AUTOR

Katarzyna Michalczak

Poetka, redaktorka, doktorka socjologii, masażystka twarzy. Współredaktorka „Drobiazgów”. Jej pierwsza książka z wierszami, „Pamięć przyjęć”, wydana dzięki Nagrodzie Głównej w Konkursie im. Jacka Bierezina 2016, otrzymała 1 miejsce w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Artura Fryza na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2017. Jej zbiór opowiadań „Klub snów” ukaże się w roku 2019 nakładem Wydawnictwa Cyranka. W sprawie drugiej książki z wierszami o wstępnym tytule „Tysiąc saun” jest po słowie z innym wydawnictwem.

Hipokryzja czy Panoptikon?

Ach, jak nienawidziłem tego małego pieprzonego kraju! W dodatku tyle tu zadufania! Wszystko, co tutejsze, jest normalne, wszystko, co inne – nienormalne. A jednocześnie z otwartymi ramionami przyjmują wielokulturowość i mniejszości! Biedni ci Murzyni, którzy przyjeżdżają z Ghany czy Etiopii i muszą się zmierzyć ze szwedzką pralnią! Rezerwować czas na pranie z dwutygodniowym wyprzedzeniem i wysłuchiwać reprymend, jeśli zostawią skarpetkę w suszarce, albo witać mężczyznę, który z podszytą ironią życzliwością staje w drzwiach z tą cholerną torbą z Ikei i pyta: „Czy to przypadkiem nie należy do pana?”. Szwecja od siedemnastego wieku nie przeżyła wojny na swoim terytorium; jakże często przychodziło mi do głowy, że ktoś powinien dokonać tu inwazji, zbombardować budynki, zniszczyć ziemię, strzelać do mężczyzn, gwałcić kobiety, a potem pozwolić, by jakiś daleki kraj, na przykład Chile czy Boliwia, przyjął szwedzkich uchodźców, zaoferował im pomoc, ciągle powtarzając, że kocha wszystko, co skandynawskie, a następnie umieścił ich w getcie na obrzeżach jednego z wielkich miast. Tylko żeby zobaczyć, co by wtedy powiedzieli.
Najgorszy w tym wszystkim jest chyba ten nasz norweski podziw dla Szwecji. Mnie też nie był obcy, kiedy jeszcze mieszkałem w swoim kraju. Nic wtedy nie wiedziałem. Ale teraz kiedy już coś wiem i usiłuję przekazywać tę wiedzę w Norwegii, nikt nie rozumie, o co mi chodzi. Konformizmu Szwedów nie da się opisać. Również z tej przyczyny, że konformizm przejawia się w nieobecności; opinie inne niż rządzące w zasadzie nie istnieją publicznie. Zauważenie tego wymaga czasu.

Tak w Mojej walce (t. 2, s. 444–445) pisze Karl Ove Knausgaard, norweski pisarz mieszkający w Szwecji. W wywiadach otwarcie przyznaje, że nie tworzy fikcji, lecz pisze o własnym życiu. Uwielbiam jego pisanie – co nie znaczy, że popieram wszystkie tezy, które się w nim pojawiają. W przytoczonym opisie doświadczenia emigracji beztroskie, a może pogardliwe użycie określenia dyskryminującego „Murzyni” sugeruje, że nawet Norwegowie, bliscy kulturowo Szwedom, mogą mieć poważne trudności, aby odnaleźć się w ich obyczajach.

Budowanie wielokulturowości stało się w Szwecji priorytetem w latach siedemdziesiątych. Od tego czasu struktura ludności kraju niemal monokulturowego zmieniła się – dziś 17% mieszkańców należy do mniejszości narodowych. Według obliczeń szwedzkiego urzędu statystycznego ludność w ciągu ostatnich trzynastu lat wzrosła z 9 do 10 milionów, a za ten wzrost w 75% odpowiadała imigracja. Uchodźcy, których w roku 2015 Szwecja przyjęła 160 tysięcy, czyli w stosunku do liczby mieszkańców więcej niż jakikolwiek inny kraj na świecie, pochodzą z Syrii, Somalii, Erytrei i Iraku. Możemy sobie zatem wyobrazić, o ile trudniejsza adaptacja do szwedzkich warunków będzie w ich przypadku.

Strach przed rozmową

Przypuszczenie to potwierdzają Moraliści Katarzyny Tubylewicz, zbiór rozmów z osobami na

różne sposoby zaangażowanymi w sprawy nowej Szwecji. Z wywiadów wyłania się obraz kraju, który całkowicie odciął się od potrzebujących, którym miał pomagać. A do tego nie ma pomysłu, jak to zmienić. Wywiady Tubylewicz pogrupowane są w tematyczne rozdziały. To wartościowy pomysł, choć nie wszystkie części dostarczają tego, co obiecują w tytule. „Solidarność”, „Prawa kobiet i feminizm”, „Dobroć, człowieczeństwo, tolerancja”, „Równość, integracja”, „Wolność” odnoszą się do tematu wielokulturowości. Wyjątkiem jest ostatni rozdział zatytułowany „Uniwersalność”. Zawarte w nim wywiady koncentrują się na kwestii przepracowywania śmierci bliskich i pomijają, obecny w pozostałych częściach książki, temat uchodźców (czy mam z tego wnioskować, że tylko ten temat jest dla autorki uniwersalny?).

Rozmowy zamieszczone w Moralistach bardzo się od siebie różnią stylem, klimatem i formą. W przypadku niektórych autorka zdecydowała się na dialog, a w przypadku innych na narracyjną, jednogłosową opowieść bohatera czy bohaterki.

Tubylewicz gdzieniegdzie wyraża swoje odczucia, opinie i to, jak postrzega samą siebie. Bardzo cenię takie podejście u reportażystów, ale tym razem nie wypada ono przekonująco. Pojedyncze uwagi to za mało, aby autorka wyłoniła się jako dodatkowa bohaterka książki, a za dużo, żeby czytelnik mógł skupić się na głównym temacie. Wrażenie niespójności ma jeszcze inne źródła. Autorka dzieli się wieloma poważnymi obawami, które w moim odczuciu znacznie osłabiają „optymizm społeczno-kulturowy”, który, zdaje się, sugeruje na początku i na końcu książki. Bać się przebywania w imigranckiej dzielnicy, choć nikt nam w danym momencie nie zagraża, a zarazem głosić wiarę w ludzi? Jeśli nie jest to rozpaczliwe, to przynajmniej podejrzane.

Dowiedziałam się z tej książki wielu ciekawych rzeczy. O zawiłej sytuacji politycznej Szwecji; o hipokryzji niektórych polityków; o trudnym położeniu kobiet w kraju, który swoją politykę z dumą nazywa feministyczną; o przygnębiających i nieraz wstrząsających warunkach życia uchodźców i uchodźczyń; o dorosłych uchodźcach udających dzieci, aby tylko móc dostać się na teren upragnionego kraju, i o urzędnikach udających wiarę w to, że biologiczni mężczyźni z zarostem, którzy stają przed nimi, mają czternaście lat; o tym, że są imamowie, którzy sami twierdzą, że zwyczaj niepodawania kobiecie ręki w islamie jest dla niej upokarzający; wreszcie o Larsie Vilksie, artyście, na którego po narysowaniu karykatury Mahometa jako psa islamiści wydali wyrok śmierci, a wielu Szwedów zdaje się sądzić, że „sam jest sobie winien, bo po co prowokował”.

Za taką wiedzę na temat poplątanych, kompletnie niejednoznacznych sytuacji jestem wdzięczna, jednak życzyłabym sobie, aby autorka sięgnęła głębiej. Aby nie tylko mówiła, że istnieją pewne pytania, ale również je stawiała. Aby nie bała się ludzi, którzy odpowiadają na nie w taki sposób, w jaki ona sama nie odważyłaby się odpowiedzieć. Tego mi zabrakło: reporterskiej brawury, szczerości wobec siebie samej, konfrontacji.

Na pierwszy ogień wzięto w książce – zamieszczone w pierwszej części, zatytułowanej „Solidarność” – rozmowy z osobami, które z pochodzenia są Szwedkami i Szwedami, i zdecydowały się pracować z uchodźcami i uchodźczyniami.
Szwedzka dyrektorka ośrodka dla uchodźców, Veronica, wprost stwierdza, że uchodźcy, skoro są gośćmi, powinni się dostosować do norm panujących w kulturze gospodarzy. Bulwersuje ją na przykład to, że przybysze wyrażają swoje niezadowolenie, gdy ośrodki nie zapewniają im rodzimych potraw, podając jedzenie szwedzkie. Można by pomyśleć: co za problem, niech sobie ugotują. Nie wolno im jednak gotować, co z jednej strony jest zrozumiałe, bo setka gotujących sobie codziennie osób powodowałaby wielki chaos, ale z drugiej strony – nie mogąc gotować samodzielnie i nie mając wpływu na menu, są stawiani w sytuacji całkowitego przymusu. Birgitta Notlöf, szefowa i twórczyni Livstycket, fundacji działającej na rzecz integracji imigrantek, opowiada z kolei o tym, że jej muzułmańscy studenci języka szwedzkiego chcieli kiedyś zmienić plan dnia ze względu na ramadan. Notlöf nie zgodziła się.

Są to przykłady tak daleko posuniętej, tak głęboko zakorzenionej w myśleniu uniwersalizacji kulturowej, że aż trudno zdać sobie z niej sprawę. W Szwecji wolno prosić o obiad wegetariański na, dajmy na to, konferencji, choć większość je mięso. I można, na przykład, oczekiwać stojaków na rowery przy miejscu pracy, jeśli się do pracy nie dojeżdża, jak jeszcze jakiś czas temu większość, samochodem. Czemu zatem w przypadku kogoś innego – tylko dlatego, że jest w roli przybysza w potrzebie – przesadą było oczekiwać mantu czy tabule zamiast klopsików, bądź zwolnienia z zajęć lub przesunięcia ich terminu z powodów religijnych? Czy mamy prawo ignorować cudze potrzeby tylko dlatego, że się z nimi nie identyfikujemy? I jeśli odpowiedź brzmi „tak, mamy prawo ignorować niektóre, te, które nam przeszkadzają”, to jak odróżnić te, które nam przeszkadzają naprawdę, od tych, których po prostu nie chcemy (bo możemy nie chcieć) zrozumieć i zaakceptować? Pojawia się pytanie: czy jesteśmy w ogóle w stanie wypracować tu rozwiązanie?

Pod koniec lektury pierwszej części nasunęło mi się kolejne pytanie: jak to możliwe, że wypowiadają się wyłącznie Szwedzi i Szwedki z dziada pradziada, z babki prababki? Odpowiedź dostałam natychmiast, bo na kolejną część, „Prawa kobiet i feminizm”, złożyły się wywiady z osobami, które uciekły przed niebezpieczeństwem ze swoich krajów.

Właśnie rozdział drugi zawiera to, co w książce najlepsze: fascynujące wywiady z Sarą Mohammad i Amineh Kakabaveh. W Szwecji ojcowie, mężowie i bracia w rodzinach pochodzących z kultur sankcjonujących honorowe zabójstwa nadal zabijają dziewczęta i kobiety, które zbuntują się przeciwko wyznaczonemu im przez rodzinę losowi, a córki nadal poddawane są obrzezaniu. Szwedzcy politycy przymykają na to oko, podobnie jak na zawieranie małżeństw z dziećmi – Tubylewicz podkreśla, że w samym roku 2016 zarejestrowane zostały 132 małżeństwa, w których żona była dzieckiem.
Przeciwko wymienionym zjawiskom walczą obie rozmówczynie które, podobnie jak wielu uchodźców i wiele uchodźczyń, wywodzą się z kultur muzułmańskich.

Sara Mohammad urodziła się w Iraku, w wieku 6 lat została obrzezana. Amineh Kakabaveh urodziła się w Iranie w rodzinie kurdyjskiej i w wieku 13 lat dołączyła do peszmergów, bojowników o wolność Kurdystanu. Obie ostatecznie trafiły do Szwecji jako uchodźczynie i tam zaczęły działać w obronie praw kobiet, w tym także, a może przede wszystkim, muzułmanek. Zwyczaje i nakazy islamu, jak na przykład obowiązek zasłaniania głowy czy twarzy, uważają za seksistowskie, uprzedmiotawiające kobiety i seksualizujące dziewczynki. Budzi to kontrowersje wśród szwedzkich polityków i polityczek – również wśród feministek, zdaniem których wiele z głoszonych przez nie opinii jest skąpanych w nietolerancji czy też wręcz rasistowskich. Amineh Kakabaveh odpowiada na to: Ja też szanuję odmienności kulturowe i religijne, ale nie za cenę rezygnacji z praw kobiet i dzieci. […] jeśli łamane są prawa Szwedek, albo szerzej chrześcijanek, to przeciwstawienie się temu jest czymś oczywistym, ale jeśli chodzi o kobiety z innych grup etnicznych, a co gorsza z innej religii, to nagle wszyscy stają się bardzo ostrożni i nie chcą nikogo urazić. Wiesz, moim zdaniem to jest właśnie rasizm (s. 164-7). Powołuje się tu na tekst Susan Moller Okin Is Multiculturalism Bad For Women?. Co znaczące, Tubylewicz, a może sama rozmówczyni, przekręca tytuł na Multiculturalism is Bad for Women, wprowadzając tryb twierdzący zamiast pytającego (s. 164). Autorka przywołanego tekstu wprost stwierdza, iż wspieranie niektórych mniejszości etnicznych może być korzystne dla mężczyzn do nich należących, ale dla kobiet i dziewczynek już niekoniecznie. Takie przekonanie zdają się w pełni podzielać i Mohammad, i Kakabaveh. Słucham ich uważnie, tym bardziej, że wychowały się w kulturach, o których wypowiadają się teraz krytycznie.

Innym rozmówcą pochodzącym z kraju, z którego do Szwecji napłynęli uchodźcy, jest Mustafa Panshiri, szwedzki policjant pochodzenia afgańskiego. Obecnie pełni rolę swego rodzaju edukatora kulturowego dla afgańskich młodych mężczyzn przybywających do Szwecji. W rozmowie z Tubylewicz słusznie wspomina, że kobiety w Afganistanie są traktowane inaczej niż w Szwecji i że trzeba o tym mówić [ ]. I dobrze: ja też jestem zdania, że nie ma co udawać.

Warto jednak każde przeświadczenie oglądać ze wszystkich stron. W innym miejscu Panshiri podkreśla, że w Szwecji każdy, kto chce, ma szansę – i że powinno się umieć takie szanse wykorzystywać. Stwierdza, że ludziom trzeba stawiać większe wymagania. Odnosi się tu do szwedzkich instytucji zbyt wyrozumiałych, jego zdaniem, w stosunku do uchodźców, którzy latami żyją z zasiłku, nie mając szans na zatrudnienie, ponieważ są nieprzygotowani – i nigdy się nie przygotowują – do wymagającego szwedzkiego rynku pracy. Z jednej strony słuszne jest to, że Panshiri dąży do zmiany sytuacji dla uchodźców trudnej, a dla państwa niepożądanej. Ale czy, z drugiej strony, osobom urodzonym w Szwecji stawia się „wymagania”? Czy rozmawia się o nich w ten sposób?

Inne pytanie kieruję już do samej autorki książki: skąd wynika taki właśnie dobór rozmówców i rozmówczyń? Jak to się stało, że nie poznaję dzięki książce żadnej osoby, która – chętnie widziałabym w tym miejscu kobiety – identyfikuje się z wartościami swojej kultury i wcale nie zakłada z góry, że przybywając w jakieś miejsce, należy się podporządkować. Która może wręcz nie uważa, że powinna się dostosować. Chciałabym dowiedzieć się od takiej osoby, jak to wszystko widzi i dlaczego.

Tu pojawia się pytanie o granice pluralizmu i demokracji – a przeświadczenie o wyższości tego ustroju nad innymi aż bije z kart książki. Czy demokracją jest jeszcze ustrój, w którym nie dajemy dojść do głosu tym, którzy nie zgadzają się z demokratycznymi wartościami? Czy byłby nią ustrój, w którym dalibyśmy takim osobom możliwość wypowiedzenia swojego zdania i wraz z nimi próbowali jakoś (jak?) sklecić zdanie wspólne? Podobne pytania zadawane są w związku z historią z 2006 roku, kiedy to szwedzka ministra spraw zagranicznych ze względów bezpieczeństwa zamknęła internetową stronę pisma, gdzie zaczęto publikować karykatury Mahometa (s. 352); została skrytykowana i ostatecznie podała się do dymisji. Czy zatem wolność słowa jest dla nas najwyższym dobrem, nawet jeśli w rezultacie jej respektowania mieliby zginąć ludzie? Jeśli tak, to dlaczego? Czy te spośród muzułmanek, które uważają, że zakrywanie twarzy przez kobiety jest konieczne, i chcą swoje poglądy przedstawić, dochodzą do głosu w książce Tubylewicz? Nie – są w niej nieobecne. Tubylewicz niby popiera różnorodność, ale taką, która mieści się w obrębie wyznaczonych przez nią samą granic.

Podobnie rzecz ma się w przypadku jednej z rozmówczyń, wspomnianej już dyrektorki ośrodka dla uchodźców. Ojcu, chcącemu, by jego siedmioletni syn przestrzegał ramadanu – czyli nie jadł za dnia, a wyłącznie po zachodzie słońca – powiedziała ona, że dziecko chodzi do szkoły i musi jeść, a póki jest pod jej opieką, to jeść za dnia będzie (s. 38-39). To prawda, że dzieci powinny jadać śniadanie. Jednak od stuleci dzieci wraz ze swoimi rodzinami przestrzegają ramadanu. Nie sądzę, żeby wpływało to negatywnie na ich rozwój. Czy ktoś spytał tego chłopca o zdanie? Chyba nie, bo było raczej tak, że nad jego głową kłócili się przedstawiciele dwóch różnych kultur, a on był tylko tej kłótni przedmiotem.

Najszczersza prawda, czyli wiele różnych prawd

Przedmiotowe traktowanie to coś, przed czym na wszelkie sposoby chroni dzieci inny skandynawski kraj, pod wieloma względami całkiem do Szwecji podobny. Oba państwa mają niechlubną, rasistowską przeszłość. W obu od lat 30. święciła triumfy eugenika: i w Szwecji, i w Norwegii do lat siedemdziesiątych dokonywano sterylizacji osób, które uznawano za noszące „złe geny”. Jednocześnie Szwecja i Norwegia należą dziś do najbardziej opiekuńczych i najszczęśliwszych krajów świata – w World Happiness Report z 20 marca 2017 roku Norwegia znalazła się na pierwszym miejscu, Szwecja na dziesiątym.

Na potrzeby jednego z moich tekstów przeprowadziłam niedawno wywiad z Polką mieszkającą w Norwegii i tam wychowującą kilkuletniego syna. Podkreśliła, że Norwegowie traktują dzieci w pełni podmiotowo, i że to właśnie podoba jej się w tej kulturze najbardziej: Dla nich jest naprawdę ważne to, co dzieci robią, czym się zajmują, o czym myślą. Do tego stopnia, że niemal w każdych wiadomościach w telewizji podawane są rozmaite informacje na temat dziecięcych przedsięwzięć. Dobro dzieci w Norwegii jest ważne do tego stopnia, że rodziców poddaje się niemal wszechobecnej kontroli, zarówno nieformalnej, jak i instytucjonalnej. Wśród Polonii rozpowszechniany jest strach, że norwescy urzędnicy „zabierają dzieci” z najbłahszych powodów. Moja rozmówczyni również go doświadczyła: Kiedy urodziłam dziecko, miałam obsesję; gdy głośniej krzyczało, ja już się bałam, że po nie przyjdą. Przeszło mi to i nie wiem do dziś, czy to był uzasadniony strach, czy efekt nastraszenia ze strony polskiej imigracji. Ale kiedy przyprowadzam synka do przedszkola, nadal czuję się w obowiązku wytłumaczyć przedszkolankom, skąd siniaki i zadrapania, że nie biorą się one z pobicia, tylko stąd, że biegał po podwórku i się potknął. Tymczasem w 2014 roku Barnevernet odebrał dzieci 21 polskim rodzinom, a według statystyk rodzicom z innych krajów europejskich dzieci odbierane są rzadziej niż Norwegom.

Podobne relacje – o strachu czasami nieuzasadnionym, ale i o takim, który znalazł potwierdzenie w rzeczywistości, można przeczytać w książce Dzieci Norwegii. Bardzo chciałam poznać historie rodziców, którzy zetknęli się z działalnością Barnevernetu, instytucji powołanej specjalnie i wyłącznie po to, aby dbać o dobro dzieci, również prewencyjnie – co znaczy, że nawet rodzice, którzy w Polsce nie mieliby sobie nic do zarzucenia, w Norwegii mogą pewnego dnia otworzyć drzwi paniom czy panom z Barnevernetu. Urzędnicy będą chcieli porozmawiać o tym, jak miewa się dziecko. I będą chcieli wszystko skrzętnie notować. I pewnie jeszcze wrócą, być może nie raz. Czasem zgodnie z prawdą dostrzegą, że nie ma nic do zarzucenia rodzicom, i odpuszczą. Czasem słusznie zainteresują się losem dzieci, których granice są w rodzinie biologicznej przekraczane – i zaproponują rodzicom edukację, pomoc psychologiczną, a gdy to nie pomoże, umieszczą dzieci, faktycznie tego potrzebujące, w rodzinie zastępczej. Czasem jednak będą interpretować wszystko na niekorzyść rodziców i rozdzielać rodzinę, zupełnie nie zważając na różnice kulturowe. To tak zwany czynnik ludzki – wszystko zależy od dobrej woli lub jej braku u urzędników i urzędniczek.

Problem, gdy się pojawia, polega na tym, że władza, jaką przyznano im względem rodzin, jest spora. To również związane jest z różnicą kulturową, ponieważ Norwegowie mogą pochwalić się zaufaniem do instytucji, Polacy zaś wręcz przeciwnie. Historie opisane przez Macieja Czarneckiego są dobrze poprowadzone; czasem po prostu ciekawe, czasem wstrząsające. Czytając je, odnosiłam wprawdzie wrażenie, że tekst jest przeredagowany – że tyle razy był zmieniany, poprawiany, przestawiany, że zaczyna odbiegać od sedna [ ]. Wróciłam do książki po kilku tygodniach, a moja opinia stała się już mniej krytyczna. Podoba mi się gradacja mocy tych opowieści – od interesujących po szokujące; podoba mi się to, że historie bohaterów są przetykane mikrorozdziałami czy ustępami zawierającymi odautorskie wyjaśnienia na temat sytuacji prawno-instytucjonalnej w Norwegii oraz tła historycznego; a najbardziej podoba mi się szacunek do bohaterów i do ich opowieści.
Czarneckiemu udało się pokazać prawdę – taką, jaka jest zazwyczaj: różna dla różnych osób, różna z różnych punktów widzenia. Sprawia to, że nie wiem do końca, co sądzić o każdej z historii – i bardzo dobrze, bo mam okazję do zastanawiania się.

Ja sama, inaczej niż w przypadku Moralistów, okazuję się nie tylko czytelniczką Dzieci Norwegii, ale też członkinią kultury, która w opisywanym kraju stanowi mniejszość. Bo, cokolwiek sądzę o idei państwowości i jakkolwiek się czuję z przynależnością do jakiegoś narodu, fakty są takie, że jestem Polką. Standardy wychowania, w jakich sama dorastałam i jakie widzę na co dzień, różnią się od standardów panujących w Norwegii.

Myślę wręcz, że w przypadku wychowywania dzieci podejście polskie i norweskie tak dalece się nie pokrywają, że trudno mówić o jakimkolwiek porozumieniu. W Norwegii za przemoc uznaje się nawet klaps czy pociągnięcie za ucho. W Polsce co trzeci obywatel uważa, że „lanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło” (sondaż TNS OBOP z 2014 roku) (s. 20).

Nie biję swojego dziecka i jestem absolutnie przeciwna jakiejkolwiek przemocy wobec dzieci – w tym klapsom, żeby było jasne. Wiem, że w mojej kulturze jestem taką matką, dla której wyjątkowo, na tle większości rodziców, ważne są podmiotowość, prawa i potrzeby dziecka. Ale to nie znaczy, że nigdy nie pociągnęłam swojego dziecka mocniej za rękę. Że nie krzyczę na nie. Krzyczę; potem przepraszam, ale potem znowu zdarza mi się podnieść głos. Nie uważam, jak uważa się w Norwegii, że dziecko za wszelka cenę powinno być chronione przed jakimkolwiek stresem. Sądzę inaczej: stres, trudne sytuacje to część życia, i warto, aby dziecko dowiadywało się tego na bieżąco, a zadaniem bliskich dorosłych jest je w tym wspierać i uczyć, jak ma sobie w trudnych sytuacjach radzić. Takie podejście wcale nie ochroniłoby mnie przed wizytami urzędniczek. Przecież moje „Posprzątaj natychmiast! Co to ma być za syf!”, „Ile razy mam powtarzać?! Znowu ignorujesz to, co do ciebie mówię!” na pewno nie raz słyszeli sąsiedzi, którzy w Norwegii, jak wnoszę z książki Czarneckiego, od razu chwyciliby za telefon i wstukali numer Barnevernetu.

I tu wracamy do problemu uniwersalizacji wartości. Czy i na ile ma ona sens? Czy i na ile jest uprawomocniona? Na ile kultura dominująca i przyjmująca ma prawo stwierdzać, że to jej wartości są właściwe, i należy się nimi kierować? Jak jednak inaczej zachować swoją własną kulturę i jej wartości?
Nie wiem już sama, czym naprawdę jest ten osławiony szacunek do kultury imigrantów. Nie wiem, czy jest on w ogóle i na serio możliwy. Zastanawiam się, którędy przebiega granica, za którą różnica kultur staje się dla nas nieakceptowalna, od którego momentu mamy prawo narzucać „właściwe” – bo nasze? – standardy etyczne. Czy można karać kogoś za to, że żyjąc w innej kulturze, zinternalizował wartości, których my nie akceptujemy? I jak, nie karząc, egzekwować jednak przestrzeganie wartości, które dla nas są absolutną podstawą życia społecznego?

Takie pytania, jak widać, mogą zadawać sobie i Szwedzi, i Norwegowie.

Pewien Norweg, który wyemigrował do Szwecji, jest pisarzem i raportuje swoje doświadczenia „jak leci”, nie cackając się z samym sobą, wręcz ekshibicjonistycznie. Dużo miejsca poświęca trójce swoich dzieci i dylematom z ich wychowaniem; temu, jak trudno się oddać codziennym staraniom, jak trudno znaleźć cierpliwość do powszedniości. Opisuje, jak wścieka się na swoje dzieci, jak krzyczy, a raz nawet rzuca córkę ze złością na łóżko. I tak, jak on mściwie fantazjuje o Szwecji w tarapatach, tak ja, z całym uwielbieniem dla jego pisania, wyobrażam sobie, jak wyglądałby Karl Ove bohater, gdyby zabrał się za niego nie pisarz Karl Ove Knausgaard, lecz Barnevernet. Czy – gdyby mieszkał w Norwegii – po takich wyznaniach nie odebrano by mu dzieci, nie umieszczono ich w rodzinach zastępczych? Może to przed Barnevernetem uciekł do Szwecji?

Może z dwojga złego wolał hipokryzję niż Panoptikon?

Katarzyna Michalczak
Przypisy:

[1] Tubylewicz sama niespecjalnie przemyśliwuje kwestie genderowe. Nie jest pod tym względem różowo w Moralistach. Pominę drobne potknięcia wynikające z niedostatecznego przemyślenia tego, czym są stereotypy dotyczące płci kulturowej (jeden tylko przykład, żeby nie być gołosłowną: znaczne są różnice w opisywaniu wyglądu mężczyzn – lakonicznie, i kobiet – z dodatkiem interpretacji psychologicznych). Najbardziej razi mnie słowo „testosteron”, użyte w trzech miejscach jako hasło wywoławcze i swego rodzaju wyjaśnienie męskiej przemocy i agresji. Nie zgadzam się na taki esencjalizm: męskość zrównana tu jest z określonym hormonem, hormon ten ze skłonnością do przekraczania cudzych granic. Bardzo blisko stąd do usprawiedliwiania – co zresztą często się dzieje w sferze publicznej i prywatnej – agresji, czyli bicia i gwałcenia ludzi, testosteronem, którego „gdy ma się dużo”, to „nie odpowiada się za siebie”. Ponadto, powoływanie się na testosteron przy omawianiu agresji jednostek czy grup jest jak odwoływanie się do przysłowia „Kobieta zmienną jest”. Jeśli pozwolimy sobie na takie postawienie sprawy, to kto powstrzyma innych od odwoływania się do estrogenu jako hormonu powodującego, że dana osoba, na przykład, nie jest godna zaufania? Estrogeny ani razu nie pojawiają się na kartach książki, ale co z tego? Binaryzm dotyczący płci kulturowej, w dodatku uzasadniony podbudową „biologiczną”, został uruchomiony. I nie działa na korzyść kobiet. Bo żadne tego typu uproszczenia nie działają. I Tubylewicz, pisząc taką a nie inną książkę, powinna to wiedzieć.
W trakcie wywiadu z Sarą Mohammad Tubylewicz stwierdza: Wiem tylko, że gdybym była politykiem, słuchałabym raczej kobiet niż mężczyzn (s. 127). Ileż w tym zdaniu szkodliwych założeń! Czyli zajmując się polityką, nie mogłaby sama pozostawać kobietą? Czy też nadal się z kobiecością identyfikować? Bo byłaby wyłącznie „politykiem”? I co to znaczy, że słuchałaby kobiet raczej niż mężczyzn, skoro przed chwilą Sara Mohammad podkreśliła w swojej opowieści, że to matka obstawała przy jej obrzezaniu, nie zaś ojciec, który był dużo mniej radykalny niż jego żona. Kobiety też stają przeciwko innym kobietom, co zresztą sugeruje motto z Madeleine Albright – W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie pomagały innym kobietom. Nie wiem zresztą, czy zdecydowałabym się na cytat z osoby, która na pytanie dziennikarza: Co pani sądzi na temat doniesień o tym, że w wyniku sankcji wobec Iraku zmarło pół miliona dzieci (…), czyli więcej, niż wyniosła liczba dziecięcych ofiar wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. Czy warto było zapłacić taką cenę? – odpowiada: Myślę, że to bardzo trudny wybór, jednak w naszym odczuciu – tak, warto było (Źródło: program telewizyjny 60 Minutes, CBS, 12 maja 1996; cyt. za: Howard Zinn, Ludowa historia Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś, tłum. Andrzej Wojtasik, Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, s. 842).

[2] Podobnie jak w przypadku książki Tubylewicz, Czarnecki również mógłby bardziej skupić się na zadbaniu o kwestie genderowe. Jedna z bohaterek urodziła mężowi dzieci (s. 84) – a czy nie mogła po prostu ich „urodzić”? Czy dzieci po urodzeniu stają się własnością ojca? Gdzie indziej mieszkanie, w którym nocowało wielu mężczyzn pijących dużo alkoholu, to nie miejsce dla kobiety z dwójką dzieci. A dla mężczyzny, gdyby był z dwójką dzieci, to byłoby miejsce? (Ale może to forma mowy pozornie zależnej? Może to cytat z bohaterki? Nie jest to jasne).

Katarzyna Tubylewicz, Moraliści, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2017
Maciej Czarnecki, Dzieci Norwegii, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

Zdjęcie: materiały prasowe Wydawnictwa Wielka Litera.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *