AUTOR

Marcin Giełzak

Urodzony w roku 1987. Przedsiębiorca, publicysta, badacz dziejów lewicy antykomunistycznej. Absolwent historii oraz zarządzania na Uniwersytecie Łódzkim. Autor książki "Antykomuniści lewicy" (2014), współautor pracy "Crowdfunding" (2015).

Sztokholm przywraca pobór do wojska i zwiększa wydatki na zbrojenia. Wzorowa socjaldemokracja pokazuje, że pokojowe nastawienie i pragmatyzm nie wykluczają poważnego podejścia do spraw obronności.

Strach jest dobrym doradcą

Słowami Ryssen kommer! (Rosjanie idą!) zwykło się w Szwecji straszyć dzieci… i dorosłych. Niewymagające przekładu słowo russofobi ma rodowód jeszcze XIX-wieczny. Znacznie mocniejsze, i popularniejsze u naszych północnych sąsiadów, jest jednak trudne do przetłumaczenia wyrażenie rysskräck. Dosłownie znaczy ono „strach przed Rosją” albo nawet przed „tym, co rosyjskie”. Choć nie sposób oddać jego ładunek emocjonalny, wystarczy powiedzieć, że ma ono mniej wspólnego z bigoterią czy uprzedzeniami, a więcej z czymś, co nazwałbym grozą cywilizacyjną.

Szwecja, ze zmiennym szczęściem, stoczyła z państwem carów jedenaście wojen. Rosja zwyczajowo przeważała liczebnością wojsk, Skandynawowie – jakością sprzętu i wyszkolenia. Najpierw to Szwedzi byli agresorami, „jak żaden naród na cudze łapczywymi”. Później raczej bronili stale kurczącego się stanu posiadania, ostatecznie zamykając się w etnograficznych granicach „półwyspu w ramach półwyspu”. Ostatnia z wojen, konflikt zbrojny o panowanie nad Finlandią (1808-1809), oznaczała definitywny zmierzch szwedzkiej potęgi. Niedługo później Szwecja wybrała neutralność (neutralitetspolik), której pozostała wierna do dzisiaj. Zawieszony nad niespokojnym kontynentem, północny kraj był bardziej widzem niż uczestnikiem dwóch wojen światowych. Myliłby się jednak ten, kto utożsamiałby neutralny status ze słabością czy choćby pasywnością. Podobnie błędne byłoby uznania neutralności za niezmienną doktrynę, która nie podlegała rewizjom czy korektom. Klucz do szwedzkiej polityki tkwi w zrozumieniu tego, że wszystkie posunięcia Utrikesdepartementet (czyli szwedzkiego MSZ) podporządkowane są polityce bezpieczeństwa. Dawniej sprowadzało się to do zbrojnego izolacjonizmu (jak w latach II wojny światowej i u zarania zimnej wojny), by z biegiem lat w coraz większym stopniu przekształcać się w niepisany sojusz z NATO, propagandowo osłaniany hasłem i pozorami neutralności.

Neutralność nie przeszkodziła Szwedom ani handlować z III Rzeszą w latach 1936-1939 przy jednoczesnym dziesięciokrotnym zwiększeniu wydatków wojskowych, ani wspierać materiałowo Finlandii przeciw Związkowi Sowieckiemu w toku Wojny Zimowej (1939-1940) oraz Kontynuacyjnej (1941-1944). Gdy karta się odwróciła, Sztokholm zbliżył się do aliantów, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. Szwedzi nie odmówili przyjęcia pomocy w ramach Planu Marshalla w latach 40., a w kolejnych dekadach chętnie korzystali z amerykańskiego wsparcia przy wzmacnianiu swojego lotnictwa i obrony przeciwrakietowej. Od drugiej połowy lat 40. była to więc västorienterad neutralitet – neutralność zwrócona na Zachód, czyli neutralność bardzo wątpliwa. By chronić pozory, Szwecja chętnie wchodziła w rolę adwokata państw i narodów, w przypadku których Zachód łamał prawa człowieka: potępiała Amerykę za Wietnam czy Francję za wojnę w Algierii. Zniewoloną Europę Wschodnią bardzo świadomie jednak wyłączyła spod swojej moralnej jurysdykcji. Analogicznie, Szwecja nigdy nie marnowała okazji, by zdystansować się od integracji europejskiej. Moskwa miała otrzymać jasny sygnał, że szwedzkie posunięcia są zawsze stricte defensywne. Odmienne postępowanie podważyłoby wiarygodność (trovärdighet) polityki neutralności, w czym Szwedzi słusznie widzieli zagrożenie. Wiarygodność w relacjach międzynarodowych jest walutą, a jej wartość określa percepcja strony przeciwnej. Za neutralność uznawać należało to, co Moskwa rozumiała jako neutralność – nie więcej, nie mniej. Z ostrożnej polityki względem Rosji nie wynika bowiem, że należy marnować okazje, kiedy takowe się nadarzają. Kiedy blok sowiecki runął, a Litwa, Łotwa i Estonia ogłosiły niepodległość, to właśnie szwedzka marynarka wojenna pomogła tym krajom rozminować ich wody terytorialne. Akcesja Szwecji do Unii Europejskiej w 1995 roku również była wynikiem prawidłowego rozpoznania sytuacji, w której korzyści oferowane przez Wspólnotę wyraźnie przeważyły zagrożenia stwarzane przez osłabioną Rosję.

Społeczeństwo otwarte i jego wróg

Powiada się, że Rosja nigdy nie jest ani tak silna, ani tak słaba, jak się wydaje. Właśnie dlatego nawet rozproszenie widma komunizmu i noc jelcynowska nie powinny były budować fałszywego poczucia bezpieczeństwa. Stało się jednak inaczej. Jeszcze w latach głasnosti i pierestrojki uwierzono, że Rosja jednocześnie słabnie i demokratyzuje się. To skłoniło Szwecję do wejścia na ścieżkę jednostronnego rozbrojenia. Trudno bowiem było bronić wobec opinii publicznej ogromnych wydatków militarnych, kiedy nieprzyjaciel przegrał, a innych zagrożeń na horyzoncie nie było widać.

W 1981 roku szwedzkie wydatki na siły zbrojne wynosiły 3,1% PKB, w ubiegłym roku zaś 1,1%. Mówiąc bardziej obrazowo: w 1981 roku Szwecja byłaby w stanie posłać do walki 100 tys. zawodowych żołnierzy i dalszych 350 tys. sił obrony terytorialnej. Dziś byłoby to łącznie 50 tys. żołnierzy. W tym samym okresie szwedzkie lotnictwo zmniejszyło się o ponad połowę, a flota o trzy czwarte. Tak daleko posunięta militarna słabość Szwecji – i innych państw regionu – stanowi niemal otwarte zaproszenie dla kremlowskiego ekspansjonizmu. Najpierw przekonały się o tym Gruzja (2008) oraz Ukraina (2014). Zajścia te śledzono w Szwecji z dużą uwagą i niepokojem. Jeśli ktokolwiek jeszcze liczył na to, że są to problemy „odległych krajów, o których tak mało wiemy”, sam Kreml wyprowadził go z błędu. Od 2013 roku rosyjskie bombowce i łodzie podwodne, zupełnie niesprowokowane, wielokrotnie naruszały szwedzką przestrzeń powietrzną i morską. Kulminacją tych zaczepnych działań była „inwazja” Gotlandii, ćwiczona w toku poprzednich manewrów „Zapad”. Znamienne, że wyspę tę Szwecja jednostronnie zdemilitaryzowała w 1990 roku.

Nie powinno dziwić, że w tych okolicznościach głośno postawiono pytanie, czy państwo jest jeszcze w stanie odeprzeć obcą agresję. Ówczesny Naczelny Dowódca Szwedzkich Sił Zbrojnych, generał Sverker Göranson, nie pozostawił żadnych złudzeń, mówiąc: przy założeniu, że udało się zlokalizować konflikt, moglibyśmy się bronić siedem dni. Nawet największy sceptyk musiał przyznać, że przez starego pancerniaka przemawia coś więcej niż russofobi. Szok podziałał nie paraliżująco, ale ożywczo. Szwecja weszła w okres redressement (fr. naprawa, reforma). Mimo niesprzyjającej sytuacji politycznej (kierujący krajem socjaldemokraci tworzą mniejszościowy rząd) udało się zbudować ponadpartyjną koalicję na rzecz obronności. Podczas gdy rządzący przywracają powszechny pobór do wojska, podnoszą wydatki na zbrojenia w tempie 2.7 mld koron rocznie czy inwestują 100 mln euro we wzmocnienie infrastruktury obronnej Gotlandii, główne siły opozycyjne amortyzują polityczne skutki tych decyzji. Planowane są kolejne wydatki na czołgi, samoloty oraz jednostki nawodne. Warto odnotować, że z porozumienia wyłamała się jedynie skrajna prawica w postaci partii Szwedzcy Demokraci (Sverigedemokraterna, SD).

Jednocześnie rząd nie zaniedbuje rekrutacji do wojsk obrony terytorialnej, czyli Narodowych Siły Bezpieczeństwa (Hemvärnet – Nationella skyddsstyrkorna). Choć w Polsce w wielu kręgach przyjęto chłodno powołanie tego rodzaju formacji, Szwedzi zdają się lepiej rozumieć jej przeznaczenie. Hemvärnet ma pełnić role osłonowe, odciążając armię operacyjną. Silne powiązanie takich jednostek z bronionym terytorium również odgrywa swoją rolę. Jak wiadomo, „mapa nie jest terytorium”. Człowiek z prowincji Norrland, którego uczono walczyć pośród tamtejszych gór, lasów i rzek, a który w dodatku dobrze znosi tamtejszy klimat, będzie miał wynikającą stąd przewagę nad żołnierzem armii agresora, choćby nawet ten ostatni był ogólnie lepiej wyszkolony. W sposób właściwy dla Szwecji dba się też o zaangażowanie kobiet, m.in. poprzez wdrażanie gender w praktykę szkoleniową i operacyjną. Szef sztabu generalnego, kontradmirał Jan Thörnqvist, powiedział w jednym z wywiadów, że zagadnienia genderowe rozważać należy w tych samych kategoriach, co przesłanki geograficzne czy pogodowe; innymi słowy jest to kwestia dobrego planowania i pragmatyki, nie ideologii. Również kwestią pragmatyki, co wie dobrze Izrael, jest sięgać jak najgłębiej do rezerw ludzkich małego liczebnie narodu.

Szwecja traktuje perspektywę nowego konfliktu zbrojnego w Europie w sposób poważny. Rosja także. Jeśli nie przekonują nas rosyjskie pohukiwanie i prowokacje, być może uda nam się wyciągnąć wnioski z postępowania rozsądnego i pokojowego narodu „Starej Europy”.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *