AUTOR

Aleksandra Jerzmanowska

Urodzona w 1981 roku. Psycholożka, humanistka. Kończy rozprawę doktorską z psychologii na temat narracyjności umysłu oraz wpływ narracji na funkcjonowanie poznawcze i emocjonalne, zwłaszcza na empatię. Pisuje wiersze; publikowała w „Magazynie Literackim”. Pisze też prozę eseistyczno-podróżniczą oraz bloga, głównie o narracjach. Nie znosi dzielenia literatury na wysoką i popularną.

Nad ranem

Zimna pora. Samotna. Nad ranem
w czyjejś kuchni piszę poemat.
Za oknem latarnie przypominają znicze. Są same
w tej mgle, nic więcej w niej nie ma.
Dalej jest styczeń.

W chłodnej szybie każde światło
odbija się chłodem.
Niebo nad nami jest fioletowe.

Do H.

Spadł pierwszy śnieg i cienką warstwą zakrył park.
Noc zmroziła ziemię.
Na skwerze byłoby widać twoje ślady, gdybyś żyła.
Zeszłe lato przy kanciastym stole,
kula chińskiej herbaty kwitnąca w dzbanku i papierosy –
gdzie się podziały po zdjęciu z wystawy?
Gawrony krążą ciężko po granatowym niebie,
ty byś je doceniła, być może jako jedyna, brzydkie i skrzekliwe gdybyś tylko żyła.

Ale powiedzmy sobie szczerze, to twoja wina.
Mocno przeszacowałaś wartość nieistnienia.
Na twoją obronę (której podejmuję się ja, no bo kto):
rzeczywiście nie było takie oczywiste, że śmierć gówno zmienia.
A tu figa, tylko tyle, że teraz cię wszystko omija.
Moje nowe loki i zielone przęsła mostu
barwiące wodę w Wiśle na butelkowo.
Tyle z tego, że nie pijesz.
Wszyscy zmarli muszą być trzeźwi jak świnie.

Ja za to przepijam, trochę bez przekonania,
w kierunku okna, parku, ptaków i pieńka brzozy na parapecie,
prezentu od przyjaciela, który miał przypominać las,
ale umarł.

I.
Na wszystko jest już za późno,
bo nie poszliśmy spać o przyzwoitej porze,
nie wstaliśmy rano i nie ruszyliśmy w morze.
Teraz możemy tylko ślinić palec przed telewizorem.

II.
Musisz czytać więcej franka o’hary
inaczej do niczego nie dojdziesz
w poezji
i w ogóle.

III.
Kiedy w zimie jest za gorąco, to wypada powiedzieć:
paradoksalnie. Bucha kaloryfer i pieką policzki.
Nie można jeść chili ani tym bardziej pić wina.
Cierpienie jest ewidentne.
Otwieram okno i skręcam grzanie.
Robi się przeciąg przez uchylony lufcik w kuchni
i roleta łopocze jak żagiel.
Zamykam okno, ale nie podkręcam grzejnika
i chyba trafiam w sedno.
Mimo tego zwycięstwa
bez sensu tupię nogą i powtarzam:
po moim trupie,
mając na myśli

IV.
Odczuwam wyraźne zażenowanie z powodu wzruszenia estetycznego
jakie wywołuje we mnie podłużna odblaskowa łuna wschodzącego słońca.

Patrzę na nią z trzeciego piętra, więc jest mniej więcej na poziomie wzroku.
Podświetla kominy domów na pomarańczowo
i bez pardonu przecina suche drzewa, ale ich nie zasłania
– jak te flamastry do podkreślania.

Kiedy to pisałam, łuna zniknęła i zrobiło się zupełnie jasno.
Ale przedtem udało mi się unieść wzrok znad kartki
i zerknąć na nią jeszcze raz.

Ilustracja: June Michalczasso – Absolwentka Architektury Wnętrz krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i tegoroczna absolwentka Katedry Mody na warszawskiej ASP. Projektuje ubrania, ale najbardziej uwielbia projektować tkaniny. Maluje dziwne obrazy, których nie lubi, i bazgrze rysunki, które kocha.

drukuj

KOMENTARZE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *