AUTOR

Andrzej Muszyński

Autor m.in. „Miedzy” i „Podkrzywdzia”, nominowany do Paszportów Polityki i dwukrotnie do Nagrody Literackiej Gdynia. Wiosną 2017 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się jego powieść „Fajrant” o doświadczeniu prekariatu. Ostatnio otrzymał Nagrodę A. Włodka przyznawaną przez Fundację Wisławy Szymborskiej. Mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Ten rząd to hufiec. Jest hufcowy, są drużynowi i druhowie, którzy zdobywają kolejne sprawności. Żadna to metafora. Jeśli ktoś tam z harcerstwa się nie wywodzi, to z nim sympatyzuje. Ze Związkiem Harcerstwa Rzeczpospolitej, katolickim ZHR-em, rzecz jasna. W ZHR-ze już w latach dziewięćdziesiątych wiedzieli, gdzie skierować czułki.

Pewnego dnia zjawili się u nas na wsi budować swoje struktury. Oferta nocnych ognisk, biwaków i tak dalej nie przyciągała, bo my mieliśmy to na co dzień, z czego oni sobie nie zdawali sprawy; kuszące było to, że ktoś przygodę ustrukturyzuje. Wprowadzi dyscyplinę w coraz bardziej rozczłonkowane na dwie, trzy stacje przed dorosłością życie, naprostuje.

Gdy wyjeżdżałem z nimi na obóz na pojezierze albo na wiosenny walny zlot w Beskidy, o ideologii ruchu nie miałem większego pojęcia. Tak było zawsze – nie interesowały mnie litery. Wolałem patrzeć, co robią, co się robi. Było jak w podręcznikach scoutingu Baden-Powella, a nawet fantazyjniej i w ciekawszym pejzażu. Apele, przyjaźń, życzliwość starszych, kodeks honorowy, jasne zasady zdobywania sprawności. Ogień, modlitwy o świcie w kręgu, braterstwo. Uwierzyłem, że znalazłem się cudem w nieskazitelnym świecie. Wszyscy z nich zostawili maski w domu, w ogóle ich nie założyli, ostatecznie wyrzucili przez okno pociągu, za którym łuna księżyca rysowała na łąkach kolejne jeziora tak surrealistycznie, że wydawaliśmy się pędzić wierzchem wąziutkich grobli. Wierzyłem, że jeśli ja, człowiek słaby, nawalę, to nie zawiodą odpowiedzialni. Dalej: cztery kilometry przez las na mszę przez pomorskie bory. Pachniało nagrzanym piachem i sośniną. Białe podkolanówki odcinały się od szarości boru. Z takim śpiewem doszlibyśmy nad Bałtyk. Kolorowe domy wyłaniały się zza pni jak przerośnięte, kanciaste owoce.

Krok był pewny a przyszłość okiełznana. Patriotyzm, ten z „Potopu”, umacniał w pewności siebie, znosił bierzmo podskórnego wstydu za swoich, doprawiał przeszłość. Nagle okazał się żywy, możliwy, a im więcej skautów gromadziło się na polanie, tym bardziej szkaradny wydawał się świat zewnętrzny: niewtajemniczony, bez nadziei, wiary i przepastnych marzeń, unurzany w codzienności, z podkrążonymi od niej oczami. By bronić tej enklawy, uprawniony wydawał się sam podstęp.
Niewiele spałem. Warty wypadały o czwartej, trzeciej nad ranem. Słońce wschodziło z dna jeziora. Siedziałem na pniu i rojąc, wydłubywałem igliwie z polaru. Po całej nocy w pociągu dotarłem do domu przed dziewiątą rano i zasnąłem na dwadzieścia cztery godziny. Rodzice sprawdzali, czy żyję. Nigdy nie udało mi się tego wyniku poprawić. Tak śpią tylko szczęśliwi ludzie. Obudziłem się z wybielonymi gałkami, z orężem w płucach.

Iluzja trwała krótko. Poczułem się zdradzony. Odkryłem, że jeden z szefów obozowych pływał cichcem prywatną żaglówką po jeziorze. Nie akceptowałem wówczas żadnej elitarności. Gdy okazało się, że pracuje w dziadowskiej komercyjnej firmie, czar prysł zupełnie. Nurzał się w tym, przenosił bakterie. Inny smród plątał się pomiędzy szałasami na kolejnym wypadzie: skauci wymykają się pić i palić. Gwóźdź do trumny: kolejny starszak skopcił bagażnik zioła, jakiej marki wóz nie napiszę, bo migiem mógłby zostać rozpoznany. Ściślej – od zioła zaczynał.

Odkryłem pierwszy w życiu układ, pic na wodę. Stanąłem, niższy od nich o głowę, gdy przed posiłkiem składali ręce do modlitwy. Nie wiedzieli, kim wtedy byłem. Nie rozumieli, że nie toleruję takich kompromisów i zdrajców sprawy, którą wszczepiłem w serce, a gdy ktoś stanie się moim wrogiem, sprawię, że do śmierci odechce mu się być wrogiem kogokolwiek.
Ten rząd to hufiec, a jego zastępy, wbrew pozorom, rosną. Obecność na ekranie hufcowych w orędziach uspokaja. Gdy ludziom żyło się spokojniej, w telewizji występowali przecież poważni ludzie. Programy Kołakowskiego, Miodka, czy Kobylińskiego nie zakładały targetu. Były dla biednych i bogatych. Wyższe trafiało pod strzechy i dźwigało. Więc druhowie znów zasypiają ze świadomością, że ktoś czuwa, usłyszy każdy plusk w jeziorze, nie dopuści basiorów. Pogrozi, naprostuje, gdy trzeba, a gdy grzesznikowi podwinie się noga, oni zachowają trzeźwość. Rząd ma być wzorem do naśladowania. Winien zaprowadzać na ulicach ład, a więc moralności podglebie. A moralność, chcesz, czy nie, człowiek jest kanalia, sprawdzała się tylko wtenczas, gdy gwarantowała ją ustawa. Za grosz nie mają poczucia humoru. To znaczy mają, ale to swoje, jak z olchowego kija. To druhom nawet pasuje. Mieliśmy już wiele rządów z poczuciem humoru. Rząd ma być rezerwatem wartości wyższych.

Drużynowy się nieco wyłamuje. Figluje. Przyprawia rogi możniejszym od siebie. Uczęszczałem na zajęcia do drużynowego-adiunkta na uniwersytecie. Uczył prawa administracyjnego. Imponował wiedzą. O tak nudnej substancji jak kompetencje wojewody potrafił opowiadać z boską pasją. Był tak stanowczy jak dziś w orędziach, ale bez tej marsowej, kreskówkowej mimiki. Wydawał się wierny prawu stanowionemu jak pies. Nie mobilizowałem się na wykłady, ale ćwiczenia były obowiązkowe. Październik był miesiącem wykolejających inauguracji i powitań, w pierwszy tydzień listopada wchodziło się bokiem, więc już przed Zaduszkami przekroczyłem limit trzech nieobecności. Podszedłem do niego i mówię: „Panie doktorze, tak proszę, błagam, naprawdę..” Złamał regulamin w imię człowieczeństwa, odpuścił. Gdyby hufcowy to wszystko wiedział, nie byłby tak zaskoczony wetem.

Nie mogli wybrać bliższej druhom drużynowej. Jest gminna, matczyna, jak sąsiadka, co to pod płotem oplewi warzywa. W piątek po południu wraca po pracy do rodziny, niczym Gierek, który ponoć na pewnym etapie kończył sekretarską dniówkę jak w kopalni z wybiciem równej, bodaj piętnastej godziny. Nieuważny ten, kto i z tego szydzi. Ona, gdy trzeba, wypłaci. Gdy warto, ukarze. Czyści teren. Na wsiach, skąd najwięcej nowych druhów, zrobiło się przejrzyściej. Lasu, przykurzonych chwastów tu do przesady. Na podwórkach jaśniej i cywilizowaniej, a że tam kto z rozmachem trzasnął spróchniały dąb? Rośnie tysiące nowych, skąd ta miejska panika? Nikomu nie przeszkadza rozproszenie teoretycznie jednoosobowej wykonawczej władzy. Jest ona jak prawdziwa rodzina: jest w niej mężczyzna i kobieta. To nic, że hufcowy przemawia obcym druhom językiem. Litery literami. Przez lasy maszeruje nowy narybek. Są ich tysiące. Mają broń, mają cel, mają ubaw. Piasek w butach masuje stopy. Wracają do domu i zasypiają na dwadzieścia cztery ha.
Druhowie, z was jestem, z wami żyję, więc pozdrawiam z symboliczną przekorą – czuwajcie!

Ilustracja: Wacław Andrzej Marat

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *