AUTOR

Jarosław Górski

Urodzony w 1970 roku, absolwent filologii polskiej UW. Stara się pracować w zgodzie ze swoimi kwalifikacjami: uczy, pisze, redaguje, opowiada i wymyśla. Mieszka w Warszawie, a ostatnio także w pewnej mazowieckiej wsi.

W roku 2018 przypada setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, co z pewnością zostanie uczczone ogłoszeniem przez senat Roku Niepodległości. Z pewnością też, analogicznie do tegorocznego Roku Conrada, ubiegłorocznego Sienkiewicza, jeszcze wcześniejszego Żeromskiego itp., uczczony zostanie wybitny polski (lub z polski pochodzący) pisarz. Jaki? Ja proponowałbym nadanie przyszłemu rokowi zbiorowego patrona: polskiego grafomana. Dlaczego przyszłemu? Bo właśnie na początku 1818 roku zjechał do Warszawy Kajetan Jaksa-Marcinkowski.

Szturm salonu

W Warszawie roku 1818 liczył się tylko jeden literacki salon. W Pałacu Czapskich przy Krakowskim Przedmieściu (dziś mieści się tam Akademia Sztuk Pięknych) należącym do arystokraty generała Wincentego Krasińskiego, wcześniej oddanego dowódcy polskich gwardzistów Napoleona, teraz adiutanta i gorliwego zwolennika cara Aleksandra I, zbierało się towarzystwo najwybitniejszych – jak o sobie zwykli mawiać – polskich piór i głów, chętnie zapraszających także młodych aspirantów do roli wybitnych pisarzy, filozofów, publicystów. Brylowali tam między innymi: Julian Ursyn Niemcewicz, dramaturg, publicysta, historyk; Kajetan Koźmian, poeta i jeden z wyższych urzędników oświatowych Królestwa; Franciszek Dzierżykraj-Morawski, pułkownik, później generał wojsk Królestwa oraz poeta; Ludwik Osiński, poeta, tłumacz klasyków, dramaturg i dyrektor Teatru Narodowego.

Pewnego dnia na obiedzie pojawił się Kajetan Jaksa-Marcinkowski – przybysz z Wołynia, trochę po trzydziestce, odznaczający się wyraźnym brzuszkiem (widocznym pod opiętym, źle skrojonym frakiem nie pierwszej nowości) i zabawną fizjonomią. Starzy bywalcy natychmiast spostrzegli wielką chęć nowego do deklamowania swoich wierszy, zwłaszcza w obecności dam. Jaksa, inaczej niż inni debiutanci, nie miał w sobie żadnej nieśmiałości, wręcz natrętnie domagał się słuchania jego wierszy i improwizacji.

Skąd biedny jak mysz kościelna i niemający żadnych cenionych w towarzystwie zasług Marcinkowski wziął się w tak wysokich progach? Wcześniej, obok innych swoich urzędniczych i nauczycielskich zajęć, pełnił urząd inspektora szkolnego na Wołyniu. Było to przed rokiem 1812, kiedy polskie szkolnictwo pod zaborem rosyjskim cieszyło się jeszcze autonomią, co w guberniach ruskich Tadeusz Czacki, generalny wizytator, wykorzystał, do budowania niemal od podstaw systemu polskich szkół średnich. Jaksa dał się poznać samemu Czackiemu jako bardzo sprawny i rzutki urzędnik, zapewne też wszedł ze swoim przełożonym w przyjacielskie relacje. Czacki, wuj generała Krasińskiego, zmarł w roku 1813, ale kilkuletnia zawodowa podległość oraz prywatna znajomość z tak wybitnym oświeceniowym intelektualistą, bywanie u niego w domu oraz listy polecające od rodziny Czackich były wystarczającą rekomendacją, aby ośmielić wołyńskiego poetę do zameldowania się u gospodarza warszawskiego salonu. Jaksę zaczęto zapraszać na spotkania literatów odbywające się przy okazji obfitych śniadań i kolacji, co było dla niego tym cenniejsze, że nie posiadał chwilowo stałej posady.

Cóż o zabawnym przybyszu wiedziano? Tyle, że dotychczas, jak wspominał Franciszek Salezy Dmochowski, śmieszył znawców, a zajmował prostodusznych wierszami swoimi na Wołyniu. Przybył potem do Warszawy, chcąc w tym ognisku literatury zajaśnieć swoim talentem. Przywiózł z sobą list rekomendacyjny do generała hrabiego K[rasińskiego], nie wiedząc o tym, że w nim przywozi zarazem tę samą śmieszność, którą go obsypywano na Wołyniu. Czy Dmochowski, który, nota bene, nie był bezpośrednim świadkiem pojawienia się Jaksy w salonie Krasińskiego – miał wówczas niespełna 17 lat i zaczynał studia na Uniwersytecie Warszawskim – miał słuszność, pisząc, że Jaksa przywiózł ze sobą śmieszność, której zaznał już na Wołyniu? Wśród innych świadectw przeważają takie, według których przybysz pewny był swoich literackich i towarzyskich sukcesów, zakosztował ich bowiem na prowincji. Ale co wystarczało, by bawić damy z kresowych salonów, przedstawione śmietance warszawskich literatów o wszechstronnym filologicznym wykształceniu, szczycących się nienagannością stylu i naśladownictwem greckich wzorców, spotykających się, aby orzekać o stosowności lub niestosowności utworów i przyznawać lub odmawiać piszącym miana prawdziwego poety – stawało się zuchwalstwem.

Brylujący w towarzystwie Kajetan Koźmian, znany z pryncypialnej odprawy, jaką nieco później dał nieudolnym, według niego, Balladom i romansom Adama Mickiewicza, i do końca życia utyskujący na to, że Polacy wolą czytać tak słabych wierszokletów, jak Mickiewicz, Słowacki czy Goszczyński, nie krył nawet po latach swojego oburzenia. Oto przybysz znikąd, człowiek o zabawnej fizjonomii i z prowincjonalno-eleganckim czubem na głowie, wchodzi pomiędzy koryfeuszy, by bez najmniejszego zażenowania czytać w ich obecności swoje poezje, a nawet improwizować. Pisał więc: Nieszczęśliwa myśl zarozumiałego i biednego nieuka, puścić się do stolicy z uprzedzeniem, że w niej znaczenia, sławy, a nawet fortuny dostąpi!

Biada obrażonym!

Wśród bywalców obiadów fundowanych przez Krasińskiego nie brakowało wówczas zdolnej literackiej młodzieży. Niektórzy z nich, za co byli gromieni przez skupionych wokół Koźmiana zwolenników klasycystycznej poprawności, byli stałymi klientami księgarń Zawadzkiego i Glücksberga. Ci zaś sprowadzali książki zachodnich preromantyków i romantyków: Walter Scotta, Schillera, Shelleya, Byrona, a także polskie nowości Kazimierza Brodzińskiego. Generał Krasiński uwielbiał wysoką temperaturę odbywających się w jego domu dyskusji, chętnie więc zapraszał młodych, aby mieć pewność, że rozmowa o literaturze zamieni się w awanturę. Bywał więc u niego Antonii Edward Odyniec, bywał Seweryn Goszczyński. Gospodarz z wysokości swojego fotela pytał któregoś z nich o pogląd na sprawy literackie lub prosił o odczytanie wiersza, a po usłyszeniu odpowiedzi zapraszał Koźmiana, Osińskiego lub Morawskiego do wyjaśnienia młodemu gościowi, jak wielkim jest ignorantem i jak miernym poeciną, dowiedzenia mu, że nie ma prawa wypowiadać się o literaturze, dlatego choćby, że śmie pisać o wsi, nie naśladując Georgik Wergiliusza. Po chwili do koryfeusza dołączały chóry pomniejszych pieczeniarzy generała, z których każdy miał ambicję wykpić nieszczęsnego młodzieńca improwizowanym epigramatem.

Oczywiście żarty robiono sobie nie tylko z młodych romantyków, ale i z tych, którzy próbowali tworzyć według klasycznych kryteriów, a wśród nich próbował szczęścia i Kajetan Jaksa-Marcinkowski. Bohaterowie takich seansów kpin i szyderstw znosili je z pokorą. Nie było wtedy zwyczaju odcinania się przez aspirantów możnym i zasłużonym, a wyrzeczenie się uczestnictwa w salonie generała Krasińskiego było równoznaczne z upadkiem młodego literata w otchłań niebytu.

W tymże 1818 roku pułkownik Morawski wystąpił na jednym z obiadów z wierszem Nowy Parnas, w którym bezlitośnie zadrwił z literackiej młodzieży, a zwłaszcza z jej przywódcy, pochodzącego z Wielkiego Księstwa Litewskiego, bardzo zdolnego poety Antoniego Goreckiego:

Nie dziwisz mnie, młodzieży, takim rymów szałem;
Zawsze laur najtrudniejszy był twoim udziałem;
Stworzyłaś nowy dowcip, nową polską mowę,
Nowy gust, nowe rymy, nawet głoski nowe.
I by całkiem odróżnić nasz wiek dziewiętnasty,
Już nie w laury się stroisz, ale w bujne chwasty.
I któż to nad wszystkimi pierwszeństwo odnosi?
Ciebie to tym zwycięzcą Nowy Parnas głosi,
Śpiewaku lasów pińskich, smorgoński Pindarze!
Ty rozwalone Baki podniosłeś ołtarze
I gdzie nigdy nie dosiągł Koźmian i Ogiński,
Tam ciebie z chmarą wierszy wzniósł twój zapał piński.

A dalej następowała litania nazwisk młodych poetów – warszawskich bywalców salonów, acz z wyraźnym podkreśleniem ich prowincjonalnego pochodzenia – którzy gonią Goreckiego, aby zabrać mu miano „smorgońskiego Pindara”. Wśród nich nazwisko Jaksy: Pędzi z wołyńskich krain Marcinkowski dzielny.

Wiersz rozbawił setnie generała Krasińskiego, a jeszcze bardziej wspomnianych w nim z atencją Koźmiana i Osińskiego. Jako druk ulotny (sfinansowany przez Krasińskiego) zaczął krążyć wśród warszawskich mieszczan, do Pałacu Czackich niemających wstępu, ale zawsze ciekawych tego, co się dzieje w wysokich sferach, i zawsze chętnych do obśmiania szturmujących stolicę prowincjuszy. Mniej do śmiechu było wymienionym z nazwiska lub pod łatwymi do rozszyfrowania pseudonimami „podnosicielom ołtarzy Baki”. Ksiądz Baka, osiemnastowieczny autor niezliczonych dewocyjnych rymowanek, był w towarzystwie warszawskich klasycystów symbolem najgorszego literackiego gustu i niesmacznej potrzeby zamęczania publiczności płodami swojej wyobraźni. Nowy Parnas napisany został przez pułkownika Morawskiego i z inspiracji generała Krasińskiego – dwóch bardzo wysokich dowódców wojsk Królestwa Polskiego, którym nie można było odpłacić pięknym za nadobne. Nie mógł tego z pewnością zrobić Gorecki, który jako kapitan (zresztą z piękną frontową kartą podczas niedawnych wojen napoleońskich) winien był generałom cześć i posłuszeństwo.

Antoni Gorecki, autor z całą pewnością przewyższający kunsztem i wyobraźnią Morawskiego (Czyliż Morawski zazdrościł Goreckiemu, bo tenże śmiało mógł iść w nim w zawód i nawet go oryginalnością przewyższał? – pytał po latach Dmochowski), po towarzyskim i ulicznym sukcesie paszkwilu spalił swój gotowy już do druku tom wierszy i na ponad dziesięć lat przestał pisać. Przestał także już na zawsze bywać w Pałacu Czapskich wraz z podobnie urażonymi Gerardem Witowskim, Józefem Brykczyńskim, Ferdynandem Chotomskim (on także po wydarzeniu nie uprawiał już własnej poezji)… Wszyscy się obrazili, z wyjątkiem Jaksy. Choć i on miał do Morawskiego pretensję o przypisany mu epitet „dzielny”. Dlaczego „dzielny”? Przecież był Jaksa poetą, nie dzielność miała być jego atrybutem, ale natchnienie, lekkość pióra, kunszt, poczucie miary!

Ludzka osobliwość

Reakcja Jaksy, który zdawał się w ogóle nie rozumieć, że znalazł się w wierszu Morawskiego jako przykład lichego poety – widział się raczej w roli niezrozumianego – tak bardzo spodobała się bywalcom, że prosili go teraz coraz częściej o czytanie swoich wierszy i o improwizacje. Przybysz z Wołynia nigdy nie odmawiał, a towarzystwo miało okazję, aby bawić się udawanym zachwytem, które obiekt brał za autentyczne wyrazy uznania, i wymyślaniem złośliwości, na które w ogóle nie zwracał uwagi. Dla uciechy tych nowoczesnych Rzymian – pisał w literackim portrecie Konstantego Gaszyńskiego Lucjan Siemieński – lubiących facecjami zaprawiać poobiednie godziny trawienia, znachodziła się regularnie na każdym obiedzie komiczna figura parazyta i wierszoklety, Jaxy-Marcinkowskiego. Można o nim powiedzieć, że to była żywa parodia pseudo-klasycznej literatury; o ile koryfeusze powagi ubiegali się o poprawność, jasność, harmonię stylu i wierszów, o tyle on pisał liche wiersze i zawiązywał je tak łatwo rymami jak „kozom ogony”. Stąd pole do niewyczerpanych żartów i drwin, tym uporczywszych i zjadliwszych, że Jaxa nie grzeszył potulną skromnością, owszem odcinając się biorącym go na fundusz, często wyrzucał, że on sam więcej napisał już i wydrukował, niż oni wszyscy razem wzięci przez całe życie.
Jaksa zyskał stały wstęp na śniadania i obiady u Krasińskiego, który też na stałe udostępnił gościowi z Wołynia łóżko w klitce na poddaszu Pałacu Czapskich.

Goszczony był także chętnie w domach Morawskiego, Koźmiana, którzy, odwiedzając z kolei swoich znajomych z warszawskiej socjety, zabierali go ze sobą w charakterze żywej osobliwości. Zabawa zaczynała się, gdy po posiłku Jaksa zasiadał na fotelu, wyciągał z kieszeni wydrukowany (dzięki finansowej pomocy Krasińskiego, który wykupywał część nakładu, aby wręczać egzemplarze znajomym w charakterze curiosum) tom lub kartki rękopisu i zaczynał czytać z gestem i miną – jak to odbierali jego prześladowcy – niekrytego samouwielbienia. W takiej pozie uwiecznił go na jedynym zachowanym rysunkowym portrecie Jakub Sokołowski. Gdy w pokoju były panie, Jaksa czytał wiersze miłosne, zalotnie spoglądając słuchaczkom w oczy, gdy tylko panowie, recytował poważne moralizujące bajki i ody. Jeśli nie było młodzieży, czytał wyjątki z epopei komicznej Gorset, opowiadającej o próżnej hrabiance, która złożyła siebie w ofierze na ołtarzu bóstw próżności i urody, zbyt mocno ścisnąwszy się gorsetem.

Czy to, co Jaksa czytał, było w istocie tak fatalne? Z pewnością jego wczesne utwory nie były poezją wybitną. Jednak za wybitną poezję trudno przecież uznać nadęte poemaciska Koźmiana, żarty poetyckie Morawskiego czy wiersze Gustawa Olizara. Wiersze Jaksy są przegadane, przemądrzałe, naszpikowane nie wiadomo po co odwołaniami do greckich i rzymskich klasyków – ale tak się wtedy właśnie pisało. Osiemdziesiąt lat temu w swoim szkicu o Jaksie napisał Jan Stanisław Bystroń: Stwierdzić należy, że „Gorset” jest nawet dla dzisiejszego czytelnika wcale zabawny i da się z pewną przyjemnością przeczytać, mimo dość prymitywnej formy wierszowej. […] Nie jest to oczywiście wielka poezja, ale na poemat heroikomiczny w klasycznym stylu zupełnie wystarcza. Dziś jest to już ramota niemal nieczytalna, ale daję słowo, że wolałbym w piekle mieć za jedyną lekturę Gorset Marcinkowskiego niż arcydzieło Koźmiana Ziemiaństwo polskie.

Zabawy literatów

Bawiono się nie tylko publicznymi występami Jaksy, ale także jego dziwactwami prywatnymi. Krasiński pozwolił Jaksie mieszkać w pokoiku na poddaszu pałacu, dzielonym z jego sekretarzem Balińskim. Ten Baliński – wspominał z uznaniem Kajetan Koźmian – był chłopiec dowcipny; stając w jednej stancji z Marcinkowskim, poznał wszystkie jego śmieszności, podchwytywał je, uważał, donosił towarzystwu zbierającemu się u generała i wobec niego wyprowadzał Marcinkowskiego na przechwałki; zdradzał go w jego zwierzeniach, pismach, projektach, wyciągał na spory z sobą, a stąd na zabawne sceny, wśród których Marcinkowski swoją miłość własną narażał.

Po skandalu z Nowym Parnasem Morawskiego i wycofaniu się grupy młodych lecz uznanych już literatów, salon (który, choć bez Jaksy, jako Salon warszawski sportretował Mickiewicz w III części Dziadów) zaczęli szturmować na ich miejsce młodsi i mniej uznani. Zrobiła się wśród nich moda na udawane zachwyty nad geniuszem Jaksy, tym trwalsza, że generał Krasiński wciąż bardzo dobrze się tym bawił. Moda ta wkrótce znalazła swoją literacką realizację: posypały się niezliczone wiersze, wierszyki, fraszki, epigramaty mniej czy (rzadziej) bardziej udatnie parodiujące styl Jaksy, a także szyderczo opiewające jego poetycki kunszt. Zabawa ta spodobała się także koryfeuszom: i Koźmian, i Morawski uczynili przybysza z Wołynia motywem swojej twórczości. Dwudziestotrzyletni Gustaw Olizar, z urodzenia wołyński krajan bohatera, przedstawił entuzjastycznie w towarzystwie przyjęty poemat Jaxiada, którego istotnym motywem jest natchnienie dawane Jaksie przez ducha księdza Baki:

Niezrównanego męża dzielne śpiewam czyny,
Co zadziwił mieszkańców dzikiej Ukrainy,
Który gwałtem chcąc Lechów oświecić umysły,
Lotem orła znad Dniepru przeniósł się do Wisły.
Muzo! Ba, i wy wszystkie Parnasu dziewice,
Wieszczym natchnijcie duchem słabą mózgownicę,
Niech dla Jaxy wiersz gładki jak z procy wyleci,
Wszak on pierwszy z ubocznych Apollina dzieci
.

Po latach, w pamiętnikach, Olizar wspominał swój literacki i towarzyski sukces z widocznym zażenowaniem, wyraźnie dystansował się od dobrej zabawy, którą sprawił bywalcom. Przyznaje wprost – i z wyraźnym czynionym sobie wyrzutem – że zyskał sobie łaski „koterii literackiej” i stały wstęp na salony najpierw poematem Podróż na Parnas, w którym obśmiewał wiersze Marcinkowskiego (za to pozostałym gościom Krasińskiego jawnie i po nazwisku się podlizywał), a potem Jaxiadą. Z dużą za to życzliwością wyrażał się o Marcinkowskim, który na pociechę naszego towarzystwa ze swoimi rękopisami z Ukrainy do Warszawy przybył. Był on poniekąd pieczeniarzem Krasińskiego, nie z potrzeby, nie z płaskości, bo to był zacny człowiek, ale z nałogu próżnowania przy wygodach wielkiego domu. Na nim też się młode dowcipki zaprawiali, a i weterani Parnasu wesołość swoją ochoczą spędzali.

Tu może warto dodać, że wspominający po latach Jaksę bywalcy salonu Krasińskiego – wśród nich syn Kajetana Koźmiana, Andrzej Edward – jednogłośnie twierdzili, że oprócz nieokiełznanej potrzeby natrętnego prezentowania swojej twórczości właściwie nie miał on innych wad, a wręcz był jednym z niewielu prawdziwie zacnych ludzi z otoczenia Krasińskiego. W środowisku, w którym aż huczało od intryg, plotek, donosów, był ewenementem. Sam Kajetan Koźmian, któremu nawet po trzech dziesięcioleciach brakowało słów potępienia dla zuchwałości Jaksy, mającego czelność czytać swoje wierszydła w jego obecności, wspominał, że wyjednując mu posadę płockiego wizytatora szkolnego, przekonywał decydentów, że kandydat jest organicznie niezdolny do donosów i intryg, a przy okazji pracowity i sumienny. Żyjący niemal wyłącznie dzięki proszonym śniadaniom i obiadom (a kiedy już mu jeść dano, jadł, ile tylko zmieścił) Jaksa rzadko miewał grosz zarobiony na korepetycjach lub ze sprzedaży autografowanych egzemplarzy swoich książek, ale kiedy miał, potrafił się dzielić. Zatrudnił między innymi do przepisywania swoich wierszy do druku (choć równie dobrze mógł sam przepisać) przymierającego głodem Seweryna Goszczyńskiego, gdy ten został przez areopag z Pałacu Czapskich skazany na niebyt. Na Jaksę każdy mógł liczyć, każdy mógł prosić go o pomoc, o wsparcie, choć nie o protekcję, bo do tej Jaksa był niezdolny, podobnie jak do donosu.

Ale zacność nieszczęsnego poety nie zniechęcała dowcipnisiów, wśród których rej zaczął wodzić generał Dzierżykraj-Morawski. Obmyślane przez niego kpiny z Jaksy z reguły angażowały wielu uczestników i niemałe środki, często miały podobny schemat, a więc polegały na jednoczesnym fałszywym hołdzie dla poety i poniżeniu go. Kiedy Morawski wyjechał na ponad rok do Lublina, gdzie był dowódcą brygady, zabrał ze sobą Jaksę, oferując mu utrzymanie oraz pomoc w odnoszeniu artystycznych sukcesów na prowincji. Tam zapowiadał się z ludzką osobliwością w znamienitych domach, uprzedzając uczestników wydarzenia, że będą mieli do czynienia z zakochanym w sobie literackim nieudacznikiem. Czekały więc już od progu na rozanielonego Jaksę hołdy i zachwyty, publiczność domagała się wierszy i improwizacji, przyjmując wszystkie wiwatami. W odpowiednim momencie nakładano na skronie poety wieniec z róż, jednak szczególnie kolczastych, pomiędzy które wpleciono jeszcze pokrzywy. Skądinąd wiemy, że w domach, do których nie zdążyła jeszcze dotrzeć reklama generała Morawskiego, recytacje Jaksy podobały się publiczności (choć bez entuzjazmów), zwłaszcza damom. Jednak wykształcona publiczność literacka tamtych czasów nie odbiegała tak bardzo od dzisiejszej: podobnie jak pragnęła zachwycać się tym, czym zachwycają się arbitrzy elegancji i smaku, tak i chciała być do nich podobna w swoich szyderstwach.

Zdarzyło się i tak, że Morawski skłonił Jaksę do napisania komedii, którą polecił potem zagrać zespołowi miejskiego teatru w Lublinie. Dużą część publiczności stanowili oficerowie pozostającej pod jego komendą brygady, którzy w najmniej odpowiednich momentach wznosili entuzjastyczne okrzyki i domagali się wyjścia autora na scenę. Kiedy Jaksa wychodził, milkli, a wtedy reszta publiczności, której przerwano przedstawienie, gwizdała, wyła i tupała. Innym razem, podczas salonowego spotkania, w obecności Jaksy młody poeta przedstawiał się jako wielbiciel talentu przybysza z Wołynia i czytał jego wiersz Pobyt w Lublinie. Jednak zakończenie – będące retoryczną prośbą do lublinian o dobrą pamięć po pobycie poety – zmieniono na prześmiewcze:

Nadszedł moment rozstania, smutne pożegnanie!
Może zawiść te wiersze położy pod plackiem!
Lecz pomni, żem was sławił pod niebem sarmackiem,
Proście mnie na obiady za te cztery kartki
W niedziele, poniedziałki, wtorki, środy, czwartki.
A w piątki i soboty, obywszy się kaszą,
Do zgonu pościć będę na intencję waszą.

Łyżka rosołu

W ogóle bardzo częstym motywem dowcipów mecenasów Jaksy – Krasińskiego i Morawskiego, a także ich akolitów, było uzależnienie obiektu od ich materialnej pomocy, właśnie owo pieczeniarstwo, pozwalanie na robienie z siebie pośmiewiska za obiady i dach nad głową. Jednak, jak to bywa chyba z reguły, możni dowcipnisie byli szczególnie wrażliwi na podobne facecje kierowane w swoją stronę. Wspominał Franciszek Salezy Dmochowski, że pewnego razu po seansie dobrej zabawy z Jaksy pozwolił sobie na zaimprowizowanie epigramatu:

Przeto, żem rolę głupca grał u twego stołu,
Zbyt drogom ci zapłacił za łyżkę rosołu.

Na te słowa Morawski i Krasiński zapłonęli i zamilkli, po czym zaczęto mówić o czym innym, a po obiedzie Osiński wziąwszy mnie na stronę, rzekł:
– Jakże niepotrzebnie wyrwałeś się z tym konceptem! Krasiński się obraził, a Morawski wiesz, że cię od dawna nie lubi.

Jaksa nieodmiennie przyjmował udawane hołdy tak, jakby były prawdziwe, jakby nie miał zdolności odczytywania ironii, a tym bardziej dłuższego niż dzień pamiętania uczynionych mu krzywd. Jednak nie był wcale impregnowany na obrazę, ból czy poniżenie. Gustaw Olizar wspominał jedną z zabaw, które kosztem przybysza z Ukrainy sprawiło sobie towarzystwo pod wodzą Krasińskiego: Żarty i pogadanki literackie zaczynały się zwykle od śniadania. Na jednym z nich podano kotlety en papillotes, zawijane, jak wiadomo, w papierze; ale tym papierem były kartki drukowane jakiegoś poematu Jaksy. Sam amfitrion [gospodarz – JG] przy rozwijaniu pierwszego kotleta obruszył się jakoby na brak literackiego smaku swego kucharza, śmiejącego wierszami Jaksy kotlety zawijać… Dalej śmiech i przekąsy; a Marcinkowski, powstawszy z miejsca, godnie, bo spokojnie, wyrzekł te słowa: „Panie generale! Złe wiersze pisać, może być wadą rozumu, ale nieszkodliwą, bo nawet jak widzę, wesołość wywołują. Lecz we własnym domu upokarzać zaproszonego gościa, jest wadą serca… Tym szkodliwszą, że nas odziera z uznanej staropolskiej cnoty gościnności”. Po czym wyszedł. Próżne były wybiegania za nim po schodach i ekskuzy Krasińskiego; Jaksa dowiódł, że jest szlachcicem i nie wrócił. Gospodarzowi wielki wstyd, a nam wszystkim żal i upokorzenie.

Gniew Jaksy, a także wstyd gospodarza oraz żal i upokorzenie jego gości nie trwały długo i znów można było się jego kosztem dobrze bawić. Dowcip z kotletami i tak należy uznać za jeden z bardziej wyrafinowanych, bo na co dzień dominowały takie, jak oblanie Jaksy, który zasnął przy pisaniu wierszy, kubłami lodowatej wody i zarykiwanie się nad jego lamentami po zniszczonych w ten sposób rękopisach.

Wiatr w salonie

Warszawska kariera Jaksy trwała nieprzerwanie niemal 10 lat. Jeszcze w 1827 roku osiemnastoletni Konstanty Gaszyński zapragnął powtórzyć sukces Olizara i zaprezentował sążnisty poemat „Jaxiada”, dzięki któremu zyskał bilet na obiady w Pałacu Czapskich, wstęp do redakcji warszawskich pism i osobistą sympatię generała Krasińskiego. Ale w roku 1828 salon arystokraty rozsypał się jak domek z kart. Sąd sejmowy rozpatrywał sprawę członków zdekonspirowanego Towarzystwa Patriotycznego, oskarżonych o zdradę stanu, a więc zagrożonych nawet karą śmierci. Posłowie-sędziowie wydali wyrok salomonowy, uwalniając oskarżonych od najsroższego zarzutu, a skazując ich na niedługie więzienie tylko za przynależność do tajnej organizacji. Krasiński wiedział, że sam cesarz interesuje się sprawą, złożył więc głośne votum separatum. Warszawa zaś wiedziała, że generał ostrzy sobie zęby na stanowisko namiestnika. Król życia i ulubieniec publiczności z dnia na dzień został objęty towarzyskim bojkotem, a po jego gwarnym wcześniej salonie zaczął hulać wiatr. Zostali tylko najwierniejsi: Koźmian, Osiński, Gaszyński… I Jaksa.

Ale w nowej sytuacji, kiedy salonowcom nie było już do śmiechu, wołyński poeta, jak wcześniej bawił, tak teraz nudził. Hrabia generał wymówił mu kwaterę i obiady, a Koźmian z Osińskim, aby uratować pogardzanego wierszokletę od śmierci głodowej, wynaleźli mu posadę inspektora szkół w Płocku. Cokolwiek Koźmian sądził o owej posadzie, nie była to wyłącznie synekura. Jaksa legitymował się kwalifikacjami do stanowiska. Miał przecież za sobą doświadczenia wołyńskie, a sprawą edukacji interesował się żywo. Oprócz niewysokiej jakości twórczości poetyckiej napisał też i wydał rozprawę Rzut oka na stan tegoczesny oświecenia w Polscze i sposoby dalszego rozwinięcia instrukcyi krajowey, zaskakująco kompetentną, świadczącą o bardzo dobrej znajomości systemów szkolnictwa w Europie, o umiejętności ich porównania i krytycznej oceny, o znakomitym rozeznaniu w problemach edukacji na ziemiach polskich i umiejętności zaproponowania sensownych reform.

Ale dla poety, który zaznał stołecznych triumfów – prawdziwych czy wydumanych – wyjazd do Płocka był zesłaniem, a zakaz pisania (którego nie przestrzegał), czy też tylko publicznego prezentowania swojej twórczości – życiową klęską. Jaksa na prowincji marniał dosłownie w oczach, a w tym czasie w Warszawie przerzedzeni akolici Krasińskiego jeszcze od czasu do czasu zabawiali się choćby wspomnieniem przybysza z Wołynia. Dzierżykraj-Morawski napisał odę, którą uważał chyba za świetną, bo jeszcze po dziesięcioleciach włączał ją do wydawanych własnym sumptem wyborów swoich poezji:

Do milczącego Jaxy


Sowo Minerwy, perło Apolla,
Szczytna topoli w poetów klombie,
Ty coś tak piękne grywał nam sola
Na Feba Trąbie.

Sławny pijaku krynic parnaskich,
Coś Bielawskiego, coś Jacka przepił,
Któż ci na wieczny smutek Morawskich
Gębę zalepił?

Był czas, gdy jeden Bóg nas prowadził,
I przyjacielskie godził nam lutnie,
A każdy z nas się na koncept sadził,
Kto lepiej utnie.

Wtenczas to jakby Etna wzburzona,
Wiersześ nam miotał, wierszem grzmiał, ryczał.
Dziarski twój pegaz zadarł ogona,
Wierzgał i kwiczał.

Każden ci wprawdzie łatki przypinał,
Lecz i tyś dowiódł, że umiesz kąsać:
Poznał świat wówczas, co za kryminał
Jaxą potrząsać.

I skądże po tej bójce tak grackiej
Milczysz na wieczne dni mych zatrucie.
Zapiej! Ach zapiej – grzędy sarmackiej
Sławny kogucie!

Kiedy tuż przed, lub tuż po wybuchu powstania listopadowego, Jaksa wrócił do Warszawy, był już cieniem człowieka. Zapewne po udarze mózgu – świadkowie wspominają o jego bełkotliwej mowie i ogromnej trudności w dobieraniu słów, a także z wyraźnymi symptomami rozszczepienia osobowości. Pierwsze kroki skierował ku domom Krasińskiego i Morawskiego – przygotowawszy pozbawione sensu i deklamowane bełkotem ody na ich cześć. Ale u nich już ani dachu nad głową i łyżki rosołu, ani audytorium nie znalazł. Znalazł za to w szpitalu dla obłąkanych prowadzonym przez Panny Miłosierne, lecz długo już tam nie zabawił. Zmarł najprawdopodobniej tuż po klęsce powstania. Kajetan Koźmian, wybitny moralista swojego czasu i miejsca, a jednocześnie świadek i uczestnik warszawskiej epopei Jaksy, widział po latach w jego losie głęboki etyczny sens: Nieszczęśliwa myśl zarozumiałego i biednego nieuka, puścić się do stolicy z uprzedzeniem, że się w niej znaczenia, sławy a nawet fortuny dostąpi! Gdyby był przyjechał bez pism, bez dumy, bez natręctwa, które tak bliskie jest podłości, gdyby się chciał był uczyć, douczyć i milczeć, byłby nawet poważany i lubiony, ale przez próżność wpadł we wszystkie rodzaje śmieszności, które są jej karą, a przynajmniej ją wywołują.

Grafomani i grafomanki

Figury grafomanów (czyli po prostu pisarzy piszących źle, dużo i nastręczających się ze swoją produkcją publiczności – sam termin „grafoman” wchodzi w naszym kraju w użycie dopiero z początkiem XX w.) w dziejach polskiej kultury literackiej pojawiają się często tam, gdzie istnieją zintegrowane i zhierarchizowane środowiska. Bywalcy obiadów czwartkowych u Króla Stasia mają swojego, wspominanego zresztą w wymierzonych w Goreckiego i Jaksę wierszach generała Morawskiego, Józefa Bielawskiego. Ów twórca komedii, pierwszy dyrektor Teatru Narodowego, a także niezmordowany producent okolicznościowych ód, został w obecności króla złośliwie sparodiowany przez księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego, a że – inaczej niż Jaksa – zareagował na to nie równie złośliwym epigramatem, ale wybuchem wściekłości, odtąd stał się bohaterem „bielawsciady” – zalewu mniejszych i większych utworów jawnie bądź ukrycie wyszydzających jego twórczość i charakter. Pisali te utwory, ku wielkiemu zadowoleniu króla, Kajetan Węgierski, Stanisław Trembecki, Benedykt Hulewicz, Franciszek Ksawery Dmochowski (ojciec Franciszka Salezego) i niezliczeni pomniejsi. Kiedy Rzeczpospolita upadła, a wraz z nią królewski dwór i mecenat, nazwisko Bielawskiego było już synonimem złego poety, a jego nosiciel próżno wystawał ze swoją twórczością (wcale nie gorszą niż tworzona przez jego gnębicieli, badacze do dziś np. przypisują Trembeckiemu utwory Bielawskiego i na odwrót) w antykamerach magnackich pałaców i przedsionkach redakcji. Właściciel patentu grafomana zmarł w nędzy w 1809 roku.

Wyśmiewano się z Jacka Przybylskiego (występuje w wierszu Do milczącego Jaxy) wielkiego erudyty o plebejskim pochodzeniu, znawcy języków starożytnych, tłumacza Homera, Hezjoda, Wergiliusza i Owidiusza, oraz – na swoje nieszczęście – nieudanego reformatora polszczyzny. W latach 60. i 70. XIX wieku warszawscy inteligenci zabawiali się ironicznym uczęszczaniem na deklamacje Sotera Rozbickiego, który skoro został uznany grafomanem i odcięty od redakcji, prezentował swoje utwory we własnej kawiarni. Przybyszewszczycy bawili się szyderstwami z twórczości Lucjana Rydla i Jana Lemańskiego. Julian Tuwim zapoczątkował wśród przybocznych skamandrytów modę na wyszukiwanie grafomańskiej literatury z przeszłości, a w środowiskach literackich i wśród wybrednej publiczności w dobrym tonie było ponarzekać na grafomanów – wymienionych czy niewymienionych z nazwiska – naprzykrzających się redakcjom ze swoją produkcją. Dowcipkowanie zyskuje dodatkowy smaczek, bo jest to właśnie czas względnej emancypacji, kiedy do rzesz grafomanów męskich dołączają grafomanki. Tadeusz Wittlin, redaktor „Cyrulika Warszawskiego” i fraszkopisarz z dumą wspominał jeszcze w latach 80. jeden ze swoich najwybitniejszych utworów oraz okoliczności jego zaprezentowania publiczności Instytutu Propagandy Sztuki:

Sala jest wyprzedana. Zajmując nasze miejsca na estradzie, dostrzegamy twarze intelektualnych małżeństw znajomych z kawiarń, teatrów, teatrzyków, wernisaży i dancingów. Tym stałym bywalcom doskonałych kabaretów politycznych Qui Pro Quo i Morskie Oko niełatwo dogodzić ani zaimponować lub skłonić ich do śmiechu. Zdjęty tremą Wittlin wychodzi przed tak wybredną publiczność i czyta swoją fraszkę zatytułowaną Podstęp redaktora:

Przyszła do mnie grafomanka
Z tomem groźnych wierszy.
Rzekłem: „Tam jest otomanka,
Rozbierz-że się, grafomanka”.
Gdy skończyła się sielanka,
Odsapnąłem pierwszy,
Rzekłem: „Odejdź, grafomanka,
Nie drukuję wierszy”.

Przyjęty zostaję nadspodziewanie dobrze. Publiczność zanosi się od śmiechu i wali brawo.

Głośne szyderstwa z grafomanów zapraszanych do kawiarnianych stolików były w zwyczaju wśród akolitów Hłaski, wśród akolitów Grochowiaka, a Roman Śliwonik szczycił się laniem grafomanów – zwłaszcza tych mizernej postury i pokojowego usposobienia – po mordzie.

Grafoman, szturmujący ze swoją żałosną i obfitą produkcją literacki Parnas mężnie broniony przez pisarskich koryfeuszy i uznanych przez nich za zdolnych aspirantów, jest to postać pełniąca w polskiej kulturze literackiej i inteligenckiej bardzo istotną funkcję, która zasługuje i na dogłębne zbadanie, i na odpowiednie uczczenie. Może właśnie rok 2018 ogłoszony rokiem grafomana byłby stosownym uczczeniem i upamiętnieniem tej doniosłej roli? A jeśli nie, to może ulica Grafomanów, mała tablica pamiątkowa na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie albo choćby światełko zapalone podczas literackich zaduszek?

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Magazyn Literacki Książki” nr 7/2017.

Ilustracje: Wacław Andrzej Marat

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *