AUTOR

Grzegorz Wróblewski

Ur. 1962 r. w Gdańsku, w latach 1966-1985 mieszkał w Warszawie, od 1985 r. w Kopenhadze. Autor książek poetyckich, prozatorskich i dramatów; m.in. Ciamkowatość życia (1992/2002), Planety (1994), Noc w obozie Corteza (2007), Nowa Kolonia (2007), Dwie kobiety nad Atlantykiem (2011), Wanna Hansenów (2013), Kosmonauci (2015), Namiestnik (2015). Wraz z Wojtkiem Wilczykiem artbooka Blue Pueblo. Tłumaczony na kilkanaście języków, m.in. na język angielski (Our Flying Objects – selected poems, 2007; A Marzipan Factory – new and selected poems 2010; Kopenhaga – prose poems, 2013, Let's Go Back To The Mainland, 2014; Zero Visibility, 2017). W Danii w ostatnich latach zbiory wierszy Digte (2015) oraz Cindys Vugge (2016). W latach 1993-1998 współpracował z pismem Brulion. Jego twórczość artystyczna obejmuje akcje w przestrzeni miejskiej, instalacje i malarstwo. Swoje prace wystawia od końca lat 80. Miał m.in. wystawy indywidualne w Domu Literatury w Łodzi (2015), Gdańskiej Galerii Guntera Grassa (2015), Muzeum Literatury w Warszawie (2014), Centrum Kultury Katowice (2014), Gallery ZENIT w Kopenhadze (2011, 2009) czy Gallery Brantebjerg (Nykøbing Sj./Dania, 2008).

Znamy dość dobrze wszystkie te waleczne wypowiedzi znawców/ekspertów/ignorantów: Obraz się tu przecież nie liczy, spójrz lepiej na ramkę! Czy popularne hasło z Facebooka: Kupiłbym tę książkę, gdyby nie okładka. Konkursy na kiczowate, brzydkie, najgorsze okładki… Lobby wydawców, gdzie covery dostojne – z powszechnie szanowanym bocianem, sztuką niderlandzką, impresjonistami. Albo (dla odmiany) zdjęcia z Shutterstocka… Kluby wyznawców minimalizmu! Okładki-monochromy. Różowe niedźwiedzie obok action painting. Od Pollocka do psychokrajobrazów naszego gloryfikowanego Beksińskiego. Taszyzm. Martwa natura. Gonitwa z siekierą za bogu ducha winną dziewicą, w blasku księżyca (nad mokradłami). Jak w znanej piosence: Rysunek Gienia, czego tu nie ma…

Wiadomo, co stało się z pierwszym nakładem „Człowieka z wysokiego zamku” Philipa K. Dicka. Dopiero gdy zmieniono okładkę tej alternatywnej historii na typową dla fantastyki naukowej, książka zaczęła się szybko rozchodzić. Biedny Markiz de Sade! W grobie przewraca się oburzony Oscar Wilde. Natomiast Stephen King liczy z pewnością talary i chyba się kompletnie nie przejmuje tym, jak nieprawdopodobnie dupiaste są okładki jego książek. Może sam jest ich autorem? Prawa rynku! Przecież nikt nie wypuści dzieł zebranych Norwida ozdobionych stworami z Mordoru. Chociaż nic nie może przecież wiecznie trwać. I taką ewentualność powinno się brać pod uwagę… Więc jak nie pojutrze, to może smoki załatwią naszych romantyków w kolejnej dekadzie? Never mind… Jakiś sieciowy mędrzec wyjaśnił kiedyś sprawę konkretnie: Książek nie ocenia się po okładkach, ale to okładki decydują o tym, czy zagłębimy się w lekturę. W przypadku rzeczy niskonakładowych, np. zbiorów poetyckich, nie ma chyba wielkiego dylematu. Większość nakładu (300-800 egzemplarzy?) rozchodzi się i tak jedynie wśród znajomych (znajomych znajomych), najbliższej rodziny, wiecznie rozgoryczonej grupki krytyków. Poezja współczesna to nieco inne (niż na normalnym rynku książki) reguły gry. Inne też komplikacje, ale także możliwości. Wśród tych niszowych (lokalnych) speców od projektów okładek możemy się oczywiście natknąć zarówno na zarozumialców, beztalencia, jak i na świetnych, kompetentnych fachowców, posiadających tzw. wizję, otwartych na sensowną współpracę z autorami itd.

Ponieważ jestem artystą wizualnym, dysponowałem zawsze własnymi materiałami, które mogłyby się, zwłaszcza na coverach moich książek, świetnie sprawdzić. Nigdy nie była to jednak jakaś sztywna idea/założenie, coś obligatoryjnego. Okładki pojawiały się w snach i na jawie. Na zasadzie burzy mózgu lub podczas oglądania nudnego serialu o małżeńskich zdradach/wojażach. Spadały z nieba. Przychodziły znikąd albo od bardzo konkretnych ludzi, zajmujących się bardzo konkretną działalnością. Więc na zasadzie małego wyjaśnienia. Okładki moich książek to była zawsze osobna (kosmiczna) historia. To nie tylko kaligrafie/akryle mojego autorstwa! To często pomysły, dzieło ludzi, których dane mi było na tej planecie spotkać, takich jak Teodor Bok, Wojtek Wilczyk, Kaspar Bonnen, Beata T. Wróblewska, Wojciech Laskowski, Martin Budtz. Część z nich (Teodor/Martin) zakończyła już swoją ziemską przygodę… I rozmawiam często z nimi po latach bez okazji, przy śniadaniu lub na plaży nad Sundem. A moje książki z ich foto-graficznymi-malarskimi sygnałami jakoś fizycznie ocalały. Na razie nie trafiły na stos/makulaturę…

Reprodukcje moich z kolei prac (akryle/kaligrafie/rysunki/mix-media) wielokrotnie zostały wykorzystane na okładkach książek i pism literackich w Polsce, Danii, Australii, USA i UK. Nie chodziło tu tylko i wyłącznie o teksty Grzegorza Wróblewskiego. Niekiedy były to książki ludzi, z którymi miałem przestrzenną łączność. Paweł Kelner Rozwadowski, Marcus Slease, Krzysztof Jaworski… Czyli bez przypadkowych rzutów na taśmę. Selektywność, of course. Ilustratorem (masowym producentem okładek) jakoś nie zostałem i tak się złożyło, że nigdy nie miałem tego typu ciągotek/ambicji… Ponieważ udało mi się pooddychać na Ziemi zdumiewająco długo (jeśli brać pod uwagę mało regularny tryb życia, tzw. ekstremalne przygody, szybowania & spadania), ciężko byłoby mi tutaj o wszystkich tych moich okładkowych tropach rozprawiać. To chyba większy, rozbudowany poligon. Skoncentruję się więc (sygnałowo) jedynie na serii „VERSION 1-8”, ośmiu obrazach (akryl/tusz) o formacie 120 x 100 cm z 2006 roku. Powstały one w Kopenhadze, gdzie przy ulicy Amagerbrogade, w nieistniejącej już galerii „Luna” mój znajomy posiadał pracownię. Każdy z nas namalował tam własną serię. Na temat tej akcji napisałem wiersz „BŁĘKITNE GŁOWY”, który ukazał się później w zbiorze „Pan Roku, Trawy i Turkusów” (FA-art, Katowice 2009):

BŁĘKITNE GŁOWY

10 litrów przecenionego, akrylowego oceanu!
Damy temu tytuł – BŁĘKITNE GŁOWY
i objedziemy z nimi jutlandzkie wioski.
Pomyślcie, ci ponurzy hodowcy prosiaków
i strusi…

Wmówimy im, że nasze obrazy pomagają
w zbiorach pszenicy, a najlepiej to niech się
pod nimi kopulują (wypada dołączyć kalendarzyki
i zrobić jakieś tajemnicze wykresy,
z uwzględnieniem pełni księżyca).

A potem zwiniemy interes i na ciepłe wyspy!
Szukać nowej wersji panteizmu.

Tak, VERSION to był przede wszystkim błękitny akryl. Mój (wtedy) ukochany kolor. Ale także jedno czerwone i dwa czarne płótna. Praca nad nimi poszła mi dość sprawnie. Miałem wtedy OK fazę. Życie układało się podejrzanie dobrze. Mój ukochany aniołek jeszcze nie okazał się wyrachowanym diabłem, podróżowałem z nim po świecie, powróciłem do literatury, kolekcjonerzy wykupywali obrazy, zero brałna i innych zabawek – miłość, miłość, Tàpies/Twombly, koncentracja… Co się potem oczywiście diametralnie zmieniło. Ale to dramatyczne „potem” nastąpiło kilka lat potem i wypada nam poza temat niniejszego szkicu. Wszystkie osiem, cała seria „VERSION” załapała się w 2007 na prestiżową wystawę cenzurowaną NordArt w Niemczech. Jest to jedna z najważniejszych corocznych akcji artystycznych w Europie. Jak można konkretnie wyczytać na ich stronie: Since 1999 the NordArt has established itself as one of the largest exhibitions of contemporary art in Europe which takes place anually in the summer months. The NordArt is an overall work of art in its own right and is designed as such each year. More than 200 international artists, selected by a jury, present a comprehensive panorama of contemporary art. Each individual work not only speaks for itself but also creates new perspectives when seen juxtaposed against the unique backdrop offered by the Carlshütte and the adjacent historical sculpture park. Uczestniczyłem w różnych wystawach zbiorowych w wielu krajach, nigdy jednak nie miały one aż tak dużej powierzchni. To mnie pozytywnie zaskoczyło… Exhibition area: the former Carlshütte foundry (22,000 sqm), the ACO Wagenremise (400 sqm) as well as the park (80,000 sqm) and public places of the town of Büdelsdorf. „VERSION 1-8” miały tam dużo tlenu i zostały też odpowiednio wyeksponowane. Do tej pory pamiętam nieco kiczowate otwarcie, wernisaż, na którym pojawiła się liczna grupa kacyków (kraju związkowego) Szlezwik-Holsztyn. Orkiestra, parówki, alkohol… Festyn! A potem intrygujące rozmowy w kuluarach: Jestem profesorem z Tokio i pokazuję wehikuł czasu, a ja z Moskwy i wierzę w sztukę figuratywną, a ja z Honolulu i lubię niemieckie blondynki. A ja wpiszę to sobie do curriculum i ceny na moje szklane penisy znacznie podskoczą. A ty skąd jesteś? Bo ciebie tu wcześniej nie zarejestrowaliśmy. Upiłem się kiedyś z Kantorem, on też był chyba z Czechosłowacji, chociaż nie, to jakiś Polak, ale gdzie ja właściwie z nim piłem, tak, w Polsce najbardziej opłaca się kupić kamienicę i zrobić zęby, sztukę macie jednak przedpotopową. Z Kopenhagi? A to zmienia postać rzeczy! Nikt nie przebije Jorna, Tal R też zrobi kasę. Natomiast Kirkeby przesadza z cenami. To zwykły chuj i kombinator… Lubię te niemieckie blondynki, bo jestem profesorem z Tokio, a ja wpiszę sobie do curriculum i zaraz podskoczę. Szklane penisy, rękę podał mi dzisiaj prezydent landu… Dobrze nam znane, charakterystyczne klimaty. Zamiast Nikifora, światowi profesorowie od teleportacji, czyli bez większych wstrząsów termicznych. Inna może skala/koniaki, ale humanoid zawsze do siebie podobny. Jakim by krawatem/lakierkami nie próbował nam zaszpanować.

Obrazy z cyklu „VERSION” pokazywałem jeszcze potem (w różnych konfiguracjach) na kilku wystawach zbiorowych i indywidualnych w Kopenhadze. Szybko znaleźli się ludzie zainteresowani ich kupnem. Sześć rozeszło się błyskawicznie w świat. Jeden zabezpieczył sobie znany człowiek z branży muzycznej, kilka rozprowadziły bezpośrednio galerie. Pamiętam też odwiedziny pewnego nadzianego kolekcjonera sztuki. Przyszedł do mnie razem ze swoją dystyngowaną żoną. Pertraktacje nie trwały zbyt długo. Cena nie odgrywała tu żadnej roli. Chodziło wyłącznie o kolor! Żona kolekcjonera okazała się bardzo konkretną i zdecydowaną osobą: Uwielbiam czerwone obrazy! A ten mi wyjątkowo klanguje. Coś takiego idealnie będzie pasować w sypialni, obok tego gościa z Islandii. Bierzemy! Szybka piłka. Kolekcjoner wyciągnął banknoty i „VERSION 8” (o którym będzie tu jeszcze mowa) powędrował do ich willi. Zachowałem dwa ostatnie płótna tej serii. Chciałem je zatrzymać na wypadek jakiejś ewentualnej akcji retrospektywnej, a jak zacznie mi już definitywnie gasnąć planeta, przekazać komuś, kto się z nimi może mocniej zaprzyjaźni (jeśli ktoś taki się oczywiście kiedykolwiek na horyzoncie pojawi). I jeszcze dokumentacja prac! Na początku trochę olewałem sprawę. To była oczywiście głupota, błąd strategiczny… Nie zależało mi na zdjęciach, na żadnych śladach, traktowałem działalność w 100% akcyjnie. Obrazy powstawały, były następnie pokazywane w galeriach, sprzedawane znajomym czy obcym ludziom… Przebudziłem się pewnego jesiennego dnia, w połowie lat 90. Dobrze pamiętam ten moment/sytuację. Jakaś wesołkowata (czyli klasycznie ponura) impreza w domu nieznanych mi wcześniej muzyków heavymetalowych. Koledzy w czarnych skórach i ze srebrnymi pierścieniami (trupie czaszki etc.). Biały proszek… Na ścianach złote/platynowe płyty i dobrze mi znany, szalony, meskalinowy obraz. Obraz, którego byłem autorem! Sprzedany kilka lat wcześniej na wystawie grupy „Totem” w Rødovre. Dziwnie się wtedy poczułem. Jakby to było celowo zainscenizowane. Predestynacja… Nasze ponowne spotkanie. Od tamtej pory starałem się w miarę systematycznie robić dokumentację. I nawet jak dane prace nie były już dłużej moją własnością, dysponowałem ich zdjęciami… Mogłem je potem dowolnie wykorzystywać w publikacjach itd.


„The Delinquent”, #3/July 2007, London-UK. Na okładce „VERSION 2” (2006), projekt: redakcja pisma.

Drugie życie serii „VERSION”! Rozpoczął je obraz „VERSION 2”. Znalazł się na okładce londyńskiego „The Delinquent”. Pismo to wychodziło w latach 2006-2013. Już dokładnie nie pamiętam, jak do nich trafiłem. Pewnie wprowadził mnie tam jakiś zaprzyjaźniony poeta z Londynu… Ale kto? Kompletny blackout… Moje wiersze (przekłady) i prace malarskie były w trzynastu numerach, a łącznie wydali ich tylko dwadzieścia. Duża więc częstotliwość. W sumie nie kojarzę, żebym w jakimś innym miejscu występował aż tyle razy. Nawet nie w „Brulionie”, „Twórczości”, „Odrze”, „FA-arcie”, „London Magazine”, „Poetry Wales”, „Exquisite Corpse”, „Jacket Magazine”, „Øverste Kirurgiske” (Dania) czy paryskiej „Kulturze”, gdzie produkowałem się przecież dość systematycznie… Coś mnie tam do nich przyciągało, z kolei redaktorzy „Delinquenta” widocznie (po)lubili moje rzeczy. Pismo było robione w interesujący sposób. Bardzo selektywne, ale też akcyjne. Nie było w nim żadnych dodatkowych komentarzy krytycznych, żadnych recenzji, ozdobników, not o autorach czy innego redakcyjnego ględzenia. Tylko teksty: poezja i krótkie prozy. Za każdym razem coś w rodzaju antologii. Bez podziałów generacyjnych, politycznych, płciowych… Działało to niezwykle świeżo, dynamicznie! Publikowali w nim zwłaszcza autorzy z USA/UK, ale także Australii, Indii, Nowej Zelandii, Irlandii etc. Niekiedy też prezentowano tłumaczenia. Overgroundy mieszały się tam z undergroundami. I dobrze się to czytało, czułem przestrzenny progres… Najlepiej pasowałyby tutaj słowa piosenki Kazika:

Idę tam gdzie idę, nie idę gdzie nie idę
Idę tam gdzie lubię, nie idę gdzie nie lubię
Idę tam gdzie idę, nie idę gdzie nie

W „The Delinquent” nie było mowy o nudzie/stagnacji, o demonie, którym nas wiecznie straszą, czyli o jakimś globalnym wyczerpywaniu się poezji. „VERSION 2” był do tego typu frontowej historii stworzony. Pismo to miało z pewnością sens i przyspieszenie…


Grzegorz Wróblewski, „VERSION 3” (2006).

Obraz „VERSION 3” jest najbardziej w tej serii intensywny, stanowi jej epicentrum. Ogniskową… Może sprawiać wrażenie pracy nieco zbyt ekspresyjnej i raczej nie każdy jest w stanie go szybko zaakceptować. „VERSION 3” podobał się z kolei zawsze miłośnikom asemic writing, dobrze się na jego temat wypowiadali teoretycy tego kierunku w sztuce, np. Michael Jacobson. Od razu zainteresował też wydawców książek. Dwukrotnie wykorzystano fragmenty tej w sumie kaligrafii. Zazwyczaj (poprzednio) polegało to na prezentacjach całości danego obrazu. Rozwiązanie, na zasadzie „na okładce wykorzystano fragment obrazu”, może być jednak czymś interesującym, otwierającym oczy na konkretne sekwencje płótna, w efekcie wzmacniającym odbiór. Wszystko zależy tu oczywiście od umiejętnego layoutu i tła, doboru sensownej czcionki (liternictwa) etc. Z tym mogą być zawsze problemy. Wszyscy wiedzą wszystko – jak nas kiedyś mądrze poinformował Jack Kerouac…


„Mercury Project” (Toad Press, USA 2008), na okładce wykorzystano fragmenty obrazu „VERSION 3”, projekt: Toad Press.

Arkusze poetyckie, chapbooki (w UK stosuje się często termin pamphlet) to doskonała metoda promowania autorów (medalistów i tych zaczynających dopiero karierę). A dla nich samych potencjalny poligon badawczy. Możliwości testowania dłuższych/krótszych ciągów wierszy, sprawdzenia jak najlepiej mogłyby w danych konfiguracjach zaistnieć, obserwacji ich przeróżnych wersji (translatorskich, wersyfikacyjnych itd.). W USA/UK/Australii da się znaleźć wydawnictwa specjalizujące się jedynie w chapbookach. Są i takie, które wydają je obok regularnych książek. Jak możemy wyczytać w sieci: These publications range from low-cost productions to finely produced, hand-made editions that may sell to collectors for hundreds of dollars. Wiele osób wydaje chapbooki na własną rękę, w małych/dużych (często numerowanych) nakładach, na specjalnym papierze itp. Takie wydawnictwa bywają edytorskimi perełkami, obiektami sztuki. Czasem posiadają ISBN i można je upolować na Amazonie. Tak było z „These Extraordinary People” (erbacce-press, Liverpool/UK 2008), chapbookiem obecnie już trudnym do zdobycia. Amerykańskie niszowe wydawnictwo Toad Press, kierowane przez (bardzo zdolną zresztą poetkę) Genevieve Kaplan, specjalizuje się w chapbookach z wierszami tłumaczonymi na jęz. angielski. Są przy tym bardzo selektywni. W swojej „Toad Press International Chapbook Series” wypuścili takich autorów jak Tristan Tzara, Vicente Huidobro, Mariana Marin, Bertold Brecht czy Rafael Ballesteros. W 2008 roku ukazał się u nich mój „Mercury Project”, chapbook zawierający 16 wierszy w przekładach Adama Zdrodowskiego. Poszczególne utwory z tej całości publikowane były wcześniej w pismach „Common Knowledge”, „Jacket Magazine”, „Word Riot” i „The Delinquent” (w „The Delinquent” wspomniane już wyżej „BŁĘKITNE GŁOWY” jako „BLUE HEADS”). Zaproponowany przez „Toad Press” projekt okładki od razu uznaliśmy z Adamem za udany. Podobało nam się błękitne tło i deformacja, wybór motywów z „VERSION 3”. To miało sens, ciekawie się prezentowało. Nie zasugerowano też upiornego liternictwa rokoko, które może skutecznie zniszczyć nawet najlepiej zapowiadający się cover… Dla nas ten druk ponadto oznaczał, że mogliśmy dalej spokojnie budować regularną książkę, o której będzie tu jeszcze w artykule mowa.


„Pomyłka Marcina Lutra (proza i szkice kopenhaskie)” (Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2010). Projekt okładki Jakub Rakusa-Suszczewski. Na okładce wykorzystano fragment obrazu Grzegorza Wróblewskiego „VERSION 3”.

Szukanie własnej kreski to prawdopodobnie projekt niemożliwy, dożywotni. W najlepszym przypadku delikatne przybliżanie się do ciągle umykającego celu. Podobnie jak pisanie niepokojących, tropiących absolut poematów. Chyba że ktoś na serio uwierzył w głowę konia, potrafi ją zarejestrować stopami i znalazł na nią tzw. klientelę, czyli marszandów o sercach zimnych jak lód (żeby zabrzmiało nam nagle bardziej może poetycko). Wydaje mi się, że tacy ludzie jak Cy Twombly walczyli do samego końca. Dopiero po mniej więcej dwudziestu latach eksperymentowania z tuszem i akrylami poczułem, że jestem nieco bliżej niż dalej. I zacząłem to moje „bliżej” dokładniej obserwować, badać, rozwijać… Ciekawie na ten temat wypowiedział się w katalogu mojej wystawy w Muzeum Literatury w Warszawie (2014) Wojtek Wilczyk: (…) Owszem we wcześniejszych pracach widać echo działań Pierre’a Alechinsky’ego, Roberto Matty, Antonio Tàpiesa czy Roberta Smithsona, jednak mniej więcej w połowie pierwszej dekady obecnego stulecia Wróblewski dopracowuje się stylistyki, którą przy typowej dla ekspresyjnych abstrakcji grze amorficznych plam i form wyróżnia obecność elementów kaligraficznych. (…) Pisane obrazy i rysunki autora „Kopenhagi” są znów, podobnie jak jego wiersze czy prozy, mocno osadzone w realiach tego miasta nad Sundem, mieszkania w dzielnicy na wyspie Amager, w lokalu przy ulicy Elbagade. Mówią o tym nie tylko tytuły prac (oraz widoczny w poprzednim zdaniu ciąg akwatycznych skojarzeń), ale także ich egzystencjalny, mroczny klimat. Niemal stale obecnym motywem na tych obrazach jest szkicowo potraktowana męska głowa, rysowana zawsze z profilu. Ta powracająca obsesyjnie postać, przywodzić może na myśl powtarzane równie seryjnie mniej lub bardziej fikcyjne autoportrety w grafikach Jerzego Panka, którego twórczość Wróblewski zna i ceni. (…).

Na okładce „Pomyłki Marcina Lutra” wykorzystano właśnie profil głowy, nieduży, dobrze zakamuflowany fragment „VERSION 3”. Trzeba nieźle wpatrywać się w wyjściową całość, żeby zobaczyć, z którą sekwencją mamy tu do czynienia… Mały sprawdzian spostrzegawczości! Element ten jest bardzo dla moich działań malarskich typowy. Oddaje też chyba optymalnie ducha książki, naprowadza na jej zawartość/przesłanie. „Pomyłka Marcina Lutra” jest książką hybrydyczną (podobnie zresztą jak wydane później „Gender” czy „Namiestnik”). Poszczególne teksty ukazywały się m.in. w „Twórczości”, „FA-arcie”, „Opcjach”, „Tygodniku Powszechnym”. Oprócz prozy i szkiców mamy tu do czynienia z poezją, prozą poetycką, miniesejami. To bogactwo gatunków nie było z mojej strony jakimś siłowym, sztucznym zabiegiem. Rzecz opowiada o rytuale wyspy, o zaklęciach tranzytowego, hanzeatyckiego miasta Kopenhagi. Jest czymś w rodzaju dialogu ze „Smutkiem tropików” Lévi-Straussa. Ciągiem dalszym najważniejszej chyba książki, jaką dane mi było w życiu przeczytać, czyli „Pamiętnika żołnierza Korteza” (Bernal Díaz del Castillo). O Obcym/Innym, szybowaniu i spadaniu, lewitacjach i runach nie dałoby chyba rady zrobić tradycyjnego wypracowania… Przynajmniej ja musiałem przyatakować to w zupełnie inny sposób. Ostatnio nadużywa się wyraźnie w Polsce terminu „interdyscyplinarność”. Wszędzie hasło-demon: „interdyscyplinarność & interdyscyplinarność”. Wszystko musi być podobno „interdyscyplinarne”. Poezja o białych jeleniach o zachodzie słońca zapodana razem z laptopami. Książka ultraliryczna ilustrowana manekinami, którym jakiś sadystyczny ogrodnik obciął piłą spalinową głowy etc. Więc taka ta nasza interdyscyplinarność… W praktyce jednak artysta interdyscyplinarny spotyka się z pretensjami i niewiele wnoszącymi dywagacjami. Miliony razy robiono mi przemówienia w stylu: Przecież jak obrazy, to nie ma mowy o wierszach, jak wiersze to przecież nie płótna! Przecież, przecież, przecież… to z góry porażka. Przecież musi się pan, do jasnej cholery, określić. Rzeźbiarz, malarz, poeta, hochsztapler? Jakiś klasyczny stręczyciel? Przecież jedno nie pasuje do drugiego. Czy chce pan być traktowany poważnie? Proszę się więc zdecydować. Działalność literacka, czy sztuki wizualne? Bo jedno z drugim przerasta możliwości profesorów z Katedry Semantyki… Tak to właśnie wygląda w przypadku moich książek hybrydycznych. „Pomyłka Marcina Lutra” była nie do przełknięcia dla rodzimych ekspertów zarówno od prozy, jak i poezji. O tych od prozy poetyckiej nie wspominając. Henryk Bereza napisał w blurbie, że moje zapisy wymagają w lekturze szczególnej kolaboracji myśli i wyobraźni. Tzw. pobożne życzenie. Więc szczęścia, zdrowia i pomyślności dla tych, którzy próbują przebijać się przez front, aż na tyły wroga (jak śpiewała kiedyś Brygada Kryzys). Mamy podobno 2017 rok. To nieprawda! Ktoś nas z premedytacją robi w balona. Grany jest niebocentryzm (Cyrusa Teeda).


„A Marzipan Factory” (Otoliths, Australia 2010), cover painting „VERSION 1” by Grzegorz Wróblewski, cover preparation by harry k stammer.

Pierwszą regularną książkę poetycką w jęz. angielskim wydano mi w angielskim Cambridge w 2007 roku. W elitarnym wydawnictwie Equipage, dowodzonym z Jesus College przez słynnego brytyjskiego autora, Roda Menghama. Niby więc najlepszy z najlepszych możliwych początków przygody na tym potężnym obszarze językowym. Dalszy ciąg nie był jednak usłany różami. Okazało się, że owszem, Equipage jest miejscem legendarnym, ale maksymalnie też hermetycznym. Wydają (często w formie chapbooków) m.in. J.H. Prynne’a, Petera Gizziego, Johna Kinsellę, Toma Rawortha, Caroline Bergvall. Wydają, ale coś niespecjalnie zainteresowani są potem promocją. Zdystansowany Rod Mengham czeka zawsze na jakieś otwarcie, ruchy ze strony prasy, krytyków, a z kolei media czekają na jego uaktywnienie się. Wszyscy więc na siebie czekają i w efekcie wiele istotnych tytułów „Equipage” przepada, ginie (niestety) bez śladu. Znają je tylko jajogłowi profesorowie z Cambridge albo Oxfordu. Dość szybko zorientowałem się w całej tej ciuciubabce i sam wysłałem egzemplarze do kilku sensownych krytyków. Czegoś się jednak dzięki „Equipage” nauczyłem… Liczy się nie snobizm i izolacja, ale energetyka, działanie, nawiązywanie łączności z ludźmi, którym być może na tym zależy. Tacy czasem potrafią się znaleźć, mimo że mowa tu o poezji, a nie o poradnikach konserwacji piły tarczowej. Kolejny zbiór „anglo-” zapragnąłem więc wydać w miejscu bardziej żywym, dynamicznym. Współpraca z Adamem Zdrodowskim (tłumaczenia) układała się świetnie. Mieliśmy już na koncie ww. ”Mercury Project”, a także dużo publikacji w interesujących pismach online i drukowanych. Kilka wcześniej już wymieniłem, ale w kontekście zbioru „A Marzipan Factory” warto tu jeszcze dodać cenione w światach poetyckich tytuły, takie jak: „Absinthe: New European Writing”, „Action Yes”, „Exquisite Corpse”, „Guernica”, „Poetry Wales”, „West Wind Review”, „Magma Poetry”, czy „otoliths”. Właśnie, ”otoliths”! Australia… W jaki sposób trafiłem akurat do australijskiego wydawnictwa? The Lord works in mysterious ways! Ale tutaj te wyroki boże były jak najbardziej przesądzone. Nic nie odbywało się przypadkowo i bez kontrolki. „Otoliths” było pismem i wydawnictwem odpowiadającym mi pod każdym możliwym względem. Publikowali rzeczy drukowane, e-booki, a także kwartalnik online. Obecnie zrezygnowali z historii papierowych. Mózgiem akcji jest jeden z najbardziej może progresywnych (obok Pam Brown i Johna Trantera) poetów australijskich (z pochodzenia Nowozelandczyk), Mark Young. Miałem u nich zestawy wierszy i serie prac wizualnych na długo przed wydaniem „A Marzipan Factory”.

Sieciowe „otoliths” znane było zawsze z eksperymentalnej linii działania. Poezja mieszała się tam z historiami wizualnymi, czułem się więc jak u siebie w domu. W odpowiednim momencie miałem już wystarczającą liczbę tekstów i dogadałem z Markiem Youngiem w sprawie druku książki. „VERSION 1” pasowała idealnie na okładkę. Wszyscy byli tu zgodni. Silnego blurba napisała nam Marjorie Perloff, którą znałem już wtedy wiele lat i zawsze mieliśmy w porządku kontakt. Doskonale wyczuwała moje wiersze, ich klimat/przesłanie, co mnie podnosiło na duchu. Wiadomo, jak potraktowali mnie polscy eksperci od pseudometafizycznych szlaków. Nota M. Perloff była następująca: A „Marzipan Factory” is the most original and enticing book of poems I have read in years. It is Kafkaesque and yet tender, cynical and yet warm, elliptical and yet wholly immediate. Grzegorz Wróblewski can take the most ordinary of phenomena and then give them the twist of a knife: to spare the life of a living organism – a dry tangerine for instance – is, from another angle, to forget it. The pleasures and terrors of sex, of age, of the fear of death, of the deceptions of our social life, have rarely been so brutally – yet wittily and charmingly – documented as they are in these short, often gnomic poems, surprisingly well rendered in Adam Zdrodowski’s translation. Grzegorz Wróblewski restores one’s faith in the power of lyric poetry to renew itself. Ciekawie zareagowali też zagraniczni pisarze (ich głos miał zawsze dla mnie duże znaczenie), np. Marcus Slease: This is neither „mainstream” nor „avant-garde” (often two sides of the same coin). Beautiful and tender without a hint of sentimentality. Not simply mimicking the period style of the day. Generous. Challenging in all the right ways (linguistically, emotionally, imagistically etc.). Nie było więc „niespokojnych snów”, stało się to, co miało się stać. Nastąpiło nowe otwarcie. A przy okazji kolejny cover z „VERSION” powędrował w świat…


Krzysztof Jaworski: „.byłem” (Biuro Literackie, Wrocław 2014). Na okładce: Grzegorz Wróblewski „VERSION 8”. Projekt okładki: Wojtek Świerdzewski.

„VERSION 8” – jedyny czerwony obraz cyklu, ten sam, który tak bardzo spodobał się żonie kolekcjonera. Niewyraźny profil twarzy, znaki przykryte akrylowymi warstwami… Ciekawe, czy faktycznie zawisł nad ich łóżkiem? Jak musieli się wtedy czuć? Wydaje mi się, że trafił raczej (szybko!) do garażu lub innej ponurej piwnicy, gdzie przechowuje się w chłodziarce głowę szwedzkiego łosia. Albo go spalili w ogródku… Nie miał wywołującego seks/przytulanki, miłego falowania. Był obrazem ewidentnie nihilistycznym, egzystencjalnym. Spodobał się natomiast Krzyśkowi Jaworskiemu, a ja z kolei polubiłem (zrozumiałem) jego poetycką całość. Po przeczytaniu takich wierszy K. Jaworskiego jak „Słodkie lata 90.” czy „Za moich czasów” nie miałem żadnych wątpliwości. Musiało nastąpić połączenie sił…

I na tym kończy się historia okładkowa serii „VERSION 1-8”. Rozszerzenie tego szkicu o inne przykłady wymagałoby chyba większego opracowania lub jakiegoś wywiadu-rzeki. Nie dlatego, że wszystko co namalowałem, każdy bez wyjątku obraz (rysunek), stworzone zostało do tego typu działań, ale ponieważ wielokrotnie, w licznych akcjach brałem jednak udział, moje akryle/mix-media/kaligrafie często stawały się integralną częścią książki czy pisma. Np. właśnie niedawno, na okładce wydanego w Los Angeles zbioru poetyckiego „Zero Visibility” (tłum. Piotr Gwiazda, Phoneme Media 2017), gdzie wykorzystano płótno „Jedna z pań”, które wykonałem kilka lat temu. Więc sporo się tego wszystkiego na przestrzeni 25 (?) ziemskich sezonów zebrało. Działam w sztukach wizualnych od końca lat 80. Miewałem bardzo aktywne fazy, ciężko mi w tej chwili powiedzieć, ile konkretnie obiektów stworzyłem (podobnie byłoby z wierszami, choć tutaj z pewnością łatwiej się zorientować). Jak już wspomniałem, nie posiadam całkowitej dokumentacji prac. Przykład serii „VERSION” wydał mi się natomiast emblematyczny. I jeszcze na koniec podziękowanie dla Leszka Bąka za pomoc przy skanowaniu okładek! Bez tych konkretnych, wizualnych przykładów artykuł byłby mniej horyzontalny, być może nie do końca wiarygodny.

Ilustracje: Grzegorz Wróblewski

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *