Michał Wójtowski

Lewy do prawego. O lewicowych wyborcach Marine Le Pen i Frontu Narodowego

AUTOR

Michał Wójtowski

Michał Wójtowski – absolwent MISH UW i specjalizacji zawodowej animacja kultury, nieudany doktorant; współorganizował projekty animacyjne, uczył przedmiotów humanistycznych w liceum; na emigracji we Francji nauczyciel gimnazjalny i licealny języka polskiego w dwujęzycznej Sekcji Polskiej w międzynarodowej szkole Cité Scolaire Internationale oraz Szkoły Polskiej w Lyonie; publikował m. in. w „Midraszu”, „Kulturze”, „Res Publice”, „Przeglądzie Humanistycznym”, „op.cit.”, „Przeglądzie Nadwiślańskim”, na portalu obywatel.pl; tłumaczył teksty naukowe i publicystyczne z angielskiego i francuskiego. Współautor podręcznika i poradnika metodycznego do wiedzy o kulturze, współredaktor kilku książek, m. in. „Animacja kultury. Doświadczenie i przyszłość”. Mieszka na nowych peryferiach Gdańska. Prywatnie szczęśliwy mąż, tata i grzybiarz. Czasem poprawia przecinki trójmiejskim koleżankom i kolegom z Partii Razem. W Nowych Peryferiach współredaktor działu Dom Kultury.

Wiosną bieżącego roku nad Sekwaną dało się dwukrotnie usłyszeć donośne westchnienie ulgi. Najpierw Emmanuel Macron, zdobywszy 66% głosów, objął urząd Prezydenta Republiki. W czerwcu zaś jego formacja – La République en marche! – zdobyła ponad 50% miejsc w parlamencie francuskim. Front Narodowy, którego kandydatka Marine Le Pen zdobyła w maju ponad 33% głosów, w wyborach czerwcowych zapewnił sobie zaledwie 8 z 577 miejsc.

Dziś, pod koniec września, nowo wybrany prezydent notuje jednak ogromny spadek poparcia (jeszcze pod koniec sierpnia poparcie dla niego deklarowało zaledwie 40% elektoratu), czemu towarzyszy fala protestów przeciwko polityce nowych władz. Dzieje się to w obliczu przesilenia politycznego, bo tak trzeba nazwać sytuację, w której centroprawica i socjaliści – formacje decydujące w okresie powojennym o polityce francuskiej – znalazły się w głębokim kryzysie. O ile więc podwójne – prezydenckie i parlamentarne – zwycięstwo Macrona można uznać za sukces w podtrzymywaniu republikańskiego kompromisu i powstrzymywaniu formacji radykalnych (w szczególności Frontu Narodowego), o tyle wyrażone wówczas intencje wyborców można dziś zapisać suchymi liczbami w kronikach politycznych i skupić się na procesach, które mogą wpłynąć na kierunek przesilenia w najbliższych latach. Naprzeciw takim rozważaniom, w kontekście możliwych postępów partii Marine Le Pen, wychodzi książka Pascala Perrineau, opublikowana w czerwcu bieżącego roku, a zatytułowana Cette France de gauche qui vote FN (Lewicowa Francja, która głosuje na Front Narodowy).

Autor, profesor Instytutu Studiów Politycznych w Paryżu, a wcześniej Centum Studiów Politycznych Nauk Politycznych CEVIPOF, należy do najwybitniejszych znawców francuskich procesów wyborczych. Jest także jednym z prekursorów badań nad przepływami elektoratu lewicowego ku Frontowi Narodowemu. W roku 1995 za sprawą jego artykułu w obiegu pojawił się termin „lewicowego lepenizmu” („gaucho-lepenisme”), który odnosił się do tej części wyborców tradycyjnie lewicowych, którzy w wyborach różnych szczebli przenosili swój głos na partię rodziny Le Pen.

Z pierwszego rozdziału książki wyłania się historia oporu politologii francuskiej nie tylko wobec przyznania zasadności samemu terminowi, ale też wobec celowości zajmowania się podobnymi przepływami. Uznawano je zwykle, jak pisze Perrineau, za niewielkie i całkowicie nieistotne dla trendów wyborczych i procesów politycznych, a podpierano się przy tym nie tylko aparatem naukowym, ale też czysto ideologicznymi zaklęciami, które na mocy definicji – i historycznie ugruntowanych, rzekomo nieprzekraczalnych opozycji między lewicą i skrajną prawicą – wykluczały możliwość jakichkolwiek powinowactw ideowych i przepływów wyborczych. Warto przy tym, podążając za wywodem historycznym autora, nadmienić, że podobny charakter miało negowanie związków i przepływów w odniesieniu do odleglejszych w czasie epok polityki francuskiej. Tymczasem, jak pokazuje Perrineau, faktem było zarówno ciążenie lub zgoła transfer niektórych polityków lewicy (Marcel Déat, Jacques Doriot, Gaston Bergery) ku faszyzmowi w latach 30. i 40. XX wieku, jak i to, że powojenny komunizm francuski można było, głównie w dziełach historyków idei o orientacji liberalnej, lokować na tej samej płaszczyźnie nie tylko ze swym radzieckim odpowiednikiem, ale też totalitaryzmami prawicowymi.

Już w roku 1981 – przypomina Perrineau – Georges Marchais, sekretarz Partii Komunistycznej, mówił: Obecność we Francji blisko czterech i pół miliona pracowników imigrantów i ich rodzin, oraz postępująca imigracja, powodują dziś poważne problemy. Trzeba się z nimi zmierzyć i podjąć szybko konieczne działania. (…) Należy zatrzymać imigrację pod groźbą wypychania kolejnych pracowników na bezrobocie. Ściślej mówiąc, należy zatrzymać imigrację legalną i nielegalną. Podobne żądania zgłaszał niegdyś Jean Marie Le Pen, a dziś czyni to jego córka. Ale nie tylko oni. Jean Luc Mélenchon, obecnie lider lewicowej Francji Niepokornej (La France insoumise), który w I turze ostatnich wyborów prezydenckich nie wskazał swego faworyta lub faworytki w ostatecznej rozgrywce, w 2005 roku, gdy decydowały się losy europejskiego Traktatu Konstytucyjnego, wygłosił znamienne słowa w odpowiedzi jednemu ze zwolenników traktatu: „Niech się pier…! Litwini? Znasz jakichś Litwinów? Ja żadnego nigdy nie widziałem!”, a nieco później kąśliwie komentował decyzję „polskich hydraulików, którzy wybrali ultrakonserwatywną, katolicką i antyeuropejską większość wspieraną przez skrajną prawicę”.

Perrineau przypomina, że przeciw ratyfikacji Traktatu przez Francję głosowało, odpowiednio, 95% zwolenników Partii Komunistycznej, 96% zwolenników Frontu Narodowego i 59% zwolenników Partii Socjalistycznej. Taki rozkład głosów pokazuje, że gdy mowa o zbieżnościach wyborów elektoratów lewicowego i skrajnie prawicowego, nie chodziło tylko o epizodyczne i przygodne podobieństwa ksenofobicznej czy też eurosceptycznej frazeologii. Lewicę i skrajną prawicę połączył wówczas kompleks wspólnych niepokojów i postulatów: troska o poziom zatrudnienia, obawa przed przenoszeniem zakładów i miejsc pracy, krytyka ekonomicznego liberalizmu wpisanego w projekt europejski, poparcie dla gospodarczego i celnego protekcjonizmu. Wybuch kryzysu finansowego i gospodarczego w roku 2008, obawy związane z napływem imigrantów, zamachy terrorystyczne i rozczarowanie prezydenturą François Hollande’a przyczyniły się w roku 2017 do tego, że około 700 tysięcy wyborców lewicowych przeniosło swój głos na kandydatkę skrajnej prawicy. I oni właśnie (choć przepływy od prawicy do skrajnej prawicy były znacznie większe) w pewnej mierze zdecydowali o pokonaniu François Fillona przez Marine Le Pen (różnica głosów między nimi wyniosła 466 tysięcy głosów). „Lewicowy lepenizm” okazał się więc nie tylko fenomenem rzeczywistym, ale też narastającym do tego stopnia, by uzyskać wymierny wpływ na wybory Francuzów i francuską politykę.

Perrineau, odnotowując skutki, skupia się na przyczynach, które spowodowały, z jednej strony, wzrost znaczenia Frontu Narodowego, z drugiej zaś jego zasilenie przez wyborców tradycyjnie lewicowych. Autor Cette France… wskazuje tu przede wszystkim kierunki ewolucji francuskiej lewicy i zmiany jakie w ostatnich dziesięcioleciach zaszły w strukturze jej elektoratu. W roku 1981, gdy François Mitterand, kandydat Partii Socjalistycznej, po raz pierwszy obejmował fotel prezydencki, cieszył się poparciem 72% robotników i 62% pracowników średnio i wysoko wykwalifikowanych, by w 1988 roku osiągnąć w tych grupach wynik niewiele gorszy. Siedem lat później socjalista Lionel Jospin osiągnął wśród robotników wynik 53%, a w roku 2002 roku – gdy w pierwszej turze przegrał z Jean Marie Le Penem – cieszył się ich poparciem na poziomie zaledwie 13%. Nieco lepiej pod tym względem wypadła w kolejnych wyborach Segolene Royal, zaś Hollande w pierwszej turze wyborów roku 2012 zebrał 24%, zaś w turze drugiej – 59% głosów robotników.

Słabnące zakorzenienie lewicy w klasach ludowych potwierdziły, przytaczane przez Perrineau, sondaże opinii przed wyborami prezydenckie roku 2017. Ogół kandydatów lewicowych mógł tu liczyć na poparcie zaledwie 39% reprezentantów tej kategorii, a więc na tyle samo, co Marine Le Pen. W II turze tegorocznych wyborów poparło ją zaś 56% robotników i 46% średnio wykwalifikowanych pracowników umysłowych. Co więcej, jak pokazały wcześniejsze wybory innych szczebli, kandydaci FN uzyskiwali znakomite wyniki w regionach i departamentach, które do niedawna uchodziły za „twierdze lewicy”. W dwóch – l’Aisne i Pas-de-Calais – Le Pen pokonała w II turze wyborów prezydenckich Macrona.

Proces przejmowania przez Front Narodowy głosów warstw głosujących dotąd na lewicę Perrineau przedstawia jako złożony, wielowątkowy. Ważną rolę odegrało w nim porzucenie przez większość lewicy roli radykalnego trybuna ludowego, reprezentanta interesów socjalnych warstw pracowniczych. Perrineau mówi w tym kontekście o „lewicy bez ludu”, odnosząc to określenie przede wszystkim do głównej dotąd siły lewicowej Francji, czyli Partii Socjalistycznej. Skupiła się ona przede wszystkim na reprezentowaniu grup lepiej wykształconych i mniejszościowych, które mogłyby popierać postulaty „kulturowego liberalizmu”.

Właśnie w to miejsce wkracza Front Narodowy, świadomie wykorzystując nie tyle nawet jakąś abstrakcyjną polityczną próżnię, ile raczej żywe w elektoracie ludowym poczucie opuszczenia przez dotychczasowych reprezentantów. Dowodzi tego kilkanaście, obszernie cytowanych w książce i znacznie podnoszących jej wartość, pogłębionych wywiadów studentów politologii z dawnymi wyborcami lewicy, którzy zdecydowali się przenieść poparcie na FN. Oprócz poczucia porzucenia wyłania się z nich również – zwłaszcza wśród osób starszych – nostalgia za „starą, dobrą lewicą”, zarówno związkową, jak i reprezentowaną przez partie radykalne.

Wywodzone z wywiadów wnioski Perrineau nie ograniczają się jedynie do wskazania, jak skrajna prawica wykorzystuje żywe sentymenty. O wiele ciekawsze jest to, w jaki sposób politycy Frontu Narodowego zdołali dotrzeć do dawnych wyborców lewicowych na poziomie praktyki politycznej i postulatów programowych. W wywiadach dochodzi do głosu przekonanie, że politycy FN praktykują działalność „u dołu”, angażując się w problemy lokalnych społeczności. Takiemu modelowi działania towarzyszy prosty, niekiedy dosadny język, którego brakuje choćby liderom Partii Socjalistycznej, a po który chętnie sięga Marine Le Pen. I chociaż ma on pewne ograniczenia, czego dowiodły negatywne reakcje wyborców na postawę kandydatki FN podczas wyborczej debaty telewizyjnej z Macronem, spełnia inną ważną funkcję. Nadaje się mianowicie doskonale do tego, by FN mógł zająć dotychczasowe miejsce lewicy w „niewypowiedzianej walce klasowej”, czemu sprzyja dodatkowo starannie budowany obraz „Marine-córki ludu”. Nie bez znaczenia jest tu także, mający wzięcie wskutek znużenia mdłą postpolityką, model przywództwa – energiczny i silny, by nie rzec autorytarny – odpowiadający oczekiwaniom rozmówców wobec trybunki ludowej.

Warto pamiętać, że podobnymi cechami, choć znacznie mniejszymi sukcesami, legitymował się również Le Pen-ojciec. Lepsze wyniki jego córki Perrineau wywodzi przede wszystkim stąd, że udało się jej, przynajmniej częściowo, uwolnić Front Narodowy od etykietki partii skrajnie prawicowej, a jednoznacznie antysystemowej i pozbawionej pozytywnej propozycji politycznej. Na sukces tego zabiegu złożyła się oczywiście dbałość o zerwanie z partyjną przeszłością, w tym dyskwalifikującymi, otwarcie ksenofobicznymi, bądź w szczególności antysemickimi wystąpieniami ojca. O wiele ważniejsze było tu jednak przełożenie topornej, agresywnej ksenofobii i szowinizmu na dyskurs skupiony na obronie podmiotowości państwa francuskiego na arenie międzynarodowej, jego siły sprawczej i funkcji opiekuńczej w polityce wewnętrznej oraz ściśle przestrzeganej laickości.

Taka propozycja „narodowej recentralizacji” posłużyła jako oręż nie tylko przeciw neoliberalnej prawicy, ale też przeciw lewicy, która wspierając integrację europejską, przyczyniała się do pogłębiania problemu bezrobocia – zarówno przez procesy przenoszenia produkcji, jak i przez napływ siły roboczej z państw nowo przyjętych. Obrona laickości państwa okazała się tymczasem w warunkach francuskich postulatem w istocie konserwatywno-lewicowym. W wywiadach przytaczanych w książce Perrineau rozmówcy, przywiązani do modelu państwa opiekuńczego i wizji Europy socjalnej, wydają się zawstydzeni i pełni obaw z powodu losu, jaki zjednoczona Europa zgotowała Grecji, skarżą się na własne, niestabilne zatrudnienie, upatrując przyczyn tego stanu rzeczy w zderegulowanym i otwartym rynku europejskim. Gdzie indziej zaś wyrażają całkowite niezrozumienie, gdy politycy socjalistyczni wypowiadają się przychylnie o projektach dofinansowania prywatnych szkół muzułmańskich. Nadal przy tym identyfikują się z lewicowymi ideami czy zgoła wyrażają przywiązanie do politycznej lewicy. Sęk w tym, że najlepszego reprezentanta politycznego tych idei znajdują w partii uznawanej za skrajnie prawicową.

Wybór Frontu Narodowego i Marine Le Pen przez wyborców identyfikujących się z lewicą wynika nie tylko z motywacji socjalnej, ale również z wyboru tożsamościowego. Do wspomnianej już laickości, którą sprawnie, starając się unikać posądzeń o ksenofobiczny język), rozgrywa Le Pen, na tożsamość tę składa się wyraźnie zarysowany patriotyzm. „Narodowa recentralizacja” to nie tylko program odnowionego, opozycyjnego wobec neoliberalnego „państwa minimum”, etatyzmu. To także powrót do wizji polityki, która przedkłada interes francuski nad europejski, a na płaszczyźnie kulturowej (czy wręcz cywilizacyjnej) – dowartościowania kultury rdzennych Francuzów.

Strategia wyborcza Frontu Narodowego, zorientowana na przejęcie haseł i elektoratu lewicowego, przyniosła pewne efekty. Jednocześnie ostatnie wybory prezydenckie i parlamentarne wydają się oznaczać kres wieloletniej konkurencji tradycyjnej prawicy i tradycyjnej lewicy. Perrineau twierdzi, że będzie to sprzyjało dalszym przepływom elektoratu i wyłanianiu się nowych sił politycznych, które zaproponują inne linie konfliktu politycznego. Wskazuje przy tym, że w chwili obecnej mamy we Francji do czynienia z zaczątkami podziału, który wyznaczają, z jednej strony – idee „społeczeństwa otwartego”, z drugiej zaś – idee „narodowej recentralizacji”. W zakończeniu Cette France de gauche… znajdziemy także ostrzeżenie, że Front Narodowy, mimo ostatniej porażki, liczyć może w przyszłości na sukces, który jeszcze niedawno – w innym kontekście społecznym, ekonomicznym i międzynarodowym – wydawał się nie do pomyślenia. W takiej diagnozie, choć nie w obawie, wtóruje mu Fabien Engelmann, niegdyś działacz związkowy sympatyzujący z lewicą, obecnie polityk Frontu Narodowego. W wywiadzie z roku 2011 Engelmann powiedział: Nie ma już żadnych tabu: Front Narodowy jest teraz partią polityczną, która istnieje w pejzażu politycznym na równych prawach z innymi partiami. Moja droga polityczna może zadziwiać, ale naprawdę stanowi jedynie ilustrację wielkiego ruchu politycznych płyt tektonicznych, którego znaczenie przerasta moją osobę. W każdym razie już dziś – na co zdaje się wskazywać choćby działanie Macrona w sprawie pracowników delegowanych – Front Narodowy dysponuje siłą nacisku wystarczającą do wpływania na politykę francuską najwyższego szczebla.

Zmierzając ku zakończeniu, pozwolę sobie na pewną historyczną dygresję. W roku 2009 w trakcie kampanii poprzedzającej francuskie wybory do parlamentu europejskiego Louis Aliot, polityk Frontu Narodowego (a prywatnie partner Marine Le Pen) posłużył się plakatem wyborczym, na którym widniał cytat z Jeana Jaurèsa („Ojczyzna jest jedynym bogactwem tego, kto nie posiada nic”), jego zdjęcie oraz komentarz: „Jean Jaurès głosowałby na Front Narodowy”). Plakat ten był wówczas szeroko komentowany ze względu na zawłaszczenie przez partię skrajnej prawicy postaci i słów ojca nowoczesnego socjalizmu francuskiego, ale przede wszystkim z uwagi na wyjątkową perfidię. Przywołano bowiem słowa i wizerunek lidera socjalistycznego, którego krótko przed wybuchem I wojny światowej – po brutalnej i długotrwałej kampanii oszczerstw, w trakcie której wielokrotnie ze strony nacjonalistycznej prawicy padały oskarżenia o narodową zdradę, a samego polityka nazywano z niemiecka Herr Jaurès – zastrzelił prawicowy fanatyk. Trzeba przypomnieć, że ostatnie lata życia poświęcił Jaurès intensywnym wysiłkom na rzecz wspólnego działania socjalistów francuskich i niemieckich na rzecz zapobieżenia wybuchowi konfliktu francusko-niemieckiego – w słusznym przewidywaniu, że rozwinie się on w kierunku wojny niespotykanych dotąd rozmiarów.

Patrząc z perspektywy polskiej, powinniśmy być żywo zainteresowani tym, by w dziele zapobieżenia skutkom „narodowej recentralizacji” Jean Jaurès znalazł swych następców nie tylko we Francji, ale też w innych krajach. O optymizm trudno, przytoczmy jednak na zakończenie słowa założyciela „L’Humanité”: Nie ma niczego w naturze rzeczy, co by przeciwstawiało się temu, aby radość nie miała w końcu zwyciężyć bólu.

Pascal Perrineau, Cette France de gauche qui vote FN, Éditions du Seuil 2017, ss. 144

Ilustracja: Franciszek Sobieraj

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *