moją. Baśka zawsze mówi, że nie ma czasu.
Anię spytam.
– Kochana, zalejesz mi herbaty mojej?
– Potem, teraz muszę tutaj.
Nie wiem, co ona tutaj musi. Stać. Wszyscy siedzą, jedzą, jedno lepiej, drugie gorzej, ale jedzą. Tę z czwórki Basia karmi, Janka już nakarmiła wcześniej, ten to zawsze na śniadanie pierwszy.
– Byś szybko poszła.
– Idziemy teraz do leżących, nie mogę.
Zawsze ci leżący, jak tylko człowiek czegoś potrzebuje. Basię poproszę. Może wezmę trochę tego sera. Jakiś kwaśny. Może zepsuty. Poszły w końcu.
Tu wszędzie jest brud, w tym kraju. Trzeci świat. Na mojej klatce też zawsze było brudno. Jak tylko pomalowali, zaraz ktoś zamazał albo oderwał tynk. A ostatni raz ładnie odmalowali. I co z tego, jak po dwóch dniach już coś było namazane. Jak by takim te ręce obcinać to może. Albo żeby przynajmniej musieli to ścierać. I płacić. Ale u nas to nikomu nie przeszkadza. Ostatnio pomalowali na ciemnożółto. Jak jeszcze tam byłam. Ciemna klatka, uważać na złodziei. Kazali płacić za wózkarnię. Nienormalne baby. Też sobie taki zarząd wybraliśmy. Płacić za wózkarnię, może jeszcze za oddychanie, tak im chciałam powiedzieć. Ciekawe, czy ciągle tam rządzą. Na pewno. I wycięli moją jarzębinę.
(Prawie to sobie przypominasz: Ola bawi się w piasku, przesypuje go znowu i znowu, ma półtora roku. Podaje ci jagodę jarzębiny, jasnopomarańczową, jeszcze nie czerwoną, bo to początek lata. W rączce ma jeszcze dwie, musisz uważać, żeby nie zjadła. To jeszcze nie do jedzenia, mówisz, dopiero jak się konfiturę zrobi, z jabłkami).
Bezpieczeństwo, co za bzdura. Zdrowe drzewo. Podwórko z jarzębiną, po co, lepiej mieć gołe ściany. Przynajmniej tam w swoim domu, w swojej sypialni. Nie mogę z tą wariatką.
Gdybym patrzyła.
– Nie zjesz więcej? Wszystko zostawiłaś.
– Nie, kochana, więcej nie mogę.
– A wędliny pani nie zje trochę?
– Nie.
– Pożywna jest.
– Nie wiem, czy pożywna, na pewno obrzydliwa i mówię, że nie zjem.
– Ale ty jesteś, pani Jadziu, uparta. Ale herbatę też zostawiłaś, a pić trzeba.
– Zalejesz mi potem herbatkę?
– Ale to potem, bo najpierw tu musimy sprzątnąć.
– No przecież nie mówię żeby teraz po prostu jak to tu skończycie to byś mi zalała.
– Dobra, to potem.
– A teraz byś mnie zawiozła do palarni?
– Do palarni to mogę teraz. A nie do łazienki najpierw?
– Nie.
Już musi pytać o to, a po pierwsze nie chcę teraz o tym myśleć ani o tym rozmawiać, po drugie nie mogę tak szybko po jedzeniu, jeśli to w ogóle było jedzenie. Produkt jedzeniopodobny, gdyby mnie ktoś pytał, to tak bym to określiła, a tak czy siak zaraz po nie mogę, i nie chcę o tym myśleć teraz. Żadnej delikatności, dobrze, że nie pyta, czy na długo i czy cienkie czy grube, a o to też pytały, nie raz, a że to człowieka krępuje, to ich nie obchodzi. I to pomaganie, najbardziej upokarzające ze wszystkiego, te wszystkie nieprzytomne mają dobrze, bo nic nie rozumieją, im nie przeszkadza, a mi przeszkadza, i póki przeszkadza, to mam jeszcze resztki kultury, resztki rozumienia jakiegoś własnego, więc dobrze że przeszkadza, ale te nieprzytomne mają lepiej. Muszę zapalić. Nawet te parę metrów nie mogę sama, wszystko przez to, że w rękach już nie ma siły. Widziałam w telewizji, jak jeździli na takich elektrycznych, i raz na ulicy też. Ale już widzę, jak bym mogła te elektryczne, na nic pieniędzy nie ma, równie dobrze by mi odrzutowiec mogli kupić. Zachciało mi się starej idiotce na tę drabinę wchodzić, jaka ja byłam głupia, jaka ja byłam strasznie głupia.
W palarni już siedzi Andrzej, przede mną go zawieźli, siedzi, a papierosów nie ma. Już na mnie patrzy, już się do wyłudzania szykuje. Nic z tego, czy ja jestem jego sponsor? Częstowałam raz, częstowałam dwa razy, częstowałam setki razy już chyba, co tydzień częstuję, ale codziennie nie zamierzam, bardzo mi przykro, ja też jestem biedna i nie dam się okradać. O, już mamle. Nikt go nie może zrozumieć, z tą jego wymową. Od udaru mu się zrobiła. Ale ja wiem, co chce powiedzieć, to akurat powtarza tak często, że każdy zrozumie.
– Jadźka, dasz papierosa?
– Nie.
O, jak się indyczy. Już czerwony cały, już coś gulgocze.
– Wczoraj ci dałam i przedwczoraj. Nie jestem twoim sponsorem.
Dobrze, że tyle na tym swoim wózku może, co i ja, jeszcze by mi co zrobił.
– Spokojnie, Andrzej, nie krzyczymy.
O, dobrze mu Baśka powiedziała.
– A ty Jadźka też byś nie była taka, poczęstować nie chcesz.
No i się pospieszyłam z pochwałami. Jak taka mądra jesteś, to sama częstuj.
– Ja go, kochanieńka, co tydzień częstuję. Nie jestem jego sponsorem.
Uspokoił się, teraz obrażony siedzi. Pewnie mu Tomek znowu kupi, jak przyjdzie. Jaki ten chłopak jest naiwny, każdemu się da wykorzystać.
– Basia, przyniosłabyś mi radio z pokoju?
– Potem.
Zawsze potem. Radio potem, sweter potem, na korytarz potem. Zadław się człowieku ością i krzycz o ratunek, to też ci powiedzą, że potem. A ja bym chciała radio.
O, jak przyjemnie, niedobre te papierosy, ale jak przyjemnie zapalić jednak. Siedzę, patrzę w okno, bo przecież nie na Andrzeja, który teraz mnie zabija wzrokiem na pewno. Wybacz kochany ale wszystko ma swoje granice, jest linia za którą się kończą prośby, a zaczyna wyłudzanie, i ty tę linię dawno przeszedłeś. Jakie brzydkie tu mają parapety, farba odłazi płatami, chyba ostatni raz za Gomułki odmalowali. Za to z drugiej strony już jeden wróbelek. Jak dobrze, że wracają, a nie te mazurki. Ja jestem stara warszawianka i zawsze będę po stronie wróbelków, a nie mazurków. A dzisiaj młodzież nie odróżnia. Jaki miły ten wróbelek. Skacze, kręci główką, okruszków szuka, pamięta, że im wysypuję. Ale jak Magdę albo inną poproszę, żeby moją bułkę przyniosła, to powie, że potem. Nie będzie okruszków, kochany, nie teraz. Skacze, patrzy, szuka. Odleciał.
Szybę też mogliby wymyć, bo znowu smugi. Ale po co myć, dla takich jak my. Jakie piękne słońce, znowu będzie chyba upał jak cholera, zdechnąć można, jeszcze z tym całym smogiem, podobno gorzej niż w Pekinie, ja się nie dziwię, ale słońce pięknie, od razu nawet ta ściana naprzeciwko wygląda jakoś poprawniej, może Tomek mnie weźmie na spacer, jak miło będzie koło fontanny. Żeby go tylko znowu nie porwali, ten dziadyga od czytania, radia by posłuchał, a nie chłopaka zabiera. Albo jeszcze gorzej, jak go Magda znowu pogoni, żeby sprzątał, co on jest, sprzątaczka tutaj, samym im się nie chce, to wolontariuszy zaprzęgają, żeby tylko mi go nie zaprzęgły… Muszę być pierwsza.
(Parapet jest szary, gruby, z białymi plamkami. To od twojej strony, bo od strony dworu blaszany, brązowy, pordzewiały, z sadzą od smogu i śladami ptasich kup, i z paroma okruszkami zeschłej bułki w lewym rogu. Nie oświetliło go jeszcze słońce, chociaż już idzie w tę stronę, po ścianie przybudówki i po chodniku równocześnie. Za kilka minut tu będzie, zaraz tu będzie, brakuje mu trzech metrów. Idzie po ścianie i po chodniku).
Na szczęście dużo tu siedzę, czyli żeby wejść do środka, musi mnie minąć. Nie ma innej drogi. Od razu go poprosić, zamówić sobie. Wtedy jest jakaś szansa. A jak go zaanektują. Kto inny może wziąć na spacer? Może ta psycholog cała, ale ona nigdy nie ma czasu, kiedy mnie ostatnio zabrała, chyba miesiąc temu. Do tego zaraz zacznie pytać, jak się pani czuje, jak minął dzień, jak mnie to jej szczebiotanie denerwuje, co ona myśli, że w domu wczasowym jest? Albo Magda, tylko ona prawie na pewno powie, że jest zajęta. Taki piękny dzień, szkoda zmarnować. Muszę do toalety. Jak ja nie lubię, prosić ich o to, tu się już nikt nie wstydzi, wszyscy zdziecinniali, same staruchy zdziecinniałe albo gorzej jeszcze, a ja się wstydzę.
Muszę.
– Aniu, kochanieńka.
– Tak, Jadziu?
– Zawieziesz mnie do toalety?
O, jaka niezadowolona. Myśli, że nie widzę tej miny. Ale ja widzę.
– Już.
Jedziemy naszym bezowym korytarzem, mijamy dwójkę i trójkę, wszędzie te półtrupy leżą, na korytarzu nikogo, tylko Adela na ławce siedzi, nazywają ją Adzia, nawet kiedyś Magda taką rymowankę wymyśliła, Adzia i Jadzia, bardzo śmieszne, boki zrywać po prostu, ja się w każdym razie nie śmiałam. Bo o co jej chodzi, że jestem taka jak ona? Na razie nie jestem, może za chwilę będę, na pewno za chwilę będę, jak tu już całkiem zgłupieję, ale jeszcze nie jestem. Jeśli o głowie mówimy, bo chodzenia to z kolei ja jej mogę pozazdrościć. Po co ja się pchałam na tę drabinę, po co, po co. Adzia chodzi nie najgorzej, i jak siedzi na tej ławce, to też wygląda korzystnie, uśmiech, ładna buzia okrągła taka, mało zmarszczek. Ale wystarczy zagadać i zaraz widzisz, że zupełnie już nieprzytomna. Powtarza tylko po tobie i się uśmiecha, albo jakieś zupełne androny mówi, i wyciągnąć od niej coś własnego i sensownego prawie się nie da. Ale przynajmniej mówi, uśmiecha się, nie to co te półtrupy. No i chodzi, jak ja bym chciała tak jak ona. By mnie nie musiały wozić jak worek jakiś. Już nasz pokój, łazienka na szczęście wolna, dobrze że właśnie Adela nie zajęła, bo ona jak wlezie, to godzinę nie wychodzi.
Że też ja muszę z Magdą tam wjeżdżać. Jaki wstyd.
Ona też nie chce tu być, wiem o tym.
Jaki wstyd.
– No już, Jadziu, wstajemy na trzy cztery.
Upadnę.
– Nie bój się, trzymam cię.
Upadnę.
– Trzymam cię, nie bój się. I spodenki ściągamy.
Upadnę, zaraz. Puści mnie.
– Co się tak trzęsiesz, Jadzia? Nie upadniesz, trzymam cię przecież.
– No, już.
No już, no już, niech idzie, niech idzie, jakie to straszne, zawsze. Żebym była jak te apa… api… to by mi nie przeszkadzało. Ale ja głowę mam sprawną.
– Jak skończysz, to zawołaj, tak?
– Tak.
No przynajmniej tyle, że wyszła, jeszcze tę resztkę prywatności mam, nie tak jak tamte. Nie za duża ta resztka. Co się ze mną zrobiło.
Nie trzęś się, nie trzęś się. Łatwo powiedzieć. Ciekawe, czy sama by się nie trzęsła, jak by w takiej była sytuacji jak ja. Człowiek silny, młody, to nie zrozumie. Nigdy nie zrozumie.
Zamyka za mną drzwi, jak dobrze, że już po. Zapomnijmy o tym. Tak zawsze Marcin mówił, zapomnijmy o tym. To by mu było po myśli, na pewno, żebym zapomniała, o tamtej wydrze.
Ale nie wszystko się da zapomnieć.
– To ja cię teraz zostawiam.
– Kiedy to mycie będzie?
– W ciągu godziny, nie wiem dokładnie, musimy zdążyć nakarmić, opatrunki sprawdzić, sama wiesz.
– To mogę jeszcze do palarni raz? Tylko na parę minut. A potem bym się położyła, w nocy źle spałam.
– Ale to nie wiem, czy będę cię miała czas odebrać.
– To za pięć minut. Podasz mi jeszcze radio, i książkę?
– No dobrze.
Wielka dobrodziejka, powinnam z wózka zleźć, paść na kolana i za łaskę dziękować. Nic dla człowieka nie zrobią.
– Tu, radio i książka, proszę.
– W nocy bardzo źle spałam.
– Budziła się pani? A leki nasenne wzięte wieczorem?
– Nie ja się budziłam, tylko mnie budziła, ta co zwykle. A potem bolało.
– Uhm.
– Za mało tej blokady dostaję.
– Pani Jadziu. To są wskazania lekarza.
– Ale mnie boli, jak mnie tamta obudzi, to boli. A jak ona się drze to żadne leki nasenne nie pomogą, trupa by obudziła.
– No tak.
– Czy nie można jej dać do innej sali? Do api… apa…
– Apalicznych?
– Tak, do apalicznych samych?
– Jadźka, już o tym mówiłyśmy, to nie moja decyzja, a miejsca nie ma.
– Ale tych api-api nie obudzi, a mnie obudzi.
– Ale wiesz że nie mamy sali z samymi apalicznymi.
– To by nie było z samymi apalicznymi, byłoby też z nią, ona jest wariatka, a nie apaliczna.
– Pani Jadziu, powtarzam, to nie moja decyzja. Niech pani do dyrektorki idzie.
Do dyrektorki. Jasne. Jakbym nie była poszła już. Znowu mnie spławi, miejsca nie ma, możliwości nie ma, a ogóle po co coś robić, jak można nic. Taka jest ich filozofia. A to, że ludzie się męczą, że mam nieprzespane noce przez tę wariatkę, to ich nie obchodzi.
– To zostawiam tu panią.
Andrzeja nie ma, do pokoju wrócił pewnie, albo do toalety. I dobrze, nie będzie wyłudzał.
Jaki dobry ten papieros. Rzuciłam jak byłam w ciąży z Olą, żadna wtedy nie rzucała, mnóstwo dalej paliło, dopiero teraz takie lamenty, ale wolałam dmuchać na zimne, gdyby się przez mnie dziecko chore urodziło jakieś, to bym sobie nie darowała.
Może jak pięć minut, to nie radio, tylko ten Iwaszkiewicz. Tomek przyniósł. Tylko czy mi się chce w ogóle go czytać, nic tylko narzeka i narzeka. Tu smutno, tam samotny, tu młodość minęła, tam nie doceniają, po prostu jedno wielkie narzekanie, a przecież u siebie w domu był, i to nie byle jakim domu, tylko dworek miał prawdziwy na tym Stawisku, ogród taki piękny, kiedyś odwiedzałam, i to wszystko miał dla siebie, wielki pan prezes, i nikt go w żadnym domu opieki cholernym nie zamykał, i rodzina też blisko, i psy, ten Tropek i ten drugi, ciekawe co by tutaj zrobili, jak bym powiedziała, że psa chcę, chyba by ze śmiechu umarły te wszystkie baby. A on miał. I chodził normalnie, chodził sam wszędzie, pewnie już nie tak szybko, bo swoje lata już miał, ale jednak sam, i sprawnie, a nie na żadnym wózku, i do toalety mógł iść sam, i nikt go tam oglądać nie musiał, i mył się też sam na pewno, a jak pomyślał, że pójdzie do ogrodu, to po prostu szedł. A nie jak ja, że Baśkę albo inną muszę prosić, a ta oczywiście nie ma czasu, i nie gnił tylko z samymi staruchami nieprzytomnymi siedem dni w tygodniu. Nie, wszystko to miał, rodzina, Stawisko, sprawne nogi, i co? I oczywiście narzekanie. No naprawdę miał na co narzekać.

Ilustracja: Aleksandra Mokrzewska – urodzona w 1988 roku. W roku 2014 obroniła pracę magisterską o malarstwie Mikołaja Chylaka. Współorganizowała wystawy w warszawskiej galerii Praca. W ostatnich latach pracowała jako stolarz w Pracowni Tryktrak. Mieszka w Warszawie.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *