AUTOR

Katarzyna Zwolska-Płusa

Mama, żona, nauczycielka. Autorka tomu poezji „Cud i Anomalia” (SŻP, Brzeg 2017). Publikowała poezję między innymi w „Dwutygodniku”, „Fabulariach”, „Migotaniach”, „sZAFie”, „Helikopterze”. Prozę w „Nowym BregArcie” i „Helikopterze”. Współredaktorka „Babińca Literackiego” (http://babiniec-literacki.blog.pl/).

MODRZEWIOWE DZIECI

Moja babcia

Moja babcia była malutka. Nosiła proste sukienki z grubych materiałów i „pantofle” – czarne, trumienne, brzydkie. Moja babcia miała krótkie, trochę siwe, trochę czarne, trochę złote włosy. Moja babcia była taka jako mała dziewczynka i jako staruszka. Zawsze miała na imię Helenka.
Dawno temu, jeszcze przed wojną, Helenka straciła mamę (mamę, nie matkę). Mama miała kruczoczarne włosy, orli nos i dziwny akcent, ale mimo to była mamą, nie matką. Mama nosiła warkocz opleciony wokół głowy i czarne suknie, ale ten surowy wizerunek nie przeszkodził jej umrzeć. Helenka myślała, że takie mamy z zasady nie umierają, ale przyszedł rak-nieborak i uszczypnął.
Helenka wyobrażała sobie go siedzącego w jelitach mamy – powykręcanego i złośliwego. Znaki były wyraźne: mama chudła, pokładała się, zaniedbywała pole (mama i tak zawsze dziwnie wyglądała na polu, jakby wycięta z jakiejś książki; nie pasowała do pola taka wyprostowana i nietutejsza, mama pochodziła z Sosnowca, z dzielnicy, gdzie nie było pól i niczego, co pszeniczne i jasne, z dzielnicy, gdzie rosły modrzewie).
Helenka straciła swoją młodą, dziwną mamę na rzecz pierwszej miesiączki. Zaraz po miesiączce przyszła macocha (zaznaczam: nie druga mama, macocha).
Macocha nie lubiła Helenki i jej braci. Macocha była kobietą otyłą, z napuchniętymi łydkami. Helenka ze zdziwieniem stwierdzała, że nawet po wydaleniu kolejnego dziecka łydki te nie stają się ani trochę szczuplejsze (niemądra Helenko, przecież dzieci nie rodzą się przez łydki, kto ci takich głupot naopowiadał?).
Kiedy macocha wydalała kolejne dzieci, Helenka szukała sobie nowych zajęć. Jednym z nich było zakładanie kotom na łapy łupinek z orzechów włoskich.
Helenka umiała pisać i czytać, ale to nie przydawało się w jej nowej pracy (Helenka była praczką w bogatych domach; najmniej lubiła prać zakrwawione szmaty; często wyobrażała sobie, że szmaty te noszą na sobie ślady wojny. Ale te wojny prowadziły bogate panie każdego miesiąca).
Pewnego dnia Helenka wzięła, z polecenia macochy, swoją przyrodnią siostrzyczkę na dwór (bo u nas mówi się „na dwór”, nie „na pole”; wszystkie kobiety z naszej rodziny na polu wyglądają dziwnie) i dziewczynka umarła.
– Usiadłam z nią w przeciągu – opowiadała babcia.
– Specjalnie? – pytałam z ostrożnością.
– Pewnie, że nie specjalnie. Specjalnie to były tylko te łupinki na kocich łapkach.
Dziś to u mnie jest zdjęcie trzyletniej Lucynki w trumnie. Ma na nim takie słodkie usteczka i koronkowy czepek. Ledwo widać ją pośród kwiatów. Helenka zaniosła stokrotki, które zginęły pośród kalii i goździków (kalie i goździki zabiły swym mdłym zapachem lekką woń stokrotek). Pogrzeb był długi i duszny. W kościele św. Zygmunta nie było przeciągu.
Helenka nie miała co jeść, mimo że jej ojciec pracował całymi dniami. Macocha wszystko dawała swoim dzieciom, które rosły jak dęby, gdy „tamte dzieci” kurczyły się jak modrzewie.
Helenka i jej modrzewiowi bracia chodzili do pani Saifredowej. Pani Saifredowa była bogata i nosiła wykrochmalone kołnierzyki (cała zresztą była jasna i czysta). U pani Saifredowej Helenka jadła i piła, bawiła się i umierała z miłości do młodego Saifreda. W moim domu stoją pamiątki po Saifredach otoczone należną sobie czcią (głównie w formie wiary, że zostały podarowane, nie ukradzione, bo to różnie bywa).
Helenka poznała go w upalny dzień. Nie wyglądał jak młody Saifred. Na imię miał Eugeniusz, był wysoki, nosił wojskową czapkę i miał modre, żywe oczy. Nie było w nim tej mieszczańskiej melancholii, ale jakaś ułańska zadziorność i wielkopańska wyniosłość. Pół szlachcic, pół rzemieślnik, pół mężczyzna, pół posąg. Powiedziała mu, że ją w wojnę po ulicy Niemcy gonili. Nie miał nic przeciwko.
– Trzeba było wyjść za mąż – mówiła.
– Trzeba? Czyli nie chciałaś?
– Nie. Nie podobał mi się. Był starszy, lubił popić, ale szło się przywiązać. Bo ja z przywiązania go kochałam.
– Ja cię, babciu, nie rozumiem – unosiłam się w tych swoich rumianych, malinowych czternastu latach.
– Zrozumiesz.
Eugeniusz czekał na Helenkę latami. Potem latami pił, gdy już ją zdobył.
Helenka gotowała mi różne zupy i smażyła frytki. Była malutka. Nosiła proste sukienki z grubych materiałów i „pantofle”: czarne, trumienne, brzydkie. Miała krótkie, trochę siwe, trochę czarne, trochę złote włosy. Była taka jako mała dziewczynka, i jako staruszka. Kiedy umierała, zawołała mnie do siebie. Pamiętam jej uśmiech i dziwny delikatny zapach pracowitego życia.
Gdy zamknęła oczy, położyłam na jej szafce krzyż ankh, bo wtedy wierzyłam w bogów, nie wiedząc, że jeden właśnie umiera.

Wujek Zygmunt

Wujek Zygmunt był najmłodszym bratem modrzewiowych dzieci. Jaki on delikatny – mówili chłopi ze wsi Wola Szlachecka i Barany. – Jaki do pracy nienadajny. Wujek Zygmunt wychodził w pole, gdy letnie słońce robiło się złote i ciężkie, skręcał w mały brzozowy lasek, a potem w zdziczały sad. Była tam jabłonka, którą nazwał Jagna. Jego prawdziwa Jagna przychodziła tam czasem, zdejmowała bluzkę, ukazując swoje mleczne piersi. Jagna karmiła we wsi dzieci, karmiła też Zygmusia, ale nie było to mleko, tylko coś znacznie potężniejszego (o ile może być coś potężniejszego od kobiecego mleka). Niektórzy mówią na to miłość, inni pożądanie. Jagna, która tak naprawdę nazywała się Janka, zdejmowała bluzkę i spódnicę, kładła się pod jabłonią albo huśtała na gałęzi.
– Czy mi to przystoi? – pytała – jestem żoną i matką…
Zygmuś milczał, wpatrując się w jej białe ramiona i lekko wypukły brzuch. Żałował wtedy, że nie umie dobrze pisać. Dawno już nauczył się przecież czytać, ale pisanie sprawiało mu trudność. Litery wykrzywiały się i opadały jak gałęzie, a tak chciałby napisać: Janko, zostaw męża i dzieci, pójdziemy do Częstochowy, do fabryki. Zygmunt żałował, że nie potrafi pięknie mówić, a tylko pięknie myśleć. Nie wiedział, co go tak boli w środku, co kłuje jak igiełki modrzewia, o tam: w gardle i sercu.
Miał osiemnaście lat, gdy położył się na torach prowadzących do jednej z częstochowskich fabryk. Pociąg jakby wiedział, że nie wypada się zatrzymać.

Wujek Janek

Wujek Janek uśmiechał się zupełnie jak Helenka. Pamiętam, jak w swojej czarnej teczce zawsze przywoził kosztele z jabłonki rosnącej przy domu w Gdyni.
Janek nie chciał przenosić się do Gdyni. Ojciec (ojciec, nie tata) zabrał żonę, normalne dzieci i te modrzewiowe, by zbudować dom w nowo wyrosłym mieście i umrzeć potrącony przez samochód. Janek nie chciał spuścizny po potrąconym przez samochód ojcu. Mówił: Helenko, ja chcę wracać do ciebie i Szczepanka. Morze jest zimne i bardzo ciemne. Ale mimo to uśmiechał się jak Helenka, przywoził kosztele w czarnej teczce i to był symbol walki.
Wujek Janek pozostał w Gdyni Chyloni, niedaleko wzgórz morenowych, w wysokim, szczupłym domu, gdzie liczba okien wielokrotniała w oczach, gdy tylko ktoś się rodził.
Rozmawiałam z nim któregoś lipcowego popołudnia. Wpatrzona w jego uszy (uszy miał dokładnie takie jak Helenka) szukałam dłonią talerza z pokrojonymi kosztelami (pomyślałam, że ja nawet nie lubię koszteli).
– Kiedy tak patrzę na ciebie, wiem że mama wróciła.
– Prababcia z Sosnowca?
– Wiesz, ona była…
– Wiem.
– Ale nie płacz, nie martw się.
– Ja się nie martwię, nie przeszkadza mi to.
– Nie przeszkadza ci? – zapytał z niedowierzaniem, a mnie coś ukłuło w serce, przypominając o swoim odwiecznym istnieniu.

Wujek Szczepan

Był najpiękniejszy, o melancholijnym spojrzeniu, szlachetnym nosie i pełnych ustach. Na zdjęciach z Berlina uśmiecha się jak gwiazda kina, nie przymusowy robotnik. Mam wrażenie, że Szczepanek nie mógł nic robić z przymusu. On, taki piękny, dumny, zawadiacki? Pojechał, bo chciał doświadczać. Gdyby nie chciał, wystarczyłby uśmiech. Ja nie przesadzam. Nie widzieliście tego zdjęcia, na którym wącha płatek róży, ani tego, na którym siedzi z kolegami na jakiejś scenie, jakby stworzony dla niej.
Szczepanek słał swoje zdjęcia nie z próżności, tylko z powodu zapotrzebowania. Bliżsi i dalsi krewni chcieli móc oglądać go na co dzień, łudząc się, że są chociaż trochę do niego podobni.
Czy jesteśmy trochę podobni, Szczepanie? Może kolor oczu… może usta. Ale ty miałeś w sobie ten sam romantyzm co Zygmuś, tę samą siłę, co Janek, i ten sam dowcip, co Helenka. A ja, ja jeszcze nie wiem, czy można pomieścić w sobie aż tyle.

Gdy ktoś jest piękny, musi być też trochę brzydki. Któregoś dnia lekarze wyciągnęli ze Szczepanka jakąś dziwną zieloną kulkę (zieloną jak oczy nas wszystkich). To był chyba nawet ten sam rak, który zabił tamtą mamusię. Czasem zaglądam sobie do brzucha i sprawdzam, czy u mnie też siedzi (dziś operacje laparoskopowe można nagrywać). Nie jestem jednak tak piękna i dumna, by na takiego raka zasłużyć.

KORONKOWE DZIECI

Mój dziadek

Dziadek Eugeniusz pochodził z przedziwnej rodziny. Matka – Józefa z Zambrzyckich herbu Kościesza – opuściła Litwę, by poślubić ubogiego rzemieślnika z Piotrkowa Trybunalskiego o długim nazwisku. Posażna, piękna panna mieszkająca w pałacu przybyła pod Łódź, by dało się o niej zapomnieć.
Kilka lat temu napisała do mnie pani, która badała korzenie rodziny Zambrzyckich. Józefa była dla niej jak cień, który wciąż się wymykał.
Wszystkich mam, a Józefy nie mam. Wszystkich potomków, oprócz tych Józefy. Myślałam, że umarła, zanim wydała na świat potomstwo.
Sądzę, że umarła właśnie, tylko nie tak, jak ta pani myśli. Umarła dla posażnej pięknej rodziny, a narodziła się dla swoich koronkowych dzieci.
Koronkowe dzieci mają w sobie hrabiowską wrażliwość i wyniosłość. Wydają się takie dostojne, krocząc cmentarnymi alejkami, zakładając kapelusze, chorując i kochając.
Koronkowe dzieci cierpią na hipochondrię, łykają etopirynę, wzdychają, patrząc przez okno.
Koronkowe dzieci lubią porcelanowe lalki i Vivaldiego. Koronkowe dzieci nadużywają alkoholu, rzucają swoje patriotyczne, ziemiańskie wartości dla komunizmu, ale wciąż piją herbatę z rodowych filiżanek.
Eugeniusz był najmniej koronkowy. Wprawdzie odziedziczył po prababci Józefie pełną niezgody na świat nerwowość (swego rodzaju sarmacką awanturniczość połączoną z pełną klasy godnością – w tamtych ludziach mieściło się znacznie więcej niż w obecnych), ale na co dzień wolał proste rozrywki. Dziadek Eugeniusz jadł dużo kiełbasy i pił dużo wódki. Dziadek Eugeniusz kochał wolność i potrafił zgodzić się na niewolę, dlatego wspierał Piłsudskiego. Popiersie Marszałka stało przy łóżku dziadka. Mnie nie wolno było nawet go dotykać. Teraz za to, gdy mam sposobność, gładzę Marszałka po głowie, wkładam mu palce do nosa (mimo moich statecznych czterdziestu lat) i zaglądam głęboko w gipsowe oczy, swoje rozszerzając tak, by wyglądało to śmiesznie.
Eugeniusz pracował na kolei jako konduktor (z powodu ukochania wolności i umiejętności zgody na niewolę). Wyruszał w pełną przestrzeń zamknięty w niewielkiej przestrzeni i czuł, że żyje.
Chory na Alzheimera kazał mi się kryć przed Niemcami, więc chowałam się pod stołem, czekając aż będę mogła wreszcie wyjść i pobiec do koleżanki na zabawę klockami Lego Belville i lalkami Barbie. Niestety, przez to od zawsze toczy się we mnie wojna między literaturą wojenną a pasją do lalek, wojna, której ani Niemcy, ani stworzone przez Żydówkę polskiego pochodzenia plastikowe kobiety nie potrafią ostatecznie wygrać.

Ciocia Ania

Ania kochała swój wielki nowy dom i ogród, nawet gdy zabrakło w nim najbliższych (najbliżsi to mąż i nieistniejące nigdy dziecko; kiedy zabrakło nawet nieistniejącego nigdy dziecka, ciocia zaczęła zapraszać nas na swoje odludzie).
Odludzie było porośnięte owocami lata i jesieni. Nikt z nas nie potrafi wyobrazić sobie tego miejsca zimą czy wczesną wiosną (pewnie dlatego ciocia zmarła latem, byśmy bez wstrząsu mogli przyjeżdżać na jej grób). Duży, kwadratowy modernistyczny dom i napuchnięty zielenią sad tworzyły niecodzienne połączenie nowego i starego, niepokojącego i bezpiecznego, brzydkiego i pięknego. Ania miała kury, króliki i psa. Miała też nas – odległych, częstochowskich, wysyłanych listownie. Raz do roku pojawialiśmy się w jej świecie jak duchy – trochę nierealni, trochę tacy, w których trzeba wierzyć. To samo odczucie towarzyszyło nam, gdy staliśmy pod bramą domostwa – sad i Ania w słomkowym kapeluszu i starych perłach przerzucanych przez pierś. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie jak na zjawy z innego świata. A potem światy łączyły się, tworząc nową jakość, nowy rodzaj melancholii i dziwactwa, napędzających się wzajemnie.
Ciocia była nadmiernie oszczędna, ale owoce w jej sadzie nie wiedziały o tym i pozwalały się sobą przejadać. Leżałam w chłodnym pokoiku (pełnym figurek, bibelotów, ślicznie oprawionych zdjęć) z nadętym brzuchem i upajałam się nadmiarem. Ania ganiła mnie za rozsypane porzeczki, opowiadała o wojnie, wyznawała niemalże matczyną miłość (byłam dzieckiem, jakiego zawsze pragnęła), przestrzegała, bym nie siedziała na zimnym, bo nigdy nie zajdę w ciążę. Po latach, gdy powiedziano mi, że nie będę mogła mieć dzieci, próbowałam przypomnieć sobie każdy kamień, na którym mogłam usiąść, i drżałam ze strachu.
Ania miała delikatne wąsy, bo wycięli jej macicę. Wstydziła się tego, ale ja wdziałam w niej idealne połączenie męskości i kobiecości, siły i koronkowej delikatności, zaradności i romantyzmu. Ania miała pieska Sarę, ja mam córkę Sarę (bo z każdym pokoleniem rzeczywistość musi ewoluować, stawać się doskonalsza, a niektórych macic na szczęście nie trzeba od razu wycinać).
Wstrząs nastąpił po śmierci Ani. Nowi właściciele domu podzielili sad na kilka działek Podzieli coś, co winno zostać nienaruszone, i do czego wszyscy mieliśmy trafić po śmierci.

Wujek Heniek

Henryk miał mieszkanie w starej częstochowskiej kamienicy. Było malutkie, ale mnie zawsze zdawało się, że jest ogromną salą baletową (to pewnie z powodu rozbrzmiewającej w kuchni muzyki klasycznej, którą wujek uwielbiał).
Henryk lubił rosół mojej mamy i zapalał znicze na swoim grobie, mimo że grób stał pusty i czekał. Niektórzy wyśmiewali to dziwactwo wujka, a ja zawsze brałam je za przejaw charakterystycznego dla naszej rodziny poczucia humoru powiązanego z pewnego rodzaju wyczekiwaniem. Tak więc Henryk lubił rosół mojej mamy (tradycyjny), zapalał sobie znicze na grobie (całkowicie nietradycyjnie) i był komunistą (to z kolei było wywrotowe). Wujek Heniek czuł na starość, że warto rozmówić się z Bogiem, ale nie mógł wyobrazić sobie Go w kościele katolickim, więc został protestantem.
W rogu pokoju na małym łóżku z koronkową pościelą leżała żona wujka. Ta mała, blada, nieuleczalnie chora osoba nie przerażała tylko swojego męża. Wydzielił jej maleńką przestrzeń na umieranie, próbując uczynić śmierć znośną i udomowioną. Kobieta głaskała swe cierpienie tak długo, aż stało się łatwe do przełknięcia, i umarła. Następnie wujek wydzielił sobie swoją przestrzeń na umieranie, ale było już oswojone, więc umarł szybko, bezboleśnie, we śnie. Nie wiem, czy zdążył rozmówić się z Bogiem, ale gdy go znaleziono, uśmiechał się, więc chyba tak.

Ciocia Natala

Jej mieszkanko było królestwem koronek, mimo że mieściło się w najgorszej dzielnicy miasta. Koronkowe dzieci mają to do siebie, że nawet króliczą norę potrafiłyby uczynić koronkową (odziedziczyłam to po nich – gdy mieszkałam w bloku, salon wyglądał jak ten Łęckich z drugiej ekranizacji „Lalki”, ale to nie pasowało, więc musiałam kupić dom przedwojenny i teraz jest tak jak trzeba).
W mieszkaniu cioci było ciemno i cicho. Pachniało ziołowymi lekami uspokajającymi, bo ciocia zawsze czegoś się lękała: za młodu – że umrze, gdy urodziła dzieci – że one umrą, a teraz, na starość, boi się, że nie umrze nigdy. Natalka ma zaburzenia pamięci, więc czasem zapomina, czego się boi, ale strach nie znika (strach jest czymś więcej niż obiekt, którego dotyczy, i to jest właśnie wielkie nieszczęście ludzkości). Strach osiada na firankach, a raczej w szparach pomiędzy nićmi, przenosi się cieniem na ściany i ciało.
Natalka leży w domu opieki, delikatna jak koronka, rusza się nieznacznie, zaciska usta w lęku.

CEGLANE DZIECI

Babcia Henia

Miała dwóch mężów, ale jakby jednego. Bo jak mężowie piją, są tacy sami. Z osobowościowych cech alkoholika najbliżsi zapamiętują głównie te nieosobowe. Bo alkohol wyostrza to, co jednakie. Człowiek przestaje istnieć.
Babcia miała dwóch mężów, ale jakby jednego, i dwóch synów, ale został jakby jeden – mój tata. Drugi syn umarł, zniknął, bo pił. Tato, to „jakby” nie służy temu, by Cię zdenerwować, „jakby” oznacza, że nikt z nas, łącznie z Twoją mamą właściwie nigdy Cię nie poznał.
Babcia Henia była za młodu idealna: kształtna blondynka z kręconymi włosami i niebieskimi oczami. Do tego mądra, przewodnicząca klasy! Na starość idealna babcia i nadal bardzo piękna, mimo chorób, bandaży na brzuchu i żylaków. Bo piękno jest osobowe, nierozcieńczalne, gdy się nie pije alkoholu.
Domek babci – taki z czerwonej cegły, z zielonymi drzwiami i framugami okien – śni mi się do dziś. Bo czy jest coś bardziej urokliwego dla snu od czerwonej cegły, drewnianych drzwi i pelargonii? I od wydeptanej ścieżki pośród pulchnej zieleni? Widzę nas w tym śnie – ja, około trzyletnia, w sandałkach i z niebieską konewką w rączce i ona – babcia – jasna, w sukience koloru mojej konewki. Niedaleko biegną tory. Biegną tak szybko, że nie widać ruchu, pozornie zastygają w upale, ale przepychają pociągi na pobliską stację.
Kształtne blondynki z niebieskimi oczami mogą mieć pecha w miłości, swoją archetypiczną anielskością stwarzają obok siebie miejsce dla schorowanych dusz. Jedna schorowana, nieosobowa dusza kryjąca się w kątach ceglanego domku biła babcię i jej synka. Druga, która przyszła na miejsce tamtej, robiła to samo.
Dom z czerwonej cegły spłonął. Spaliły się książki i meble, cały strych. Kiedy byłam nastolatką, włamałam się do tych ruin. Czerwona cegła zalała mnie, przyciągnęła do ziemi. Położyłam się i patrzyłam w niebo. Nie było dachu, a niebo wyglądało jak oko. Oko obserwowało mnie, miało wypalone rzęsy, a ja płakałam, rozszerzałam się i kurczyłam w środku jak źrenica.
Babcia Henia przychodzi do mnie w snach i zaprasza do drugiego, wewnętrznie ceglanego, domu. Wewnętrznie ceglane domy to te, które ktoś kazał otynkować, jakby tynk miał je upiększyć, ale tynk nie upiększa, tylko dusi coś, co winno oddychać. Stara, przedwojenna cegła oddycha. W tych snach nawet otynkowany blok w Alei Pokoju bierze oddech, bo mieszkanie babci to małe niebo. Wszystko jest tam takie, jak za jej życia, tylko jaśniejsze i trochę bardziej mgliste. Chusteczki i łyżeczki, koraliki i pudełeczka, kryminały Agathy Christie i paprotki doniczkowe. Maryja karmi Jezusa piersią, pierś jest świetlista, a mleko wypływa Jezusowi z kącika ust i potrafi spłynąć poza obraz.

Wujek Jurek

Wujek Jurek jest uważany za starego wariata, bo zapisuje sny i nie chce chrześcijańskiego pochówku. Wujek Jurek jest buntownikiem w małej polskiej wsi. W Rudnikach robi się cement, a wujek ma dom z cegły.
Bóg chciał wujka uciszyć, więc zesłał na niego raka krtani. Kiedy wujek mówić nie mógł, biegał po podwórku z siekierą i wygrażał temu dziwnemu i niedyplomatycznemu Bogu. Czemu ja mam być dyplomatyczny, skoro on posuwa się do takich zagrań? – cedził ochryple.
Gdy byłam nastolatką, u jednej z koleżanek poznałam dziewczynę z Rudnik. A wiesz, u nas we wsi jest taki wariat, który biega po podwórku z siekierą, a cały dom ma obsadzony ziołami. Od tamtej pory mam swoją własną definicję wariata. Jestem jednym z nich.

***
Kiedy umrę, po drugiej stronie będą czekać na mnie również oni – modrzewiowe, koronkowe i ceglane dzieci. Ci pierwsi usiądą ze mną na progu domu, może tego częstochowskiego – na Kawiej. Zygmuś nawet nie spojrzy na mnie, zajęty obserwowaniem fabrycznego dymu z komina (wcześniej tego nie znał, więc owładnięty nieskończoną, cichą fascynacją będzie wciąż odwracał oczy). Helenka od razu przysunie się do mnie, ciągnąc za rękaw roześmianego Janka. Zapachnie kosztelami, skórzaną teczką i nadmorskim piaskiem. Szczepan podniesie zawadiacko jedną brew i zaprosi do samego środka tego miejsca, które jest doskonałe.
Koronkowe dzieci zaczną krzątać się w salonie z oknem otwartym na świetlisty sad, zaparzą herbatę i zaczną przepychać się do mnie, by zapytać o życie. Ciocia Ania o dzieci, i czy nie siedziałam na kamieniu, dziadek o Niemców, wujek Heniek pogłośni muzykę i porwie mnie do tańca, ciocia Natala podsunie talerzyk ze śliwkowym ciastem, trzymając się za plecy, mimo że tu nie ma już bólu.
Usiądę w fotelu przy oknie, za którym majaczyć będzie sad i modrzewiowy zagajnik. Helenka przyniesie zupę, a Ania okryje moje ramiona koronkowym szalem.

Ilustracja: Monika Tyczyńska, absolwentka wydziału malarstwa i tkaniny warszawskiej ASP.
Po latach malowania dużych obrazów i tkania wielkich gobelinów, uległa pokusie małego-wielkiego świata ilustracji wszelkiej, ksiąg, książeczek, papierów, w którym widzi ogromne twórcze możliwości.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *