AUTOR

Piotr Paziński

Pisarz, filozof, tłumacz, naczelny redaktor „Midrasza”, badacz związany z Uniwersytetem Muri im. Franza Kafki. Przez kilka lat zajmował się „Ulissesem” Jamesa Joyce’a (książka „Labirynt i drzewo”, 2005, oraz przewodnik „Dublin z Ulissesem”, 2008), następnie ogłosił dwa tomy własnej prozy: „Pensjonat” (2009) i „Ptasie ulice” (2013). Pisze, tłumaczy, zajmuje się filozofią judaizmu i tematem żydowskim w literaturze. Bywa także wykładowcą, fotografem oraz redaktorem i składaczem książek własnych i cudzych. W 2015 roku opublikował zbiór esejów pt. „Rzeczywistość poprzecierana”. Przekładał m.in. „Księgę liter” Lawrence’a Kushnera, eseje Davida Roskiesa, eseje Amosa Oza i Fani Oz-Salzberger „Żydzi i słowa”, a ostatnio – opowiadania Szmuela Josefa Agnona.

Kiedy mowa o „skażonym krajobrazie”, pierwsze skojarzenie wiedzie ku katastrofie atomowej, względnie ku innym sytuacjom, gdy działania człowieka doprowadziły do klęski ekologicznej, uniemożliwiając życie na danym obszarze albo odmieniając je na długie lata. Skażony krajobraz to charakterystyczna dla rozmaitych dystopii postindustrialna pustka, lub odwrotnie, nienaturalnie wybujała przyroda popromiennej zony, pejzaż zdewastowany w wyniku działań wojennych czy rabunkowej gospodarki. Antropologia kultury, czy szerzej: współczesne nauki humanistyczne, podsuwają jeszcze jedno pole skojarzeń: rzeczywistość społeczną naznaczoną ludobójstwem.

Na fizyczne ślady ludobójstwa, wszechobecne w Europie Środkowej i Wschodniej, wskazywał Martin Pollack w eseju zatytułowanym Skażone krajobrazy. Oto pozostałości infrastruktury śmierci (obozowych baraków, ramp, bocznic kolejowych, ogrodzeń, strażnic, puste miejsca po takiej infrastrukturze, która uległa likwidacji), a przede wszystkim masowe groby – miejsca wojennych egzekucji, których liczbę na samym tylko obszarze objętym działaniami hitlerowskiej machiny zagłady szacuje się na 5 do 10 tysięcy. Śladom fizycznym towarzyszą przeważnie ślady mentalne – niekiedy wielce niejednoznaczne, a przez to jeszcze trudniejsze do wykrycia – pamięć świadków albo niechęć do pamiętania, lęk, wyparcie, rozmaite próby oswojenia traumy, okrywanie przeszłości szczelną zmową milczenia, albo przeciwnie, jej zagadanie. Te z kolei przekładają się na ślady w kulturze, utrwalają się w niej, tworząc skomplikowaną siatkę znaczeń i kodów, niekiedy czytelną dla każdego, niekiedy tylko dla antropologa.

Już na przykładzie tej jednej formułki dostrzec można kilka przesunięć. Po pierwsze, skażenie przestaje być synonimem klęski ekologicznej. Po drugie, zaczyna być utożsamiane z ludobójstwem, jakie wydarzyło się na danym obszarze. Po trzecie, dotyczy w większym stopniu przestrzeni społecznej i kulturalnej niż krajobrazu fizycznego. Po czwarte, ma niejednokrotnie charakter śladowy – i nie idzie tu o stopień intensywności, bo ta może być bardzo różna, ile o wtórność wobec pierwotnego wydarzenia, czyli ludobójstwa.
To powiedziawszy, przejdźmy do książki, antologii Ślady Holokaustu w imaginarium kultury polskiej. Na trop rozważań naprowadza okładkowa fotografia autorstwa Elżbiety Janickiej z cyklu Miejsca nieparzyste, przedstawiająca puste niebo nad terenem zlikwidowanego przez Niemców obozu Treblinka II. Pełni dwojaką funkcję: wskazuje na dojmującą pustkę po Zagładzie i na nieobecność polskich Żydów, których popioły całkiem dosłownie wrosły w polski krajobraz; jest ekranem projekcji, pozwala odczytać na białym tle to, co pozornie nie istnieje: wszechobecność żydowskiej nieobecności.

Okładka oraz nieporęczny tytuł skrywają osiemnaście tekstów autorstwa badaczek i badaczy związanych z Instytutem Kultury Polskiej UW, którzy postanowili prześledzić przestrzeń semiotyczną współczesnej kultury polskiej (a szerzej: rzeczywistość społeczną dzisiejszej Polski) pod kątem wrażliwości i niewrażliwości na fenomen zagłady Żydów oraz nakreślić mapę artefaktów kultury, śladów i powidoków w taki czy inny sposób z Zagładą związanych i z Zagłady wynikających, a zatem skażonych Holokaustem. Autorzy czynią to w przekonaniu, że katastrofa, jaka spotkała polskich Żydów, na trwałe zmieniła polityczny, społeczny i kulturowy krajobraz Polski, co więcej: jest wciąż „wszechobecna”, daje się wykryć nie tylko w kulturze „wysokiej”, ale w życiu codziennym – w banalnych skojarzeniach, grudach języka, antysemickich stereotypach, nieuświadomionych lękach, czy rozmaitych strategiach neutralizacji – i jest w miarę powszechnie czytelna.

Powiedzenie „w miarę powszechnie” może narazić autorów na zarzut bezzasadnej uniwersalizacji, abstrahowanie od historycznego, geograficznego (centrum vs. prowincja; Kongresówka vs. Ziemie Odzyskane itd.), czy klasowego kontekstu. Rzeczywiście, Ślad Holokaustu prezentuje obraz z konieczności uśredniony, choć w książce znalazły się analizy zjawisk tak odmiennych, jak elitarna działalność artystów zmagających się z tematem Zagłady albo interesownie powielających holokaustowe klisze, oraz zadziwiająco demokratyczne wyrażenie „do gazu”, rozpowszechnione na prawach „upiornego kalamburu” (określenie Kornelii Sobczak) jak Polska długa i szeroka i czytelnie niezależnie od przynależności klasowej. Jeżeli faktycznie istnieje uśredniony, za sprawą mediów i popkultury, zespół znaków i wyobrażeń Polaków o Zagładzie, składający się na tytułowe imaginarium, to jest on – jak przyznaje we wstępie Justyna Kowalska-Leder – „w wielu miejscach amorficzny i niespójny”, używany „z różnymi intencjami”, niemniej „powszechnie zrozumiały” jako istotny kod kultury. Nie uchyla to jednak, jak sądzę, potrzeby prowadzenia w przyszłości badań uwzględniających regionalne i społeczne różnice. Twórcy antologii mimochodem taką potrzebę zasygnalizowali, mówiąc o różnicach między centrum a prowincją w kontekście percepcji Zagłady i dyskusji o niej („mur”, „stodoła”).

Wszechobecności śladów Zagłady – autorki i autorzy antologii czujnie to wychwycili – nie można zrozumieć bez podejmowania refleksji nad jej przeciwieństwem, jakim jest fizyczna, społeczna i kulturowa nieobecność Żydów w Polsce. Na stronicach Śladów Holokaustu problem ten powraca często i w wielu wariantach, syntetycznie daje się ująć następująco: mamy do czynienia z napięciem między pustką po Żydach a nadmiarem przedstawień, znaków, śladów wskazujących na ich zagładę. Śladów, dopowiedzmy, dostrzeganych, a częściej nie dostrzeganych czy ignorowanych, tak jak często ignorowana jest wszechobecność żydowskiej nieobecności, chociaż jej społeczne skutki (sprecyzujmy: w centralnej, wschodniej i południowo-wschodniej Polsce) widoczne są jak na dłoni. Na ów paradoks najmocniej zwraca uwagę Joanna Krakowska w haśle „cmentarz”, analizując wizerunki opuszczonych, umarłych kirkutów, które w polskim pejzażu i wyobraźni stały się metonimią Zagłady. Żydowska nieobecność jest półprzeźroczysta: staje się elementem krajobrazu tak oczywistym, że niezauważalnym, co nie znaczy: neutralnym i przepracowanym. Nieobecność jest i jej nie ma, tak jak istnieje i nie istnieje w świadomości społecznej jej przyczyna – totalna eksterminacja.
Świadomość ta zmienia się zresztą w czasie. Jeżeli dla starszego pokolenia Polaków nieobecność Żydów była zjawiskiem namacalnym, wśród najmłodszych, urodzonych i wzrastających sześć-siedem dekad od zakończenia akcji Reinhard, jest to co najwyżej mglista wiedza o kimś, kto istniał tuż obok, o ile nie brak takiej wiedzy (jakże częste głosy: „nie miałem pojęcia, że w mojej miejscowości mieszkało przed wojną tylu Żydów”). Zarazem owa ignorancja dotycząca żydowskiego życia przed wojną i żydowskiej śmierci podczas wojny współistnieje z czytelnością zagładowych kodów („gaz”, „komin”) i innych holokaustowych toposów, które przeżyły swoje ofiary o siedem dziesięcioleci, a ostatnio znalazły nowe zastosowanie w antyuchodźczej histerii. Pokłosiem wciąż żywej polskiej niechęci do obcych, zwłaszcza Żydów, jest żydowski strach, głęboko zakorzeniony zwłaszcza w pokoleniu ocaleńców („chleb”, „papiery”, „szafa”), niekiedy tym mocniejszy, im więcej lat upłynęło od katastrofy, nasilający się wskutek wzrostu popularności narodowej prawicy.

Paradoksalnym symptomem nieprzepracowanej nieobecności Żydów jest też polski lęk (jak się wydaje, wciąż powszechny, zwłaszcza na „ścianie wschodniej”) przed ich masowym powrotem i restytucją mienia. Tego problemu autorzy antologii akurat nie dotknęli. W ogóle zjawisko „pożydowskiego recyklingu”, chętnie dziś opisywane, potraktowano w Śladach Holokaustu nazbyt skrótowo (hasło „pierzyna” Pawła Dobrosielskiego; wzmianka o Macewach codziennego użytku Łukasza Baksika w tekście Joanny Krakowskiej). Owszem, sporo jest o okupacyjnym rabunku, zbyt mało o powojennej wszechobecności „pożydowskiego” jako znaku dokonanej zagłady.

Jako źródło inspiracji autorzy podają zwłaszcza dwie prace. Artykuł Sławomira Buryły pt. Topika Holokaustu. Wstępne rozpoznanie (2012) oraz słownik Nachmana Blumentala Słowa niewinne (1947). Gdy idzie o Buryłę, zaproponował on roboczą wersję indeksu słów i pojęć kojarzonych powszechnie z zagładą Żydów i okupacją hitlerowską, a odnoszących się do trzech sfer okupacyjnego życia i śmierci: obozu, getta i strony aryjskiej. Autorzy podążają tym tropem, by zaraz zmienić strategię badawczą. Podczas gdy Buryła, historyk literatury i badacz polskiego piśmiennictwa zagładowego, haseł do leksykonu poszukiwał przede wszystkim w beletrystyce, pamiętnikach i dokumentach, a więc w źródłach pisanych, antologistom z IKP bliższe jest śledzenie życia „na gorąco” – w wielości jego współczesnych przejawów. Skądinąd, nie są tu konsekwentni. Niektóre hasła, zwłaszcza odnoszące się do obozu i getta, jak „obóz”, „mur” czy „papiery”, mogłyby znaleźć się w słowniku Buryły; inne, współczesne albo przemieszczone w czasie, „śladowe” – odpowiadają postulatowi prof. Jacka Leociaka, by czytać kulturę, niczym materiał, od lewej strony i sprawdzać, w którym miejscu ujawni się struktura odnosząca się do Zagłady.

Przywołanie na poły legendarnej, na poły zapomnianej antologii Blumentala (która wciąż czeka na całościową edycję, która uwzględniałaby drugi tom, pozostawiony tylko w rękopisie) jest nieco mylące. Blumental tropił i zapisywał przede wszystkim żargon obozowy, słownik strażników i więźniów, a także niemieckie eufemizmy, których hitlerowcy używali dla zamaskowania kolejnych etapów „ostatecznego rozwiązania” – zjawisko nazwane przez Paula Celana „śmiercionośną mową”. Niektóre hasła, zwłaszcza te traktujące o rzeczywistości obozowej („obóz”, „brama”, „gaz”, „komin”, „wagon”), faktycznie zbliżają się do modelu zaproponowanego ongiś przez Blumentala, inne od niego wyraźnie odstają. A to dlatego, że autorzy, czytając kulturę, musieli badać język – medium zarazem konserwatywne i płynące do przodu. Tworząc leksykon siedemdziesiąt lat po Blumentalu, musieli wziąć pod uwagę dwa zjawiska. Po pierwsze, że polszczyzna wciąż przechowuje słownictwo okupacyjne – niezmienione i nadal zrozumiałe dla wielu użytkowników języka. Po drugie, że wytwarza pojęcia nowe, bazując na słowach niegdyś neutralnych, a teraz wtórnie skażonych Zagładą, przy czym termin „wtórnie” denotuje proces rozciągnięty w czasie („wagon” utracił niewinność już podczas wojny; „stodoła” w roli metonimii Holokaustu weszła do języka potocznego kilkanaście lat temu, wraz z książką Sąsiedzi Jana Tomasza Grossa i towarzyszącą jej publiczną debatą).

Z wielorakości znaczeń i „skażeń” wynika z kolei rozmaitość sposobów dekodowania zjawisk kultury. Czym innym będą pojęcia stricte okupacyjne i umieszczone w okupacyjnym kontekście (jak „getto” czy „strona aryjska”), czym innym te same pojęcia przeniesione w czasie, zatrute, albo wywołujące zagładowe skojarzenia (jak „transport” czy „selekcja”), czym jeszcze innym „traumatyczne powidoki” (określenie Izabeli Kowalczyk), którym bliżej do kategorii „śladu śladu”, odległego, niepokojącego echa katastrofy. Gdy idzie o kategorię pierwszą, autorki haseł „obozowych” zaproponowały technikę mieszaną, interpretując świadectwa więźniów, a więc dokumenty z epoki, jak i sposób funkcjonowania obozowego języka czy ikonografii współcześnie. Osobliwy palimpsest znaczeń, jaki się z tych rozważań wyłania, wskazuje na niezwykłą żywotność obozowych skojarzeń, ale też proces przemiany, której pojęcia „obóz” czy „okupacja” podlegają wskutek upływu czasu i czynników zewnętrznych, kształtujących społeczne postrzeganie przeszłości.

Sposób potraktowania drugiej z wymienionych kategorii pozostawia poczucie niedosytu. Słów „zabitych”, które konotują masowy mord, jest mnóstwo. Natręctwo skojarzeń z Holokaustem opisał niedawno, przywoływany zresztą w antologii, Wojciech Albiński, w tomie próz Oświęcimki. Oto świat, w którym wszystko, od pracy korporacji, poprzez kolejkę w sklepie, przychodni czy do szatni, kurnik albo przedszkole, podróż pociągiem – kojarzy się z Auschwitz, w sposób niekiedy przesadny i niewolny od egzaltacji, którą autor czujnie punktuje. Analizy takiego automatyzmu skojarzeń w Śladzie Holokaustu zabrakło. Może uznano go za zbyt oczywisty, albo poruszony en passant w innych hasłach. Wydaje mi się jednak, że hasło, dajmy na to, „transport”, z całym bagażem skojarzeń, pozwoliłoby bliżej przyjrzeć się sprawie zatruwania języka w najbardziej potocznym, codziennym obszarze, albo pokazać jeszcze mocniej niż w opracowanym przez Kornelię Sobczak haśle „gaz”(skądinąd przerażającym), jak Auschwitz zachodzi nas niejako od tyłu, wyłania się z całą mocą tam, skąd powinien być wyrugowany. Mam tu na myśli osobliwą karierę słowa „selekcja”, używanego na określenie praktyki stosowanej przed wejściem do modnych klubów, tj. doboru zdatnych i niezdatnych gości, które uruchamia skojarzenia z oświęcimską rampą i w takim kontekście bywało używane przez pracujących „na bramce” ochroniarzy (sprawę kilka lat temu nagłaśniały i piętnowały warszawskie gazety).

Niewykluczone, że taka była strategia badaczy: tropić nie literackie toposy (jak Sławomir Buryła), nie natrętnie narzucające się holokaustowe skojarzenia, ale to, co wychwycić trudniej – treści tak mocno utrwalone w kulturze, że aż przeźroczyste. Dlatego książka wymyka się z zaprojektowanych ram, okazuje się o wiele bardziej eklektyczna. Brak jednolitości jest jej zaletą. Dowodzi, że na temat zagładowego imaginarium nie sposób mówić jednym językiem, nie da się go badać jedną metodą. Także z uwagi na wszędobylskość i wielorakość skojarzeń i przedstawień odnoszących się do Zagłady, której dobrym przykładem jest kolej: paradygmat nowoczesności i nowoczesnej eksterminacji oraz jej ślad w skażonym krajobrazie, znów tak oczywisty, że niedostrzegany („wagon” Iwony Kurz). Tak ujęta, kolej staje się kolejną metonimią Zagłady – nie jako znak nieobecności („cmentarz”), ale „ostatecznego rozwiązania”, jednym z symboli II wojny. Symbolem uniwersalnym – i dlatego będącym przedmiotem rywalizacji pamięci, jak na warszawskim Muranowie, gdzie „żydowski” pomnik na Umschlagplatzu sąsiaduje z „polskim” wagonem Golgoty Wschodu, ale też głównym motywem różnorodnych upamiętnień z koleją związanych – dosłownych, jak bydlęce wagony w Birkenau, Jad Waszem czy Holocaust Memorial w Waszyngtonie, i wieloznacznych, jak wagon Mirosława Bałki. Także autorki i autorzy innych haseł próbują uchwycić różnorodność tych samych zagładowych toposów, tropiąc je w polityce i sztuce, w popkulturze i w oficjalnej państwowej polityce pamięci.

Powiedzmy zatem coś jeszcze o hasłach. O niektórych wspominaliśmy, ale na potrzeby recenzji warto wymienić wszystkie: „brama”, „buty”, „chleb”, „cmentarz”, „dziecko”, „gaz”, „komin”, „las”, „mur”, „obóz”, „papiery”, „pierzyna”, „stodoła”, „szafa”, „wagon”, „włosy”, „zdjęcie”, „zwierzę”. Jak widać, sporo z nich odwołuje się do wspomnianej rzeczywistości obozowej. Trudno się temu dziwić: hitlerowskie obozy były, są, i pozostaną ucieleśnieniem Zagłady, w powszechnym odczuciu najbardziej drastycznym jej przejawem. Czy na pewno? Lektura hasła „obóz”, opracowanego przez Joannę Krakowską, pokazuje, jak dalece nieoczywiste jest to stwierdzenie. Jeżeli Ślady Holokaustu wskazują na rozmaite sposoby zasłaniania i kryptonimowania Zagłady, przemilczania imienia własnego ofiar (czyli Żydów), nieszczerej uniwersalizacji, zawłaszczania, zakłamywania, zagadywania, rozpraszania, zacierania śladów i tożsamości wydarzenia, to najdobitniej wybrzmiewają one właśnie w kontekście Auschwitz. Tylko powojenne dzieje terminu „obóz koncentracyjny” pokazują wielość przemieszczeń semantycznych, jakim podlegał „Oświęcim”: od wczesnych uniwersalizacji i szlachetnego, choć zwykle umotywowanego politycznie zapisywania ofiar do symbolicznej rodziny „ofiar faszyzmu”, poprzez całkowitą jego polonizację w PRL i internacjonalizację na świecie („Auschwitz”), aż po niemal wyłączny (zwłaszcza za granicą) symbol zagłady europejskich Żydów i tylko Żydów i wynikające stąd próby przywrócenia go na wyłączność polskiej martyrologii.

Rewersem uniwersalizacji i narodowych partykularyzmów jest komercjalizacja Zagłady, rzecz poniekąd nieuchronna w epoce kultury masowej i równie masowej turystyki. Na problem banalizacji przedstawień Auschwitz, które bywają tak opatrzone, że przestają cokolwiek znaczyć, wskazuje Agnieszka Pajączkowska („brama” i „zdjęcie”). Oto pocztówkowe fotografie napisu „Arbeit macht frei” na tle zachodzącego słońca, oto powtarzalne, często wyjęte z kontekstu, tak popularne, że aż przeźroczyste obrazy Zagłady: ludzie za drutami, chłopiec z warszawskiego getta, które tak mocno wrosły w ikonosferę, że nie wywołują w patrzącym żadnej „negatywnej epifanii” (określenie Susan Sontag), a co najwyżej chwilowy dyskomfort. Uzupełnieniem tych haseł są refleksje Iwony Kurz na temat „atrapiczności” Auschwitz i problematycznego statusu zgromadzonych tam eksponatów nie będących w istocie eksponatami, ich przechowywania i konserwacji („buty”; zob. także hasło „włosy” Karoliny Sulej). Autorka stawia ważne i wciąż palące pytania o granice i sposób ochrony miejsc zagłady i świadectw ludobójstwa, i o samą możliwość wiecznego podtrzymywania żywej pamięci. Trochę szkoda, że w jej rozważaniach zabrakło odniesień do czasów tużpowojennych, gdy kwestia wątpliwej autentyczności obozu oświęcimskiego przekształconego w muzeum była żywo dyskutowana (zob. książka Jacka Lachendro Zburzyć czy zaorać?).

Ale Zagłada to przecież nie tylko obozy. To tzw. żydowskie dzielnice zamknięte, potocznie zwane gettami, których Niemcy utworzyli kilkaset na podbitych terytoriach. Gdy mowa o getcie, wyobraźnia zaraz podsuwa wizerunek muru – solidnego ogrodzenia, określającego „tą” i „tamtą” stronę okupacyjnej rzeczywistości. Od czasów wojny gettowy mur obrósł w znaczenia i reprezentacje w literaturze i plastyce – przede jako granica między życiem a śmiercią i między Polakami a Żydami, ale także wyraz izolacji Zagłady, która odbywała się „za murem”, względnie „za drutami”, jednym słowem: była niewidoczna dla polskich świadków. Tekst „mur” Justyny Kowalskiej-Leder przypomina, jak bardzo uproszczony i stereotypowy to obraz. Z historycznego punktu widzenia bowiem, termin „mur”, choć zrobił tak zawrotną „karierę” jako jeden z symboli Zagłady, ma zastosowanie jedynie wobec niektórych gett zainstalowanych w Generalnej Guberni i na terenach włączonych do Rzeszy. Jego najsławniejsza realizacja, powielana w niezliczonej ilości książek i filmów, z czterema filmami Andrzeja Wajdy na czele, prawdziwa ikona Holokaustu, to oczywiście mur getta warszawskiego. Nie bez przyczyny: to w getcie warszawskim Niemcy uwięzili najwięcej Żydów i stąd też wywieźli na śmierć ich największą (nie licząc błyskawicznych transportów z Węgier w 1944 roku) liczbę. Z tych powodów „warszawocentryczność” reprezentacji Zagłady wydaje się uzasadniona.

Z drugiej strony, ta sama „warszawocentryczność” pozwala zapomnieć nie tylko o losie mniejszych gett, które nie doczekały się stosownego upamiętnienia, ale także o zasadniczym dla rozważań o granicy pomiędzy okupacyjnym „tu” i „tam” fakcie, że były one zazwyczaj tylko symbolicznie oddzielone od „aryjskich” obszarów miast i miasteczek. W takim ujęciu warszawski mur paradoksalnie przesłania tę część rzeczywistości okupacyjnej, w której zagłada Żydów dokonała się nie w izolacji, a więc „za murem”, ale niejako na widoku publicznym. Niezwykle brutalne akcje wywózkowe do obozów zagłady odbywały się przecież na oczach polskich mieszkańców i nawet zarządzane przez Niemców godziny policyjne i zakazy opuszczania domostw podczas masowych egzekucji nie mogły zapobiec temu, by wszyscy wiedzieli, co dzieje się z Żydami. Jeżeli wolno zaryzykować hipotezę, że poziom skażenia Zagładą był odwrotnie proporcjonalny do stopnia jej izolacji, to największemu skażeniu uległa prowincja – do ostatnich lat, jak to w ogóle z prowincją bywa, traktowana po macoszemu. Tymczasem wszechobecność Zagłady odcisnęła się najmocniej właśnie na Polsce „powiatowej”, w sensie doszczętnego załamania dotychczasowej struktury społecznej i ekonomicznej. Wspólna dla miast i miasteczek była natomiast demoralizacja w obliczu zbrodni („Hitler pozbywa się Żydów”) oraz lęk, że zbrodnie się powtórzą („po Żydach przyjdzie kolej na nas”).

Takie napięcie między centrum a peryferiami ma wszelako swój rewers, czujnie odnotowany przez Pawła Dobrosielskiego w haśle „stodoła”. Inteligencki szlagwort „wieś to Jedwabne, miasto to Żegota” pozwala zepchnąć to, co w relacjach polsko-żydowskich najgorsze, na „ciemną” prowincję i tym samym wywyższyć metropolię, z jej inteligencko-rycerskim etosem i jakoby powszechnym odruchem pomocy i współczucia. Współczesne dowartościowywanie peryferii, można dopowiedzieć, paradoksalnie wykorzystuje ten sam schemat, zasadza się na ekstrapolowaniu zachowań „miejskich” (postrzeganych jako normatywne) na wieś, znów odartą ze swojej specyfiki.

Mechanizm przesłaniania ujawnia się jeszcze w innym kontekście: nieświadomości, że zagłada Żydów obejmowała również tereny niezwiązane ani z wsią, ani z miastem, mianowicie lasy. W polskim etosie szlachecko-inteligenckim – zauważa Olga Kaczmarek („las”) – las niejako a priori zarezerwowany jest dla działań o charakterze insurekcyjnym, jest ściśle związany z imaginarium niepodległościowym, stąd jego nieobecność w reprezentacjach Zagłady. Nieobecność tym bardziej znacząca, że to właśnie w lasach, czy na pograniczu lasu i wsi, dokonywała się ostatnia faza Zagłady, której ofiarą padali Żydzi zbiegli z gett i obozów śmierci i zadenuncjowani albo zabici przez Polaków – temat dla polskiej historiografii II wojny kłopotliwy, toteż z wyjątkiem uczonych z kręgu Centrum Badań nad Zagładą Żydów podejmowany nadzwyczaj niechętnie.

Paradoksalnie, las powraca do głównego nurtu za sprawą „lasu Sprawiedliwych” czy lasu drzewek z Jad Waszem, tym razem jako symbol szlachetnych wysiłków Polaków na rzecz ratowania Żydów. Tutaj do polskiego imaginarium Zagłady najsilniej miesza się polityka, powiedzmy więc o niej na koniec dwa słowa. Mówiąc pokrótce, jest tym, czego mi w Śladach Holokaustu najbardziej zabrakło. Zabrakło tekstu, który podejmowałby temat (w moim poczuciu zasadniczy) holokaustyzacji współczesnej polityki polskiej. Mam tu na myśli zarówno wyzywanie się od hitlerowców czy wszelkie porównania tzw. dobrej zmiany do III Rzeszy (z Zagładą w tle), ale szerszą politykę tożsamościową: konkurowanie pamięci, rywalizację martyrologii, podciąganie rozmaitych mordów pod Zagładę, tudzież dewaluację pojęcia „Holokaust” wskutek użycia go w kontekstach innych niż zagłada Żydów podczas II wojny światowej. „Holokaust Polaków”, „Holokaust na Wołyniu”, „Holokaust dzieci” (albo, w wersji bardziej pobożnej: „naszych nienarodzonych braci i sióstr”), Holokaust zwierząt – to określenia wzięte wprost z języka prasy, telewizji i Internetu. Czy wypływają z potrzeby zwrócenia uwagi na konkretną katastrofę historyczną albo zjawisko społeczne, poprzez podwyższenie ich statusu, czy raczej z chęci zamazania specyfiki zbrodni na Żydach – rzecz to na dłuższą rozprawę, której w antologii nie znajdziemy (jedynie wzmianki w hasłach „dziecko” i „zwierzę”). Może należało wprowadzić hasło „Holokaust” – żeby pokazać rozmaite sposoby rozciągania i przesuwania zakresu tego pojęcia. A może to temat na kolejną książkę zespołu?

 

Ślady Holokaustu w imaginarium kultury polskiej, redakcja: Justyna Kowalska-Leder, Paweł Dobrosielski, Iwona Kurz, Małgorzata Szpakowska, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017. Autorki i autorzy haseł: Jan Borowicz („chleb”, „papiery”); Agata Chałupnik („komin”); Paweł Dobrosielski („pierzyna”, „stodoła”, „zwierzę); Olga Kaczmarek („las”); Justyna Kowalska-Leder („dziecko”, „mur”, „szafa”); Joanna Krakowska („cmentarz”, „obóz”); Iwona Kurz („buty”, „wagon”); Agnieszka Pajączkowska („brama”, „papiery”, „zdjęcie”); Kornelia Sobczak („gaz”); Karolina Sulej („włosy”, „zwierzę); Joanna Woźnicka („dziecko”).

 

Tekst jest przedrukiem artykułu z „Midrasza”, nr 7-8/2017

Ilustracja ze zbiorów Bundesarchiv.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *